
Steel Panther - All You Can Eat
Wydawca: Open E Music / Kobalt Label Services
Rok wydania: 2014
- Pussywhipped
- Party Like Tomorrow Is The End Of The World
- Gloryhole
- Bukkake Tears
- Gangbang At The Old Folks Home
- Ten Strikes You're Out
- The Burden Of Being Wonderful
- Fucking My Heart In The Ass
- B.V.S.
- You're Beautiful When You Don't Talk
- If I Was The King
- She's On The Rag
- People Are Stoopid [japoński bonus track]
- She's On The Rag (Alternate Version) [iTunes bonus track]
Skład: Michael Starr (Ralph Saenz) - śpiew, chórki; Satchel (Russ Parrish) - gitara prowadząca, gitara rytmiczna, gitara akustyczna, chórki; Lexxi Foxxx (Travis Haley) - gitara basowa, chórki; Stix Zadinia (Darren Leader) - perkusja i instrumenty perkusyjne, pianino, chórki
Gościnnie: Vivian Campbell - gitarowe solo w [5]
Produkcja: Jay Ruston
Wszyscy już chyba przyzwyczaili się do specyficznego poczucia humoru chłopaków ze Steel Panther i nikt nie będzie oczekiwał, że nagle spoważnieją (czemu mieliby niby poważnieć wydając album w dniu 1 kwietnia?), tak więc oto przed nami kolejna dawka porządnego hard rocka okraszona seksem i wszystkim, co wokół niego. Skład grupy na "czwóreczce" wciąż ten sam, podobnie rzecz ma się z producentem - tyle w kwestii formalnej. Zaczynamy!
Przed odsłuchaniem płyty warto przyjrzeć się okładce, nie tylko dlatego, że mamy na niej kilka ładnych panienek, ale by przypomnieć sobie co nieco z pewnego znanego obrazu. Mam nadzieję, że krążek nie zostanie zakazany w tzw. katolickich krajach... Już od pierwszych dźwięków otwierających Pussywhipped słychać, że Satchel musiał się w ostatnim czasie zasłuchiwać wczesnymi dokonaniami Annihilatora. Numer zaczyna się od gustownej balladowej miniatury przypominającej pamiętne Crystal Ann ekipy Watersa, ale i gdy grupa później przyłoi mocniej, będzie również słychać przemożny wpływ Jeffa. Robi się ostro i dalej wkracza ze swoim wokalem Starr. Mógłby wprawdzie bardziej się postarać z liniami melodycznymi, jak to niegdyś robił, kiedy zespół operował pod szyldem Metal Shop, ale i tak numer jest przedni. Mój ulubiony moment kawałka, oczywiście poza balladowym intrem, to cały wstęp przed solówką oraz "annihilatorowa" zagrywka po niej. Na pozycji drugiej zamieszczono singlowe Party Like Tomorrow Is The End Of The World będące w sumie typowym manifestem imprezowicza. Teksty mocno osadzone w fantazjach nastolatka, który marzy tylko o chlaniu i dymaniu, albo dymaniu i chlaniu, jak kto woli. Pod względem muzycznym od razu da się wyczuć inspiracje dokonaniami lekkoduchów z Poison oraz ich rzeszy naśladowców. W Gloryhole muzycy nabijają się z kilku stron o tematyce pornograficznej i dobrze im to wychodzi. Nadal mamy do czynienia z melodyjnym hard rockiem, aczkolwiek jego stylistyka zmienia się nieco. Starr zaczyna brzmieć jak klon Davida Lee Rotha (jeszcze wiele będzie na płycie odniesień do tego wokalisty), który wyśpiewuje swe przesłanie do podkładów gdzieś z pogranicza Mr. Biga i Racer X. Na uwagę zasługuje tu świetna solówka Satchela, zdecydowanie jedna z najlepszych na całym wydawnictwie,. Bukkake Tears to taka ballada dozwolona od lat 18 ("There is so much love on your face") ;). Trzeba dodać, że ballada bardzo udana, w każdym badź razie wydaje się dużo bardziej szczera, niż setki wymuszanych na siłę pościelówek. Co się zaś tyczy warstwy tekstowej, to kto niby powiedział, że musi być ona śmiertelnie poważna? Pod numerem piątym kryje się mój ulubiony numer z tego krążka: