
Red Dragon Cartel - Red Dragon Cartel
Wydawca: Frontiers Records / Universal
Rok wydania: 2014
- Deceived
- Shout It Out
- Feeder
- Fall From The Sky (Seagull)
- Wasted
- Slave
- Big Mouth
- War Machine
- Redeem Me
- Exquisite Tenderness
- Feeder (acoustic version) [japoński bonus track]
- American Dream [BestBuy bonus track]
Skład: Jake E. Lee - gitary, instrumenty klawiszowe; Darren James "D.J." Smith - śpiew; Ronnie Mancuso - gitara basowa, instrumenty klawiszowe, chórki; Jonas Fairley - perkusja, chórki
Gościnnie: Robin Zander - śpiew w [3]; Paul Di Anno - śpiew w [5]; Maria Brink - śpiew w [7]; Sass Jordan - śpiew w [9]; Chris Howorth - gitara w [7]; Tom Peterson - gitara basowa w [3]; Rex Brown - gitara basowa w [6]; Scott Reeder - gitara basowa w [8]; Todd Kerns - gitara basowa w [9]; Brent Fitz - perkusja w [2,4,5,9]; Jeremy Spencer - perkusja w [3,6]; Kevin Churko - perkusja i śpiew w [7]; Kane Churko - chórki w [6]; Louie Merlino - chórki w [8]
Produkcja: R. Bernard Mann (a.k.a. Ronnie Mancuso i Jake E. Lee
Red Dragon Cartel to najnowszy projekt Jake'a E. Lee, gitarzysty najbardziej znanego z grania na dwóch albumach Ozzy'ego Osbourne'a, chociaż sporo fanów może go również kojarzyć z takich formacji jak Mickey Ratt (z tego zespołu powstał później Ratt), Rough Cutt, Dio, Badlands oraz z działalności solowej. Do powstania RDC namówili Jake'a panowie basista Ronnie Mancuso (Beggars & Thieves) i producent Kevin Churko (tutaj głównie odpowiedzialny za miksowanie i mastering), resztę stałej załogi znaleziono przez Facebooka. W powstanie debiutanckiego dzieła zaangażowali się również liczni, mniej lub bardziej znani goście.
Wygląda na to, że po wielu latach medialnej ciszy mamy do czynienia z triumfalnym powrotem Jake'a E Lee. Gitarzysta jest w doskonałej formie technicznej, zarówno jeśli chodzi o riffy i solówki. Od pierwszych dźwięków krążka słychać, że będzie to wydawnictwo bardzo energetyczne i żywe, przyczepić można się tylko do zbyt "cyfrowego" brzmienia, ale tę akurat uwagę można odnieść do niemal większości współcześnie wydawanych płyt. Linię frontu otwiera ognisty kawałek zatytułowany Deceived. Szybkie tempo, riff napędowy podobny do osbourne'owskiego Bark At The Moon (jeden z klasyków Jake'a, jakby ktoś jeszcze nie wiedział), gitarowa solówka też podobnych lotów, a do tego niespożyte pokłady energii, jak w owianym legendą kawałku Party Hard Andrew W.K.. W tym momencie warto wspomnieć o nowym gardłowym, Darrenie Jamesie Smith. Jego głos barwą i manierą przypomina mi wokalistę Bombay Black. Na kolejnej pozycji mamy bardzo interesujący utwór Shout It Out. Tu jest wolniej, ale zarazem dużo ciężej. Brzmi to trochę jak mieszanka Black Label Society z industrialnymi klimatami Roba Zombie, zwłaszcza w refrenach. Zwrotki podobają mi się akurat bardziej. Też jedna z lepszych pozycji na krążku. Od pierwszych nut zachwyca melodyką, rytmem i aranżacjami numer o tytule Feeder z Zanderem (Chip Trick) za mikrofonem. Noga sama rwie się do przytupów. Bardzo udane połączenie klasycznych hard rockowych melodii z lat '80 z bardziej nowoczesnym brzmieniem. Ciekawie wypada sabbathowskie zwolnienie przed bluesującą tu i ówdzie solówką (prowadzoną aż do zakończenia ścieżki) i stanowi do niej doskonałe