
Lizzy Borden - Appointment With Death
Wydawca: Metal Blade Records
Rok wydania: 2007
- Abnormal
- Appointment With Death
- Live Forever
- Bloody Tears
- The Death Of Love
- Tomorrow Never Comes
- Under Your Skin
- Perfect World (I Don't Wanna Live)
- Somthin's Crawlin'
- (We Are) The Only Ones
- Darker Side
- Tomorrow Never Comes [akustyczny bonus track]
Skład: Lizzy Borden - śpiew; Ira Black - gitary; Marten Anderssen - gitara basowa; Joey Scott - perkusja
Gościnnie: George Lynch - gitary; Dave Meniketti - gitary; Corey Beaulieu - gitary; Jonas Hansson - gitary i instrumenty klawiszowe; Erik Rutan - gitary; Michael T. Ross - instrumenty klawiszowe; Adam Cameron - gitary; Zane - gitary; Marliese Quance - śpiew
Produkcja: Lizzy Borden i Joey Scott
Nigdy jakoś szczególnie nie przepadałem za Lizzy Borden, toteż znam ich dyskografię (jak by nie było całkiem bogatą) wyrywkowo i w dodatku w postaci pojedynczych utworów. Uważałem ich za kapelę drugoligową i zawsze znajdywałem inne, w moim mniemaniu ciekawsze zespoły. Kilka miesięcy temu jednak miałem okazję obejrzeć promocyjny teledysk zapowiadający album Appointment With Death, który wywarł na mnie pozytywne wrażenie, postanowiłem więc dać grupie szansę i zapoznać się z nowym materiałem. Efekt tego taki, że wkrótce z pewnością zapoznam się z wydawnictwami poprzednimi.
Ciekawa jest już sama nazwa kapeli i zarazem pseudonim wokalisty, gdyż pochodzi od dziewczynki o imieniu Lizzie, oskarżonej o zabicie siekierą ojca i macochy. Nie pierwszy to raz, że ciemna strona mocy wpływa inspirująco na nazewnictwo rockowe czy metalowe... Co do samej muzyki granej przez muzyków, to jest ona dość ciężka do zdecydowanego i jednoznacznego zaszufladkowania do któregoś z gatunków. Z jednej strony najwięcej wzięto z amerykańskiego heavy metalu (coś jak W.A.S.P., granie z pogranicza hard rocka i heavy metalu, bardzo przy tym melodyjne), nie brak też punkujących rytmów, nawiązań do hair metalu, czy ciągot do power metalu, ale są też i elementy "nowoczesne", czyli brzmienie gitar i perkusji rodem jak z nu-metalu. Dobrym tego przykładem jest pierwszy numer - Abnormal. Wokalista swoim głosem przywodzi mi na myśl Dickinsona z Iron Maiden, kiedy ten śpiewa w szybszych numerach, sama muzyka jest melodyjna, choć z mocniejszymi akcentami i zarazem przybrudzona. Podobnie jest w tytułowym Appointment With Death, będącym jednym z najsłabszych akurat momentów płyty. Niby podobny schemat itp., ale strasznie zawodzi produkcja, wszystkie instrumenty zlewają się chaotycznie w bezkształtną masę. Sytuację ratuje dopiero solówka, może do genialnych jej daleko, ale skoro jest przyzwoita, to powinna wystarczyć. Trochę odmiany w postaci ostrzejszego hard rocka mamy w Live Forever. Zdecydowanie lepszy kawałek od tytułowego, choćby ze względu na bardziej wyraziste riffy i malmsteenowe solo (Yngwie doczekał się licznych klonów, jak widać). Ponownie we znaki daje się jednak kiepska produkcja i zastanawiam się, czy tak trudno było o lepszą. Dostęp do komputerów jest przecież powszechny, każdy może miksować piosenki nawet w domu bez oglądania się na studio nagrań, poza tym nie wierzę, by akurat taka kapela nie miała pieniędzy na spędzenie dłuższego czasu w studiu. Wróćmy jednak do samej muzyki. Już pierwsze dźwięki Bloody Tears zapowiadają power