Vandenberg's MoonKings - Vandenberg's MoonKings

Vandenberg's MoonKings - Vandenberg's MoonKings

Wydawca: Mascot Records / Provogue Records
Rok wydania: 2014

  1. Lust And Lies
  2. Close To You
  3. Good Thing
  4. Breathing
  5. Steal Away
  6. Line Of Fire
  7. Out Of Reach
  8. Feel It
  9. Leave This Town
  10. One Step Behind
  11. Leeches
  12. Nothing Touches
  13. Sailing Ships (feat. David Coverdale)

Skład: Adrian Vandenberg – gitary, chórki; Jan Hoving - śpiew; Sem Christoffel – gitara basowa; Mart Nijen Es - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: David Coverdale - śpiew w [13]

Produkcja: Adrian Vandenberg

Vandenberg's MoonKings to nowy hard rockowy zespół gitarzysty Adriana Vandenberga. Kim jest ten wioślarz, fanom takiej muzyki raczej przedstawiać nie trzeba... chociaż młodsza publiczność może akurat potrzebować pewnej introdukcji. Tak więc muzyk grał w początkach lat '80 we własnej grupie Vandenberg, by pod koniec tamtej dekady wskoczyć do składu Whitesnake. Potem założył Manic Eden, zniknął na dłuższy okres czasu, by wreszcie w lutym roku 2014 znów porządnie przyłoić w struny.

