
StoneLake - Shades Of Eternity
Wydawca: 7Hard / 7us / UMP Unlimited Music Production
Rok wydania: 2009
- Shade Of Eternity
- Raise Your Hands
- End Of The World
- Rescue You
- Dangerous
- Can't Steal Your Heart
- Revolution
- Treat Me Right
- Rage Of A Lion
- Fly Out
Skład: Peter Grundström - śpiew; Jan Åkesson - gitary, instrumenty klawiszowe; Lasse Johansson - gitara basowa; Jens Westberg - perkusja
Produkcja: Jan Åkesson
Melodic metal to dość osobliwy gatunek muzyki, coś, co z założenia ma zadowolić sporą grupę słuchaczy od hard rocka po heavy czy nawet power metal. Gatunek, który wbrew swym założeniom zazwyczaj mało kogo zadowala. Zespołów poruszających się w takiej stylistyce jest co nie miara, ale tego samego nie można powiedzieć o gronie odbiorców melodic metalu. Jestem sceptycznie nastawiony do tego typu muzyki, mało która grupa potrafi przykuć moją uwagę na więcej niż kilka przesłuchań i im więcej płyt słyszę, tym bardziej mój sceptycyzm się pogłębia. Na szczęście nie tym razem.
Moje podejście mogłoby się zmienić wraz z Shades Of Eternity, bodajże czwartym już studyjnym wynurzeniem szwedzkiej formacji StoneLake. Wprawdzie nagłówki recenzji złowieszczo oznajmiały "melodic metal", ale też ich treść sugerowała, że to kapela ze stylistycznymi korzeniami w latach '80, że sporo tu wpływów hair metalu itp. Okładkę wydawnictwa dopieszczono, to i może muzyka takaż będzie - pomyślałem sobie; raz kozie śmierć... Oczywiście moje podejście jakoś znacznie się nie zmieniło do gatunku jako takiego, na samą grupę jednak patrzę nieco łaskawszym okiem, ale o tym za chwilę, najpierw przedstawię w skrócie jej historię. Biogram muzyków ją tworzących jest długi, samego zespołu raptem kilkuletni. W 1984 r. podczas jednego z koncertów doszło do spotkania gitarzysty grupy Ravage - Jana Åkessona z Peterem Grundströmem, wokalistą szwedzkiej kapeli Whitelight wykonującej melodyjnego hard rocka. Wynikiem tego spotkania było dołączenie Jana do szeregów Whitelight, gdzie pozostał on do 1987 r. Później Åkesson grał jeszcze w kilku innych zespołach, m. in. Why Not, Perfect Stranger, Doctor Blue, by zejść ze sceny i zająć się swoim studiem nagrań. W międzyczasie Whitelight zmieniło nazwę na Kee Avenue, a w 1991 r. rozpadło się i Grundström próbował następnie swych sił w jakimś coverbandzie. Po 15 latach obu muzyków, jak sami twierdzą, połączył dobry posiłek, kilka piw, whisky i chęć ponownego zagrania razem. Tak powstał zespół StoneLake, który wydał w 2006 r. debiutancki krążek o tytule Reincarnation (zwerbowano wtedy Jaime Salazara, perkusistę znanego z Bad Habit), a potem kolejno World Entry (2007 r.) i Uncharted Souls (2008 r.). Nowy album rozpoczyna utwór Shade Of Eternity, na podstawie którego można już sobie wyrobić pewne zdanie na temat stylu gry kapeli. Grundström swoim śpiewem próbuje wbić się gdzieś pomiędzy Roba Halforda a Ronniego Jamesa Dio i wychodzi mu to różnie, zazwyczaj dość dobrze. Gitary w podkładach chodzą dość jednostajnie w klimatach pośrednich między hard rockiem a heavy metalem, momentami nieco progresywnie, nastroju dodają ilustracyjnie wplecione instrumenty klawiszowe. Zresztą do brzmienia najłatwiej się tu przyczepić, słychać po prostu, że jest ono wygenerowane (mocno obrobione) komputerowo, przez co muzyka staje się mało żywiołowa i przez to słabo zapamiętywalna. Tak więc jest melodyjnie, kawałek może się podobać, ale jakoś na wieki w pamięć nie zapadnie. Znacznie lepsze wrażenie robi Raise Your Hands i tu faktycznie jakieś korelacje z latami '80 i hair metalem można wychwycić. Duża rola klawiszy, które nieodparcie kojarzą się np. z