Heart - Red Velvet Car

Heart - Red Velvet Car

Wydawca: Sony Music / Legacy Recordings / Eagle Records
Rok wydania: 2010

  1. There You Go
  2. WTF
  3. Red Velvet Car
  4. Queen City
  5. Hey You
  6. Wheels
  7. Safronia's Mark
  8. Death Valley
  9. Sunflower
  10. Sand
  11. Bootful Of Beer [bonus w edycji europejskiej i download]
  12. Closer To The Sun [bonus w edycji europejskiej i download]
  13. In The Cool [bonus w wersji download]

Skład: Nancy Wilson - gitara, autoharp, dobro, mandolina, śpiew; Ann Wilson - śpiew, flet; Ben Mink - gitara, gitara lap steel, wiolonczela, śpiew, programowanie; Craig Bartock - dobro; Ric Markmann - gitara basowa

Produkcja: Ben Mink

Każdy, kto tylko interesuje się muzyką rockową, musiał zetknąć się kiedyś z nazwą Heart. Największe lata popularności ta amerykańska grupa prowadzona przez siostry Wilson świętowała w latach '70 i '80, później o niej przycichło (pojawiały się tylko koncertówki i "beściaki"), ale w 2004 r. pojawiło się studyjne Jupiter's Darling, które przeszło raczej bez większego echa. Po 6 latach od tamtej premiery ukazuje się Red Velvet Car.

Formacja zawsze słynęła głównie z tzw. power-ballad, choć potrafiła zapodać i porządnym rockerem, by wspomnieć choćby rewelacyjny i legendarny utwór Barracuda. Miała bardzo łatwo rozpoznawalne brzmienie, a jej nagrania posiadały swój specyficzny klimat, który sprawiał, że wystarczyło usłyszeć piosenkę i od razu wiedziało się, że gra ją Heart. Sporą w tym zasługę miało użycie klawiszy, których tym razem na nowym krążku się już nie uświadczy (są za to inne ciekawe instrumenty). Inna sprawa, że ciężko też szukać "żywej" perkusji, podkłady tej części sekcji rytmicznej lecą z jakiegoś programatora, ale nic to. Przed wydaniem płyty siostry Wilson reklamowały ją jako swoje najbardziej osobiste dzieło i być może tak jest w warstwie tekstowej, choć ja akurat na słowa w muzyce najmniej zważam (pozostałość po czasach, kiedy nie znałem angielskiego ;)). Na pewno mamy tu kontynuację wplatania do muzyki rockowej wpływów z innych gatunków, przez co staje się ona w istocie coraz mniej rockowa. Choćby pierwsze w zestawie There You Go to z pewnością świetny numer, ale utrzymany w stylistyce country-bluesa (akustyczne gitary, slide itp). Do melodii wszelkich nie mogę się absolutnie przyczepić, mały problem pojawia się z głosem wokalistki - cóż, słychać po prostu, że jest to już głos starszej kobiety. Nie zrozumcie mnie źle, nie wpływa to jakoś szczególnie na jakość kompozycji, zwyczajnie rzuca się to w uszy kogoś, kto wychował się na klasycznych dokonaniach tej formacji. Ostrzejszą i bardziej zadziorną piosenką jest singlowe WTF. Grupie udało się odtworzyć brzmienie nagrań z lat '70. Tak więc trochę mocniejszego uderzenia, jeśli chodzi o gitary, natomiast wokale nieco schowane, jakby wyśpiewywane gdzieś z pokoju obok przy uchylonych drzwiach. Nie wiem, po co taki zabieg, da się tego słuchać, choć uważam, że byłoby lepiej, gdyby zaśpiewano jednak w sposób tradycyjny do tego kawałka. Już na pozycji trzeciej ballada zatytułowana Red Velvet Car. Nie jest to typowa pościelówka jak w latach '80, a mimo tego jest to ścieżka genialna. Bardzo nastrojowa, nieco swingująca, powinna spodobać się wszystkim o właściwej wrażliwości w odbiorze muzyki. Queen City z racji zastosowanych tu patentów może kojarzyć się z mieszanką muzyki pop i twórczości Sheryl Crow. Nie kłuje mnie to jakoś szczególnie w uszy, ale nie jest to mój typ grania i cud musiałby się zdarzyć, bym coś takiego sam, z własnej woli sobie zapodał. Dlatego też uważam to nagranie za słabsze od wcześniejszych. Lepsze jest country-folkowe Hey You. Niby też nie moje klimaty, ale jestem w stanie piosenkę przetrawić, może dlatego, że brzmi dość ciepło. Można pomyśleć o niej, kiedy jedzie się na jakiś piknik i trzeba skompletować ścieżkę dźwiękową, przydatną do wolniejszej jazdy samochodem. Wheels przypomina mi starsze nagrania formacji, co idzie mu na plus, wymagałbym tylko więcej mocy w głosie wokalistki. Może i nie ma rewelacji, piosenka jest jednak co najmniej przyzwoita. Powrót do country-bluesa następuje wraz z Safronia's Mark. Szlachetny kawałek, w piękny sposób wzbogacony o brzmienia wiolonczeli i innych mniej spotykanych w muzyce rozrywkowej instrumentów, że nie wspomnę o ciekawych zagrywkach odgrywanych techniką slide. Dość dobrą pozycją jest następne z listy Death Valley. Niby znów coś jak Sheryl Crow, ale tym razem dużo lepsze. Intrygująco porozkładane akcenty, nieco mroczniejszy nastrój w wolniejszych partiach. Trochę kuleją linie wokalne, lecz nie jest to akurat tutaj dużym mankamentem. Trochę rozwlekłym nagraniem wydaje mi się Sunflower, łagodne i subtelne, aczkolwiek spodoba się ono zapewne miłośnikom wolniejszych nutek. Można pójść na łąkę z kocem, rozłożyć się leniwie i wystawić na działanie słońca jak kwiat, który dostarczył piosence tytułu. Płytę zamyka nowa wersja utworu Sand, który kiedyś siostry Wilson zarejestrowały razem ze swoim akustycznym, pobocznym projektem The Lovemongers (1997 r., na albumie Whirlygig). Różnice między oryginałem a świeżym wykonaniem są raczej dość dyskretne. Gdzieniegdzie inaczej rozłożono akcenty, poza tym głos wokalistki z naturalnych względów też brzmi nieco odmiennie. I koniec, raptem 10 ścieżek, co wydaje się małą ilością jak na dzisiejsze standardy, ale moim zdaniem tyle w zupełności wystarczy. Gdyby resztę czasu zapełniono np. jakimiś balladami, zabiłoby to krążek, który i tak jest w 95% bardzo łagodny i nastrojowy.

Płyta zadebiutowała na miejscu 10 w zestawieniu amerykańskiego Billboardu, co jest sporym sukcesem, można to wytłumaczyć faktem, iż za oceanem takie granie jest bardzo popularne. Album trafil też na trzecie miejsce w USA na listę wydawnictw rockowych, co trochę dziwi, bo krążek z graniem rockowym wiele wspólnego (poza przeszłością samego zespołu) nie ma. Nowe dziecko Heart polecam głównie kobietom, bo nie wiem, ilu facetów sięgnie po nie częściej niż od święta.

Oficjalna strona zespołu: www.heart-music.com