
Steve Stevens - Memory Crash
Wydawca: Magna Carta
Rok wydania: 2008
- Heavy Horizon
- Hellcats Take The Highway
- Memory Crash
- Water On Ares
- Day Of The Eagle
- Small Arms Fire
- Cherry Vanilla
- Joshua Light Show
- Prime Mover
- Josephine
Skład: Steve Stevens - gitary; Brian Tichy - perkusja i instrumenty perkusyjne; Michael Parnin - perkusja
Gościnnie: Doug Pinnick - śpiew, gitara basowa
Produkcja: Steve Stevens i Beazle T. Monk
Po dłuższym odpoczynku od wydawnictw solowych Steve Stevens powraca z jeszcze jednym krążkiem gitarowym i to w dodatku utrzymanym w stylistyce nie aż tak znowu odległej od swego pamiętnego debiutu. A że robi to w 2008 r. i w dodatku gra bardzo melodyjnie, może wzbudzać zdumienie. Coś musi się dziać szczególnego, bo jakoś nie wierzę, by tak nagle różni artyści wysypywali się jeden po drugim i oferowali tak dobre płyty. Czyżby nadchodził czas rekompensaty dla lat '80 ubiegłego wieku?
Sylwetkę Stevensa przedstawiałem już w innych recenzjach, teraz może przypomnę tylko, co porabiał on przez ostatnie dziesięciolecie. Jak pamiętamy, w ciągu kilku ostatnich lat Steve zajmował się raczej rockiem progresywnym i fusion. nagrał m. in. dwie udane zresztą płyty w projekcie Bozzio Levin Stevens, ale też trzy lata temu nie odmówił pomocy powracającemu do muzycznego biznesu Billy'emu Idolowi. Już tam nie pożałował melodyki, ale teraz najwidoczniej postanowił połączyć te dziedziny, w których czuje się mocny: hard rocka z prog rockiem i niewielkim dodatkiem flamenco. Heavy Horizon to w zasadzie intro, zaczyna się od kilku kosmicznych dźwięków, potem wchodzą melodyjne harmonie gitar. Już ta dwuminutowa miniaturka zapowiada, że nie będzie to płyta słaba. Faktycznie kolejne Hellcats Take The Highway to dawka porządnego rock'n'rolla brzmiąca trochę jak z począku lat '90... lub raczej '70, bo Stevens wspominał w wywiadach, że wielką inspiracją dla niego przed nagraniem tego albumu były archiwalne występy takich grup jak Yes czy Pink Floyd. Gitarzysta ma już swoje lata, ale jak słychać, palce mu nie zdrętwiały, nadal potrafi wycinać niezłe solówki. Memory Crash to znów taka mieszanka tego, co można było usłyszeć w latach '70 i '80, ale gitary brzmią ogólnie ciężej i myślę, że gdzieś tam jedną z inspiracji musiał być także Zakk Wylde. W tym kawałku więcej jest eksperymentów, są momenty, że wręcz słychać przemożny wpływ Jeffa Becka, zwłaszcza z czasów jego płyty Guitar Shop, z lekkim sosem a'la dawny Satriani i nawiązaniami do płyty Meltdown Vinniego Moore'a. W zupełnie odległe regiony zapuści się gitarzysta w następującym dalej Water On Ares. Większa część utworu to taka ballada nieco klasyczna, zagrana na akustykach, z pewnymi naleciałościami country i względnie flamenco. W środku mamy już elektryczną solówkę, najpierw stylowo celującą się gdzieś w fusion, później już bardziej tradycyjnie rockową. Kompozycja robi silne wrażenie i jest jedną z moich ulubionych wśród tego setu. Day Of The Eagle to doskonały cover piosenki z repertuaru Robin Trower. Gościnnie zaśpiewał tu Doug Pinnick, lider formacji King's X, Na uwagę zasługuje perfekcyjna imitacja brzmienia charakterystycznego dla lat '70, to aż nieprawdopodobne, by w epoce cyfrowej można było je uzyskać bez trudu. Nie znam oryginału tego utworu, więc nie bardzo wiem, ile Stevens tu zmienił, a ile zostawił. W każdym bądź razie ma swój urok solówka, nieco bluesująca, nieco psychodeliczna (trochę przypomina mi to Cream). Wstęp w stylu flamenco, na co zresztą czekałem i miałem nadzieję, że się pojawi, a potem cięższy, nowocześniejszy numer w postaci Small Arms Fire. Z jednej strony jest tu hard rockowo, z drugiej gitary ciążą trochę ku brzmieniom industrialno-numetalowym, ale jest to naprawdę świetny kawałek. Myślę, że mogłyby tak brzmieć te wszystkie nowoczesne kapele, gdyby tylko ich poziom techniczny był wyższy. Świetna partia gitary basowej dopełnia dzieła masowej zagłady. Na tle wszystkich kompozycji poprzednich wypada trochę dziwnie Cherry Vanilla. Nie spodziewałbym się, że Stevens coś takiego zagra, a jednak zagrał. Nadal nie wierzę... a Steve gra coś w klimatach Led Zeppelin zmieszanego z bluesem i fusion, do tego wszystko mieści się jeszcze dość szerokim zakresie melodyki będąc całkiem miłym dla ucha. Joshua Light Show rozpoczyna się od dziwnych dźwięków przywodzących mi na myśl początek jednego z utworów Satrianiego z płyty Flying In A Blue Dream, tyle że dalej wchodzi to już w stylistykę "kosmiczną". Ot, jeszcze jeden eksperyment Steve'a, gitary z dużą dawką dodatkowych efektów. Bardzo podoba mi się następny w kolejności Prime Mover. Najpierw króciutka balladka jak w utworach na gitarę klasyczną, a później bardzo charakterystyczne partie gitary basowej, która niby nic szczególnego nie gra, a jednak jej linia melodyczna dominuje przez cały utwór i najbardziej zapada w pamięć. Na tym tle Stevens improwizuje różnorakie zagrywki, z jakich część ponownie przypomina mi Satrianiego. Zamknięcie płyty to jeszcze jeden kawałek śpiewany, bazujący w swej większej części na dość oryginalnie zagranej partii gitary akustycznej. W środku pojawiają się gitary elektryczne, a ich podkład wraz z linią prowadzącą bardzo kojarzy mi się z klasycznym rockiem progresywnym w stylu Rush.
Pomimo tylu lat stażu w muzycznym biznesie Steve Stevens nie należy do muzyków wypalonych i udowadnia, że wciąż ma jeszcze wiele do przekazania. Jest sporo gitarzystów dobrych w tym, co robią, ale jak dla mnie Stevens przebija wielu z nich, bo jest po prostu muzykiem uniwersalnym. Kiedy trzeba grać hard rocka, wycina niesamowite solówki, gdy wypada grać fusion czy rock progresywny, Steve po prostu bierze wiosło i ciężko rozpoznać, że to nie wykonawca typowy dla tego gatunku, a już nie wspomnę, że biorąc do rąk akustyka i grając flamenco Stevens brzmi tak, jakby urodził się w Andaluzji. Kto lubi dobrą muzę, nie może przejść koło tej płyty obojętnie, a już na pewno jest to pozycja obowiązkowa dla fanów Guitar Oriented Rocka.
Oficjalna strona artysty stevestevens.net