Co Adrian porabiał przez te wszystkie lata? Z Whitesnake koncertował przez 13 lat, ale po odejściu tez go do tego zespołu ciągnęło i gdy tylko ekipa Coverdale'a występowała w Holandii, rodzinnym kraju Adriana, ten śmiało gościnnie wskakiwał na scenę. Poza tym, muzyk oddał się swojej drugiej pasji - malarstwu i ponoć nawet wiele galerii chciało wystawiać jego dzieła. Później urodziła się mu córka, chciał widzieć, jak dorasta, więc musial poświęcić się rodzinie. W 2011 roku nadarzyła się okazja, by nagrać utwór dla piłkarskiej drużyny FC Twente. Okazja była dobra, bo piłkarze rok wcześniej stali się mistrzami pierwszej ligi w Holandii. Adrian skrzyknął kilku młodych, acz bardzo utalentowanych muzyków i piosenkę wypuścił pod swoim nazwiskiem, na co oburzyli się dawni członkowie grupy Vandenberg i pozwali go do sądu, ale Adrian sprawę wygrał. Skład nie poszedł na długo w rozsypkę, pod koniec roku 2013 trafił do Wisseloord Studios (ciekawostka: w tym studiu Adrian nagrywał już kiedyś ze swoim pierwszym zespołem, holenderskim Teaserem) i pod szyldem Vandenberg's MoonKings zarejestrował eponimicznie ochrzczoną debiutancką płytę. Muzycy używali starego sprzetu z lat '60 i '70, zdecydowali się na nagrania metodą analogową, jak w starych dobrych czasach, co finalnie dobrze odbiło się na brzmieniu krążka. Choćby otwierająca album kompozycja zatytułowana Lust And Lies to prawdziwy dynamit. Słychać "vintage'owe" brzmienie, słychać, że numer jest przemyślany i z góry zaplanowany tak, by przypominać miks Whitesnake i Led Zeppelin. Nawet głos wokalisty do złudzenia przypomina możliwości gardła Davida Coverdale'a! Kapitalne riffy, wszystko dopracowane w szczegółach, a gitarowa solówka tez pierwsza klasa. Dodam, że nagrano ją bez dodatkowych ścieżek gitar, z myślą o mniejszej ilości problemów podczas wykonania na żywo i tak będzie w większości utworów z tego wydawnictwa. Również Close To You powinno zadowolić nawet najbardziej wybrednych fanów Białego Węża, Zeppelinów, a nawet wczesnego Gottharda. Znów nie mogę się nadziwić, jak dobrze Janovi Hevingowi idzie wcielanie się w Coverdale'a, raz jeszcze cały zespół zadziwia swoim poziomem technicznym i żywiołowością. Nie wierzycie? To posłuchajcie sami! Ten kawałek to kolejna uczta dla fanów klasycznego hard rocka lat '60, '70 i wczesnych '80. Nieźle rozbujać może "drajwowy" numer o tytule Good Thing. Tytuł bardzo adekwatny do zawartości muzycznej. Jedyna rzecz, która mnie tu drażni, to sposób prowadzenia chórków w refrenie, stąd zdecydowanie wolę zwrotkę. Kwestia osobistych preferencji. Breathing to dla odmiany ballada, taka w stylu mniej więcej jak z wężowych czasów Restless Heart. Vandenberg udowadnia, że i z gitarą akustyczną wie, co robić. Wraz z Steal Away następuje powrót do solidnego riffowania. Raz jeszcze już z samego brzmienia numeru radosny uśmieszek sam cisnie się na usta. tak dobra rzecz w roku 2014... niewiarygodne, ale jak najbardziej możliwe! Kolejne nagranie, Line Of Fire, podchodzi pod klimat Whitesnake z czasów płyty Slide It In i nadaje się do stadionowego wykonania na żywo dla tysięcy fanów. Cieszy ucho, jak zresztą i reszta tutejszego zestawu. A że szanujący się krążek nie może składać się z samych rockerów, dalej mamy balladę Out Of Reach. Najbardziej urzeka tu aranżacja instrumentów w samym środku ścieżki i łagodniejszy niż wcześniej, aksamitny zdawałoby się, głos wokalisty. Już rockowe Feel It podoba mi się dopiero od momentu, gdy upływa już prawie minuta kompozycji. Nagranie jest wyraźnie inne od reszty utworów, chociaż chórki przypominają te znane z Good Thing (tak, te również mnie drażnią, niestety, wybaczam jednak łatwo, bo płyta jest ogólnie znakomita). Początek Leave This Town jest nieco niemrawy, może nawet mało interesujący, na szczęście dalej numer idzie już w dobrą stronę i prezentuje najlepsze cechy takiego Led Zeppelin, doprawionego nieco elementami z wczesnego Uriah Heep. One Step Behind to jedyne nagranie, ktre mnie kompletnie nie rusza. Ma w sobie coś z country i bluesa, co niby wadą żadną nie jest, ale jakoś zabrakło tu tego "czegoś". Może pomysłu, może werwy... Jest za to całkiem fajna solówka, wprawdzie wymiatania w niej mało, lecz wystarczy. Leeches to pozycja dla sympatyków wczesnego Whitesnake. Wokalista raz jeszcze jak kameleon wciela się w Coverdale'a i gdybym nie wiedział, że to nie on, pewnie łatwo dałbym się nabrać na te sztuczki (ale spokojnie, wilk tuż tuż). Coś z klimatów Steppenwolfa ma w sobie Nothing Touches, ale to przede wszystkim rock'n'roll pełną parą. Zresztą nawet warstwie tekstowej padają słowa "rock'n'roll", jest też nieco humoru. Gdzie? A, to już zostawiam dociekliwym. Na samym końcu perełka - nowa wersja słynnej ballady Sailing Ships z repertuaru Whitesnake. Pojawia się tu sam mistrz ceremonii, David Coverdale. Słychać po głosie, że przybyło mu lat, ale też, że nie ubyło mu talentu. Ten numer jest jak dla mnie nieśmiertelny i zawsze chętnie usłyszę jego kolejna wersję, pod warunkiem, że nie będzie zbytnio odbiegała od oryginału. Ta nie odbiega daleko, różni się aranżacjami w środku (są jakby jeszcze bardzie spokojne i z nutką bluesa).

Adrian Vandenberg przechwala się, że to najlepszy album, jaki kiedykolwiek nagrał... i chyba ma cholerną rację. Z tych krążków, gdzie jego osoba znajduje się na pierwszym planie, faktycznie ten jest najlepszy. Płyta bardzo równa, pozbawiona zbędnych zapchajdziur, raptem jeden słabszy numer, lecz w liczbie 13 kompozycji to przecież banał. Vandenberg's MoonKings to prawdziwa gratka przede wszystkim dla fanów Whitesnake i Led Zeppelin, ale także dla miłośników klasycznego hard rocka. Gorąco polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.moonkingsband.com