
Strangeways - Perfect World
Wydawca: Frontiers Records
Rok wydania: 2010
- Perfect World
- Borderlines
- Movin’ On
- Time
- Cracking Up Baby
- Liberty
- One More Day
- Bushfire
- Too Far Gone
- Can’t Let You Go
- Say What You Want
Skład: Terry Brock - śpiew; Ian J. Stewart - gitary; Warren Jolly - gitara basowa; Jim Drummond - perkusja; David "Munch" Moore - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Strangeways
Kto by się spodziewał, że powróci kolejna legenda AOR-u z lat '80, a konkretnie szkocka ekipa Strangeways. Obecny skład grupy jest niemal identyczny jak za czasów płyt Native Sons i Walk In The Fire z tą tylko różnicą, że zmienił się basista - obecnie jest nim Warren Jolly. Za mikrofonem ponownie stoi Terry Brock, co rokuje pewne nadzieje i jest wabikiem do odsłuchania Perfect World.
Strangeways zadebiutowało w 1986 r. swym "samozatytułowanym" albumem, bardzo ciepło przyjętym przez muzyczną prasę. Jako że były pewne nadzieje na podbój rynku amerykańskiego, formacja wydała jeszcze dwa wspaniałe krążki - wspomniane Native Sons (okrzyknięte przez magazyn Kerrang najlepszą AOR-ową płytą wszech czasów) i Walk In The Fire (w mojej osobistej ocenie jeszcze lepsze od poprzednika), gdzie pierwotnego wokalistę Tony'ego Lidella zastąpił Terry Brock. Nieco później Brock wyjechał do USA, by wstąpić w szeregi Deep Purple i choć ostatecznie nie został do tego zespołu przyjęty, do Wielkiej Brytanii jednak nie powrócił. Strangeways kontynuowało działalność bez Terry'ego, jego miejsce za mikrofonem zajął Ian Stewart, ale kolejno wydawane krążki nie były już tak dobre. Informacja o powrocie grupy wyciekła przy okazji oznajmienia składu, jaki miał wystąpić na festiwalu Firefest 2010, a całkiem udany solowy album Brocka o tytule Diamond Blue, jaki ukazał się dość niedawno, dawał nadzieję na ponowne usłyszenie starego, dobrego Strangeways. Był tam taki cholernie dobry utwór o tytule Jessie's Gone, skomponowany przez Brocka wspólnie ze Stewartem i nie ukrywam, że miałem ogromną nadzieję, iż nowy krążek Szkotów będzie się składał właśnie z takich kawałków, no i że będzie nawiązywał do Walk In The Fire, płyty która znajduje się w moim absolutnym Top 10 wydawnictw AOR-owych. Zresztą reklamując album zapowiadano, że Perfect World ma się zaczynać tam, gdzie "Walk..." się kończyło. Płyta wreszcie wpadła w moje ręce i niestety muszę wyjawić z nieukrywanym smutkiem, że żadna z powyższych nadziei się nie spełniła. Pierwszą ścieżką z zestawu jest tytułowe Perfect World i już tutaj słychać, że przede wszystkim kuleje brzmienie, bardzo mętne i mało selektywne, zupełnie odmienne od klasycznego wcielenia Strangeways. Piosenka sprawia wrażenie napisanej na szybkiego i niedopracowanej. Fakt, że refren jest nadzwyczaj przyzwoity, melodyjny i wpadający w ucho, lecz wspomniane brzmienie nie pozwala mu rozciągnąć skrzydeł. Szkoda, bo patrząc na gustowną okładkę krążka naprawdę miałem nadzieje na więcej. Mniej rozczarowujące jest kolejne Borderlines i tutaj faktycznie mogę się zgodzić, że zostało coś ze starego stylu gry formacji. Nagranie wolniejsze, bardziej balladowe i przez to bardziej nastrojowe. To już jest coś, czego nie wstyd puścić swojej dziewczynie. Przy okazji Movin’ On, które można uznać za rockera, słychać, że muzycy wpadają w tę samą pułapkę co niedawno inna powracająca brytyjska załoga - FM. Niestety dość przeciętne i mało porywające nuty, które nie mogą konkurować z całą masą solidnych wydawnictw z tego roku. Jako że mamy do czynienia z AOR-em, nie powinien dziwić fakt, że "wyrobów balladopodobnych" będzie na krążku więcej, zatem mamy i Time, które jest a jakże - balladą. Znów robi się romantycznie i spokojnie, chociaż piosenka nie dorównuje opisywanemu wyżej Borderlines. Dalej czas na kołysankę, czyli jeszcze łagodniejsze Cracking Up Baby. Kompletnie nie moje klimaty (może za wyjątkiem nastrojowej, bluesowej solówki) , choć z pewnością utwór docenią młode mamy próbujące ukołysać do snu swoje pociechy ;). Za to niezłe jest Liberty, również mocno podparte bluesem, może nie jakieś ultraprzebojowe, przy tym jednak łatwo strawne i zwyczajnie wpadające w ucho. Jak na standardy gatunku pozbawione szaleństw, za to grane z wyczuciem. Za ten numer kapela ma u mnie plusa (to już drugi przy okazji tej płyty). One More Day też bez galopad, przypomina mi modern rockowe ballady, jakich swego czasu było pełno w amerykańskich rozgłośniach radiowych. W sumie gdyby coś takiego zagrało teraz Bon Jovi, pewnie też by to już ogrywano w kilku komercyjnych stacjach. Bushfire ma jakieś przebłyski z fajnymi, nieco orientalnymi zagrywkami i króciutkimi solówkami, niestety ogólnie zabija ten kawałek fatalna produkcja z miałkim brzmieniem, no i niezbyt ciekawe linie wokalne. Pewne partie chwytają za ucho, ale chyba nie na tyle, by o ścieżce długo pamiętać i często do niej wracać. Może się podobać kolejna ballada w secie, Too Far Gone. Tu znacznie lepiej z wokalami, brzmienie instrumentów też jakoś szczególnie nie doskwiera. Nastrój jest, oczami wyobraźni można zobaczyć dyliżans tym razem bardzo wolno sunący przez prerię. Can’t Let You Go jest jeszcze jednym wolnym nagraniem, trwa ponad 6 minut i niestety z tego powodu trochę nuży. Ja wiem, że płyty AOR-owe zawsze mają dużo wolnych ścieżek, mimo to oczekiwałbym większej różnorodności. Album kończy się wraz z Say What You Want, bardzo melancholijną kompozycją. Kto nie zasnął przy poprzednim kawałku, musi już skapitulować przy tym numerze, który niczego nowego do wydawnictwa nie wnosi.
Dużo było hurraoptymizmu z okazji powrotu Strangeways, który skutecznie ostudziło wydanie Perfect World. Wbrew zapowiedziom nie jest to nic na miarę zacnego Walk In The Fire, płyta sporo traci z powodu swego mało czytelnego i mało przestrzennego brzmienia, jakie w tym gatunku muzycznym jest musem. Mnie się tu podobają tylko 3 nagrania, więc jak ktoś chce albumu posłuchać, niech zrobi to na własną odpowiedzialność.
Brak oficjalnej strony zespołu