Bombay Black - Love You To Death

Bombay Black - Love You To Death

Wydawca: Kivel Records / Triage Records
Rok wydania: 2010

  1. Reign Over Me
  2. The Angel And The Devil
  3. Love You To Death
  4. Demons Down
  5. Let The Right One In
  6. Black Widow
  7. Smother
  8. Give Yourself To Me
  9. Shackles And Chains
  10. Down On The Floor
  11. Mojo
  12. New Psycho

Skład: Erik Johnson - śpiew, gitary; "Devil" Jim Perry - gitary, chórki; Ty Sims - gitara basowa, chórki; Rob McCauley - perkusja, chórki

Produkcja: Ty Sims i Erik Johnson

W obozie Bombay Black w zasadzie bez zmian. Skład zespołu nadal ten sam, także styl muzyczny prezentowany przez grupę pozostaje niezmienny, co może mieć decydujące znaczenie z punktu widzenia fanów. Chłopaki wciąż grają ciężkiego, choć nie pozbawionego melodii hard rocka z ciągotami do nowoczesnych, modern rockowych brzmień.

Love You To Death to czwarty studyjny krążek kwartetu z Arkansas, następca poprawnej, aczkolwiek nieszczególnie porywającej płyty Psycho Magnet wydanej w 2008 r. Kapela dalej gra w sobie znanym stylu, muszę jednak pochwalić ją za postępy, gdyż jej nowe dziecko dużo bardziej wpada w ucho od poprzedniczki. Jest tu po prostu więcej przebojowo brzmiących melodii, mimo iż stonerowo-alternatywne brzmienia nie zanikły tak do końca. Na początek grupa serwuje całkiem niezłe nagranie o tytule Reign Over Me. Sporo tu stylistycznych podobieństw do formacji Fozzy, prowadzonej przez znanego wrestlera. Mamy ciężkie, rytmicznie grające gitary, których nie powstydziłoby się Black Label Society, no i zaśpiewy wokalisty kojarzące się z kilkoma ostatnimi wydawnictwami Ozzy'ego Osbourne'a. Trochę zawodzą początki zwrotek, zbyt nowoczesne jak na mój gust i te alternatywne wstawki za solówką. Samo solo natomiast jest bardzo przyzwoite, a wstęp do niego przywodzi mi nieco na myśl... wczesnego Wingera. Zgrabne zagrywki basu wprowadzają słuchacza w stonerowo-hardrockowy numer The Angel And The Devil. Ciężkie brzmienia gitar mogą się podobać, wokale momentami chropowate, niemal na wzór Motörhead. Nie jest to do końca takie granie, jakie lubię, ale jestem pewien, że spore grono odbiorców będzie tym zachwycone. Tytułowe Love You To Death jest już łagodniejsze i niespecjalnie mnie przekonuje. Mamy tu sporą dawkę modern rocka, do której doczepiono chórki zaaranżowane a'la KISS, a w końcówce nawet coś na wzór muzyki country. Warto jednak przeczekać te wszystkie niedogodności i doczekać do całkiem udanej solówki. Podobać może się kolejny utwór o tytule Demons Down. Bardzo udane połączenie stoner rocka i hard rocka z dodatkami nieco bardziej nowoczesnymi - znów coś dla fanów Fozzy, Ozzy'ego Osbourne'a i Shinedown. Let The Right One In to też mieszanka, tym razem miksowaniu podano coś z Danger Danger z czasów "dwójki", tyle że w modern rockowej oprawie i z dodatkiem punkowych rytmów. Nie przepadam zbytnio za takim graniem, ale jak już gdzieś leci, to w uszy nie kłuje. Plus za solówkę. Zaskakuje początek następnego w zestawie Black Widow, brzmiący jak jakiś industrial-pop. Ten klimat będzie się jeszcze ciągnął dalej i co ciekawe, im więcej tego słucham, tym bardziej mi się to podoba. Wyczuwam też jakiś wpływ kilku ostatnich płyt Lillian Axe. Kto wie, czy to przypadkiem nie najlepszy kawałek na całej płycie. A teraz coś dla fanów melodyjnego hard rocka. Smother znikają gdzieś eksperymenty, a pojawia się stylistyka na miarę choćby AdrianGale i Danger Danger, chociaż w refrenach można się i dosłyszeć KISS z lat '80 i początku '90. Nic skomplikowanego, ale za to łatwo strawnego. Zaskoczyć może klimatyczne Give Yourself To Me, w którym jest coś i z reggae i z popu, coś z Def Leppard z okresu Hysterii, pojawiają się jakieś wschodnie motywy jak z "Baśni tysiąca i jednej nocy", a przede wszystkim ciężko poznać, że za mikrofonem jest wciąż ten sam facet. O dziwo, w takich eksperymentach ekipa z Arkansas nadzwyczaj dobrze się sprawdza. Można tę ścieżkę szybko polubić. Nie przekonuje mnie z kolei Shackles And Chains, raz że nie wnosi niczego nowego, dwa że jest mało pomysłowe, a trzy że i tak po poprzedniku wypadłoby blado. Lepiej robi się w okolicach gitarowej solówki, ale to i tak za mało, by uratować ten utwór. Dużo lepszą kompozycją jest "sabbathowskie" Down On The Floor. Ciężki i wolny hard rock, godny uwagi koneserów tego gatunku. Komentarze zbędne, wystarczy posłuchać. Nie przepadam za to za Mojo, odstrasza mnie już sam wstęp zagrany z kliniczno-kosmicznym brzmieniem klawiszy. Dalej też nic nadzwyczajnego, trochę połamanych rytmów i powrót do bardzo prostego grania. Ostatnie w secie New Psycho rozpoczyna się od ciekawego brzmienia gitary typu "vintage" i robi nadzieję na numer w klimatach Alice Coopera. Cóż, momentami nawet może przypominać dokonania Alicji, innym razem Buckcherry, ale nie trzyma zbytnio w napięciu.

Firmowa mieszanka hard rocka i modern rocka, która może spodobać się tym, którzy lubią łączenie brzmień Shinedown, Fozzy, Nickelback, Ozzy'ego Osbourne'a, Buckcherry, Black Sabbath i sporadycznie innych wykonawców. Zespół ma tendencję do nagrywania coraz lepszych albumów i może w końcu nagra taki, który spodoba mi się w całości.

Oficjalna strona zespołu: www.bombayblackmusic.com