metal, ale dalej poza nim dosłyszeć się można nawet thrashowych zagrywek. Najsłabszym ogniwem tego łańcucha jest niestety po raz kolejny produkcja, bo w pewnym momencie znowu nie jesteśmy w stanie rozróżnić od siebie partii poszczególnych instrumentów. The Death Of Love zaczęło się balladowo, ale miałem jakieś przeczucie, że grupa długo w takiej stylistyce nie wytrzyma i tak też się stało. Dalej jest już mocniej. Słychać, że muzycy mieli jakiś pomysł, ale w związku z fatalną produkcją (zwłaszcza perkusji) druga część utworu wydaje się być bardzo niechlujna. Nadchodzi promowane teledyskiem Tomorrow Never Comes, o którym wspomniałem we wstępie. Może to siła sugestii, ale od samego początku ten numer jest moim ulubionym z tego krążka. Kiedy zobaczyłem stroje muzyków w tym klipie, pomyślałem, że to jakieś nu-metalowe cudaki, na szczęście melodie i linie wokalne szybko przekonały mnie, że nie zawsze warto wierzyć oczom. Zwłaszcza w przypadku muzyki lepiej kierować się słuchem, bo i tym razem okazało się, że sporo w tym hair metalu, tyle tylko, że zagranego w sposób nieco bardziej nowoczesny. Under Your Skin wprowadza element tajemniczości i jakąś mieszankę modern rocka z muzyką pop. Nie słucham takich rzeczy na co dzień, więć ciężko mi to porównać do czegoś konkretnego. Współczesnej publiczności może się to spodobać, fanom dźwięków z lat '80 niekoniecznie. Za to kolejnego Perfect World (I Don't Wanna Live) powinni posłuchać fani starego Queensrÿche. Może klimatycznie nie jest to aż tak zbliżone do stylistyki tej grupy, ale wokalnie chórkom i Bordenowi blisko tutaj do Tate'a. Co ciekawe, pod koniec numeru wokale zbliżają się nawet do Eldritcha z The Sisters Of Mercy. Wstęp do Somthin's Crawlin' zapowiadałby coś w typie Stratovariusa, ale dalsza część utworu to znów nawiązanie do 'Ryche, gdzieś z okolic albumu Rage For Order. Trochę dziwnie wypada ten numer na tle reszty, jest jakby wyjęty z innej płyty. Bardziej typowo będzie w (We Are) The Only Ones, tu już jest bliżej do kawałków z początku krążka i w zasadzie można by powtórzyć te same uwagi, co przy nich. Zamiast tego lepiej powiedzieć, że najsilniejszymi argumentami przemawiającymi za tym wydawnictwem są liczne solówki, w dodatku całkiem przyzwoite i dobre. Tak jest i w tym przypadku. Zestaw zamyka kompozycja o tytule Darker Side, z większą ilością klawiszy i wolniej zagrana. najłagodniejsza ze wszystkich, o ile w ogóle można użyć słowa "łagodna" do piosenki, gdzie wokalista niemal piszczy. Wydanie płyty, które wpadło mi w ręce, zawiera jeszcze jeden bonus track. Jest on wprawdzie nie nazwany, ale po słowach kawałka łatwo rozpoznać, że jest to Tomorrow Never Comes, tylko że w wersji akustycznej, równie dobrej jak oryginał, ale posiadającej własny urok.
Appointment With Death nie jest jakąś szczególnie rewelacyjną pozycją jak na ten gatunek muzyczny, jest to po prostu płyta dobra. Nie mieści się ona wprawdzie w pierwszej dziesiątce najlepszych wydawnictw roku 2007, w drugiej jednak zmieściłaby się z pewnością. Ogólne wrażenia estetyczne przy odsłuchiwaniu tego krążka psuje jego produkcja, ale mimo wszystko zawarte na nim kompozycje są dobre. Nawet jeśli nie jest to coś, bez czego nasza kolekcja płytowa nie może się obyć, warto czasem posłuchać.
Oficjalna strona zespołu: www.lizzyborden.com