Gangbang At The Old Folks Home, czyli melodyjnie, ale ostro i z pazurem. Kapitalne partie gitar, Starr śpiewa jak należy, a do tego dochodzi mocarne solo zagrane gościnnie przez Viviana Campbella, który de facto zasługuje moim zdaniem na większą sławę (wciąż pamiętam jego flażolety i ramię tremolo z Hear 'N Aids). Silne echa Van Halena mamy w Ten Strikes You're Out i bardzo dobrze, szkoda że w dzisiejszych czasach tak mało kapel pali się do grania z energią godną młodego Eddiego. Pod względem gitarowym wioślarz znów udowadnia, że nie pierwszy lepszy z niego zawodnik, zresztą właśnie sobie przypomniałem, że przecież jest on nauczycielem gry na sztandarowym instrumencie rock'n'rolla, a to do czegoś zobowiązuje. Na tym nie koniec niespodzianek, bo oto grupa rzuca nam prosto w twarz rewelacyjną, w pełni profesjonalnie zagraną balladę o tytule The Burden Of Being Wonderful. Ten drugi singiel Panter przywołuje na myśl sławetne, najlepsze pościelówki Def Leppard. Michael Starr śpiewa tutaj czyściej, jak rasowy, hair metalowy operator mikrofonu! Naprawdę jestem pod wrażeniem i to nie tylko z powodów wokalnych - cała reszta muzyków też potrafi bezbłędnie dopieścić ucho. Fucking My Heart In The Ass w pierwszym riffie zaczyna straszyć punkiem, ale klimat szybko zmienia się i prowadzi ku inspiracjom Mötley Crüe pożenionym z Poison, no, w każdym razie nie brak tu rock'n'rolla. Noga rwie się do rytmicznego tupania, aż chce się wyskoczyć na parkiet i wykonać kilka wywijańców (szkoda, że lata już nie te - powiedział hard rockowy dziadek ;)). Raz jeszcze gromkie brawa dla Satchela, za dobrze dobraną do treści solóweczkę. Od początku intrygował mnie tytuł B.V.S., zanim jeszcze usłyszałem sam kawałek. Big Vagina Syndrome... i wszystko jasne. Jeszcze jeden numer, którego nie można pominąć przy kontakcie z krążkiem. Dobra zabawa gwarantowana. Świetny, rozbujany rocker. You're Beautiful When You Don't Talk, ach, jakże trafny tytuł, zresztą kojarzący mi się z pewnym żartem Stalowej Pantery - zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji debiutu ekipy Starra. Pod względem muzycznym utwór nie jest może jakiś wybitny (średniak jak na możliwości SP), ale jest poprawnie zagrany i uszu z pewnością nie pokaleczy. Widząc szyld If I Was The King w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że być może chłopaki na chwilę spoważnieją (jeśli mnie pamięć nie myli, na jednej z nowszych płyt Queensrÿche był kawałek o takiej tematyce, zupełnie poważny), ale gdzież tam... Gdyby Michael Starr został królem, wcale nie próbowałby naprawiać świata, przynajmniej dopóki może oglądać ogolone organy płciowe licznych panienek ;). Płytę kończy udana kompozycja She's On The Rag. Główną siłą piosenki jest jej dość nietypowa jak na dzisiejsze czasy aranżacja, może za wyjątkiem refrenów (tu bliżej choćby do Firehouse). Zwieńczeniem numeru jest bardzo fajna solóweczka, z której momentami wyziera dziki rock'n'roll, a chwilami bardziej liryczne klimaty.
Kiedy Steel Panther wydało Balls Out, zastanawiałem się, czy starczy im jaj i pomysłów na równie dobry krążek. Czas pokazał, że wszelkie rozterki tego typu były zbędne, bo All You Can Eat jest wydawnictwem jeszcze lepszym i zgodnie ze swym tytułem (czyżby nawiązującym do znanej płyty Davida Lee Rotha?), skutecznie rozbudza apetyt na więcej. Bardzo solidny kandydat do tytułu albumu roku, ale póki co przede wszystkim doskonały dawca dobrej zabawy.
Oficjalna strona zespołu: www.steelpantherrocks.com