numerami Yngwiego Malmsteena jak You Don't Remember I'll Never Forget czy Making Love. Ostrzej robi się w okolicach solówki, ale ogólnie piosenka trzyma swój poziom od początku do końca. Zadowala mnie w znacznym stopniu niemal marszowe tempo kolejnego End Of The World i klimatyczne klawisze w środku utworu, finalnie chyba najlepsza kompozycja na krążku, choć i tu jest do czego się przyczepić. Chodzi o partie instrumentów klawiszowych, zwłaszcza na początku ścieżki, gdzie brzmią jakby również były zmajstrowane przy pomocy komputerowej klawiszologii, bo dalej, kiedy już zlewają się z resztą instrumentów, nie jest tak źle. Nawet zabawkowe organy Casio mojej siostry mają lepsze brzmienie... Rescue You to pozycja dla fanów cukierkowego AOR-u. Całkiem niezłe aranżacje melodii i zaskakująca zmiana w głosie wokalisty, dla którego duży plus za umiejętność dopasowania się do potrzeb kompozycji. W sumie nie wstyd byłoby udać się z tym do rozgłośni radiowych. Gdzieś w klimatach hard rocka pożenionego z progresem wpasowuje się Dangerous. Numer z silnym potencjałem na coś cholernie dobrego, gdyby nie mało dopracowane linie wokalne. Podobne rzeczy gra na swym nowym krążku Dream Theater i wszyscy się tym zachwycają, jeśli więc podejść do tego bez uprzedzeń, jest to nagranie udane. Z nadejściem Can't Steal Your Heart grupa raz jeszcze próbuje swych sił w AOR-owym repertuarze i wychodzi jej to nawet lepiej niż uprzednio. Wokalny kameleon ponownie zmienia barwy i śpiewa z podobnymi manierami jak niegdyś Harnell w TNT, choć oczywiście Grundström nie uderza głosem po swych maksymalnie wysokich rejestrach. A Revolution to już neoklasyczny progres zbudowany na barokowych pochodach harmonicznych, co przypomina mi nieco patenty stosowane przez Royal Hunt. Pokusa musiała być silna, by i solówkę zmajstrować w stylistyce iście malmsteenowskiej, ale jakoś, o dziwo, gitarzysta tej pokusie nie uległ. Pianistyczną balladę mamy w Treat Me Right i trzeba przyznać, że muzycy odpowiednio wczuli się w nastrój. Głos Petera momentami wchodzi w falset i wtedy jego barwa głosu zaczyna przypominać słynnego Axla Rose z Guns N' Roses. Co ciekawe, w solówce również i gitarzysta dostosował się do reguł gry i zagrał podobnie jak Slash w November Rain. Obronną ręką zespół wyszedł też w bardziej dynamicznej kompozycji, jaką jest Rage Of A Lion. Klawisze grają bardziej majestatycznie, więcej tu chórków, gitary niby rozbrykane, lecz w sposób umiarkowany, zwracają za to uwagę zapędy Grundströma, by jednak Harnellowi w wysokich wokalizach dorównać, aczkolwiek to wciąż nie ta skala głosu. Początek ostatniego w secie Fly Out może nieźle zmylić słuchacza. Kilka pierwszych sekund to dość ostre dźwięki, co sugerowałoby nadejście jakiegoś heavy metalowego kawałka, a tu po chwili niespodzianka, numer niemal AOR-owy, choć z wokalami falsetowanymi, coś pomiędzy Halfordem a wspomnianym przed chwilą Axlem. Całkiem miła dla ucha kombinacja brzmień.
To już któraś z kolei grupa, której tegoroczny album rozpoczyna się od najsłabszego na płycie utworu, a która potem serwuje nam nie najgorsze kawałki. Czyżby to jakaś moda, ogólna tendencja? Tak czy inaczej, StoneLake zdało mój test na różnorodność, na krążku znalazły się zróżnicowane kompozycje z elementami hard rocka, AOR-u, heavy metalu, neoklasyki i progresu, a to już z pewnością wymagało od muzyków nieco wysiłku, co z kolei warto docenić. Płyta podoba się coraz bardziej z każdym kolejnym przesłuchaniem, choć wiekopomnym dziełem oczywiście nie jest. Jak się okazuje, melodic metal niekoniecznie musi do siebie zrażać.
Oficjalna strona zespołu: www.stonelake.se