wprowadzenie. Fall From The Sky (Seagull) to ballada, niestety dość smętna, a przez to nudnawa, co psuje dobre wrażenie pozostawione po wcześniejszych kompozycjach. Powinna spodobać się bardziej słuchaczom z kręgów grunge rocka. Nie będę się nad nią dłużej rozwodził, przejdźmy zatem do ostrzejszego Wasted, gdzie za mikrofon złapał niegdysiejszy gardłowy Ironów, Paul DiAnno. Mamy tu do czynienia z "brudnym", "barowym" hard rockiem w stylu Black Label Society - nie do końca są to moje klimaty, zwłaszcza jak śpiewa w nich DiAnno, ale myślę, że wielu osobom może się to spodobać. Moim zdaniem do formy zespół powraca w kolejnym kawałku. Slave rozpoczyna się ciekawym intrem, by przejść w bardziej dynamiczne i ostre dźwięki, które można nawet podciągnąć pod thrash metal. Na uwagę zasługuje tu również agresywna momentami gra perkusisty Jeremy'ego Spencera, bo nieczęsto spotyka się granie na dwie stopy i tego typu przejścia w muzyce hard rockowej, w połączeniu z dźwiękami generowanymi przez dawnego basistę Pantery. Wisienką na torcie jest znakomita solówka Jake'a. Bez wątpienia jeden z najlepszych numerów na płycie. Na pozycji siódmej zamieszczono Big Mouth, piosenkę z damskimi wokalami. Jest tutaj przede wszystkim bardzo wolno, trochę sabbathowsko, na tym tle pani Maria Brink pokazuje możliwości swojego gardła. Jeśli rozpatrywać tę kompozycję w oderwaniu od reszty, jest ona całkiem niezła, tyle że nie bardzo pasuje do reszty zestawu. Następny kawałek, War Machine to niewątpliwie ukłon w stronę starszych nagrań Black Sabbath i zarazem nowszych dzieł Ozzy'ego Osbourne'a. Wolne tempo, ciężkie gitary i charakterystyczna maniera w głosie wokalisty od razu nasuwają takie skojarzenia. Jake E. Lee bardzo dobrze dopasował się tu z solówką, która rozpoczyna się wolno, a potem przyspiesza. Nieco knajpowego hard rocka mamy w Redeem Me, gdzie pojawia się kolejna wokalistka. Momentami trudno poznać, że to kobiecy śpiew (ta chrypka w głosie!). To również jedno z wolniejszych nagrań w zestawie i jak się je porówna z tymi szybszymi, można pomyśleć, że ktoś w międzyczasie podmienił płytę w odtwarzaczu. Oficjalny zestaw utworów zamyka instrumentalna ballada o tytule Exuisite Tenderness, oparta w całości na elektronicznym pianinie. Bardzo fajna, lekkostrawna muzyczna miniaturka, której aż chce się słuchać. Szkoda tylko, że jest taka krótka, trwa bowiem niecałe 2 i pół minuty. Japońscy fani dostali jeszcze jeden numer bonusowy, a jest nim akustyczna wersja ścieżki Feeder. Gitary brzmią tu bardzo fajnie, za to dokonano niebywałego gwałtu na brzmieniu linii wokalnych i perkusji. Czy to znaczy, że nie warto sięgać po "skośnookie" wydanie krążka? Wręcz przeciwnie, warto choćby dla tych zmyślnych, nieco bliskowchodnio brzmiących wstawek w solóweczce.
Obowiązkowa rzecz dla fanów Jake'a E. Lee i to bez dwóch zdań. Bardzo solidne wydawnictwo ze znaczną przewagą kompozycji udanych. Dużo wyśmienitych gitarowych solówek, solidny kawałek cięższego hard rocka, jednak niepozbawiony melodyjności. Płyta znacznie wybija się na plus od wszechogarniającej muzycznej przeciętności, jaką codziennie się nam serwuje. Jedna z najlepszych jak dotąd pozycji roku 2014. Polecam z czystym sumieniem.
Oficjalna strona zespołu: www.reddragoncartel.com