
Slash - World On Fire
Wydawca: Dik Hayd International / Caroline Records / Roadrunner Records
Rok wydania: 2014
- World On Fire
- Shadow Life
- Automatic Overdrive
- Wicked Stone
- 30 Years To Life
- Bent To Fly
- Stone Blind
- Too Far Gone
- Beneath The Savage Sun
- Withered Delilah
- Battleground
- Dirty Girl
- Iris Of The Storm
- Avalon
- The Dissident
- Safari Inn
- The Unholy
Skład: Slash - gitara prowadząca, gitara rytmiczna; Myles Kennedy - śpiew; Todd Kerns - gitara basowa, chórki; Brent Fitz - perkusja i instrumenty perkusyjne, elektryczne pianino
Produkcja: Michael "Elvis" Baskette
World On Fire to już trzeci solowy album Slasha, któremu sławę przyniosły występy w Guns N' Roses (do którego to zespołu nie zamierza wracać), a później w Velvet Revolver. Gitarzysta jak widać nie próżnuje i od kilku lat stawia na swoją karierę solową nieźle na tym wychodząc. A co przynosi opisywany krążek? Całkiem niezłą dawkę hard rocka w rock'n'rollowym wydaniu.
Płyta ukazała się pod szyldem Slash Featuring Myles Kennedy And The Conspirators, zreszta już po raz drugi, co każe nam wierzyć, że ten skład jest stabilny i prawdopodobnie utrzyma się dłużej. Rozpoczyna ją rozbujany numer zatytułowany tak jak cały krążek, czyli World On Fire. Zarówno pod względem gitarowej roboty, jak i z racji brzmienia głosu wokalisty jakoś na myśl od razu przywodzi mi niektóre dokonania Lizzy Borden. Co zapewne ucieszy tych fanów Slasha, którzy nie za bardzo przepadali za Aksamitnym Revolverem, tutaj ekipa faceta w kapeluszu gra dużo bardziej melodyjnie, no i bardziej rock'n'rollowo, jak to już zaznaczyłem we wstępie. Do tego dochodzi jeszcze dość przyzwoita solówka, więc powodów do radości jest więcej. Shadow Life to ewidentnie ukłon w stronę sympatyków Guns N' Roses. Raz, że początek został zmajstrowany nieco według schematu obowiązującego w pamiętnej balladzie Don't Cry, to jeszcze pozostałe riffy zdają się być inspirowane jeszcze czasami Appetite For Destruction. O solówce również muszę wspomnieć, tym razem z innego powodu, mianowicie słychać w niej fascynacje stylem neoklasycznym - niedaleko temu do dokonań Yngwie Malmsteena. Co do Automatic Overdrive mam mieszane odczucia. Z jednej strony utwór bazuje na dość ciekawym riffie, z drugiej zniechęca do niego raczej słaby wstęp i głos wokalisty, który też nie zachwyca (by być sprawiedliwym dodam, że także nie zniechęca). Po kilku odsłuchaniach wrażenia są już na szczęście lepsze. Za to Wicked Stone to od samego początku rockowy potwór. Kapitalny riff i rytmika znów sięgająca epoki Appetite For Destruction Gunsów. No, czyż nie kojarzy się to z szybciej zagranym Paradise City? Kolejne w upakowanym secie jest rock'n'rollowe 30 Years To Life. Fajny wstęp trochę pod Keela, potem kawałek robi się mniej skomplikowany strukturalnie, za to nadrabia szybkim tempem i łatwo wpadającymi w ucho melodiami. Bent To Fly to ballada, która chyba bardziej pasowałaby na jedną z płyt Black Stone Cherry, gdyby jeszcze trochę popracować nad wokalami. Rozpoczyna się smętnie, ale dalej nabiera kolorytu, przy czym dobrze pasują tu bluesujące solówki. Na dalszej pozycji znajdujemy mocno "gunsowe" Stone Blind. Numer zdaje się pamiętać czasy debiutu macierzystej formacji Slasha. Jest niezły choć do albumowej czołówki trochę mu brakuje. Too Far Gone jest jeszcze jednym przykładem na to, że gitarzysta i lider załapał ostatnio jakiś sentyment do końcówki lat '80. Nie jest źle, choć zaczyna mnie trochę nużyć fakt, że wiele nagrań z tego krążka jest w istocie do siebie bliźniaczo podobnych. Beneath The Savage Sun to jak dotąd najcięższy kawałek na World On Fire. Niektóre riffy mogą podchodzić nawet pod thrash metal... ale gdy w refrenach słychać śpiew Mylesa, po raz kolejny stosują się te same uwagi, co przy poprzedniej kompozycji. W Withered Delilah mamy najpierw coś w rodzaju radosnego blues rocka, a potem wchodzą marszowe rytmy rodem z Dokken. Podoba mi się taki zabieg - raz, że dawka oryginalności jak na ten krążka, dwa, że lubię Dokken, więc czemu miałbym narzekać? Dla odmiany kompletnie nie przekonuje mnie Battleground, które jest ni mniej ni więcej, tylko modern rockową balladą. Dużo kapel mniejszego kalibru tak grało pod koniec lat '90 i w początkach kolejnego wieku. Nie będę się rozpisywał, bo nie ma o czym, przejdę od razu do Dirty Girl. Tu jest lepiej, taki country blues rock na początku, a potem już rocker, coś pomiędzy Extreme a Aerosmith. W zwrotkach trochę kuleje głos Kennedy'ego, lecz refreny pozbawione są już tego mankamentu. Iris Of The Storm rozpoczyna się dość obiecująco, jakby miało za chwilę nadejść Sweet Child O' Mine część II. Czar pryska, gdy pojawia się grunge'owa ballada, a potem takie sobie rockowe granie, jakiego pełno po kątach. Po nim mamy radosny kawałek o tytule Avalon. Nic skomplikowanego, ale dobrze się go słucha. Nazwałbym go taką rockowa wersją Rednex (kto pamięta Cotton Eye Joe?). The Dissident też jest niezłą pozycją i również lekko strawną, aczkolwiek zwrotki prosiłyby się o przearanżowanie, bo mocno odstają od nadzwyczaj przyzwoitych refrenów. Przedostatnie w zestawie Safari Inn to najbardziej ambitny utwór z opisywanego krążka, dodam, że całkowicie instrumentalny. Awangardowy, przemyślany, rozbudowany, z elementami improwizowanymi, niemal ideał. Wcale bym się nie pogniewał, gdyby Slash wydał całą płytę z takimi kompozycjami. Rewelacja. Po takim nagraniu The Unholy z miejsca wydaje się cieniutkie (zresztą i bez tego takim by się wydawało). Pierwsza połowa ścieżki jest balladowa, w drugiej pojawiają się momenty rockowe, ale z takim podejściem, jak mniej więcej TNT z czasów, gdy śpiewał w nim Tony Mills.
World On Fire to album zgoła udany, zawierający wiele ciekawych numerów, choć nie uniknął wpadek. Do tego wydaje się za długi - niby od przybytku głowa nie boli, ale obawiam się, że nowe wydawnictwo Slasha może się szybko znudzić. Obym się mylił, bo kilka kawałków naprawdę robi tutaj nadzwyczaj dobre wrażenie. Bez większego ryzyka rzeknę, rzecz obowiązkowa dla fanów dawnego Guns N' Roses i nie tylko. Polecam.
Oficjalna strona artysty: www.slashonline.com