Sister Sin - True Sound Of The Underground

Sister Sin - True Sound Of The Underground

Wydawca: Victory Records / Metal Heaven / Zoom
Rok wydania: 2010

  1. Sound Of The Underground
  2. Outrage
  3. Better Than Them
  4. 24/7
  5. Heading For Hell
  6. I Stand Alone
  7. Built To Last
  8. The Devil I Know
  9. Times Aren't A-changing
  10. Nailbiter
  11. Beat 'em Down

Skład: Liv - śpiew; Jimmy - gitary; Benton - gitara basowa; Dave - perkusja

Produkcja: Henrik Edenhed

W 2008 r. szwedzka formacja Sister Sin dowodzona przez charyzmatyczną wokalistkę Liv wydała wreszcie swój debiutancki krążek. Dwa lata później ukazuje się True Sound Of The Underground, jego następca utrzymany w podobnej stylistyce i w zasadzie mógłbym zakończyć recenzję na stwierdzeniu, iż polecam go fanom "jedynki". Zawartość obu krążków jest naprawdę zbliżona, choć chyba kolejne dziecko grupy wydaje się ciut lepsze.

Cóż, nadal mamy mieszankę hard rocka, sleaze rocka i niemieckiego metalu, z tym że tego ostatniego jest coraz więcej. Czasami odnoszę wrażenie, że ekipa Liv próbuje podążać ta samą ścieżką, co Kissin' Dynamite, ba, nawet zdaje mi się, iż Szwedzi próbują być jeszcze bardziej niemieccy. Zasadniczo nie mam nic przeciwko takiemu graniu, nawet mi się ono podoba, problem w tym, że słuchanie coraz większej ilości płyt nagranych w owej stylistyce zaczyna być po prostu nużące. Jeśli Sister Sin nagra trzeci album bliźniaczo brzmiący, to chyba stracę zainteresowanie tym zespołem. Po cóż mnożyć byty? Wydawnictwo otwiera numer Sound Of The Underground, utrzymane dokładnie w klimatach debiutu. Jest dynamicznie, jest zadziornie, gdzieś tam spomiędzy riffów i tekstów można wychwycić młodzieńczy bunt. Na pewno brawa należą się za brzmienie instrumentów, jeszcze 15 lat wcześniej pewnie niejedna kapela dałaby się posiekać, byle tylko mieć podobne. Fajnie się tego słucha, rzecz jednak w tym, że po wysłuchaniu setki takich kompozycji nie pamięta się ani jednej. Na pozycji drugiej niemiecki do bólu Outrage. To wszystko zrobiło już kiedyś Accept i jego naśladowcy. Taki trochę heavy metal, jak już wspomniałem grany na niemiecką modłę. Skandowane słowa, ostre gitary, mocna sekcja rytmiczna, czyli wszystko to, co powinno spodobać się nastoletniej publiczności. U podstaw Better Than Them leżą uproszczone riffy, kawałek ma podbite tempo i można go uznać za szybki. Tym, co ciągnie go do przodu, są jednak w zasadzie tylko wokale Liv. Nie wiem, co by ten zespół zrobił bez tej wokalistki, pewnie osiadłby na mieliźnie wraz z innymi dość przeciętnymi grupami, a przecież nawet mając taki dynamit za mikrofonem wciąż nie może się przebić do pierwszej ligi (i nie przebije się, powtórzę, jeśli nagra trzecią taką samą płytę). W 24/7 jakieś echa niemieckiego Sinnera i znów ciężko pozbyć się impresji, że wszystko to zostało już ograne tysiące razy, do znudzenia. Istnieje wprawdzie bardzo liczne grono słuchaczy, którzy "łykną to jak młody pelikan", ale ja się do tego grona nie zaliczam. Owszem, jak gdzieś ktoś to puści, to posłucham, ale sam raczej nie zamierzam do tego wracać. Wtórne jest też Heading For Hell, ot taki szybki heavy metal. Axel Rudi Pell naklepał takich kawałków całą masę, no ale u niego przynajmniej były jakieś atrakcyjne solówki, które przykuwały ucho, a tutaj próżno takich szukać. Mój entuzjazm opada. I Stand Alone nieźle się zapowiada swym początkiem, coś jakby połączyć ze sobą The Cult z The Cure, niestety nie trwa to długo i zespół przechodzi w dość typowe dla siebie granie. Gdzieś tam w tle słychać echa punka - niby grupa gra w rytmie 4/4, ale jak się uprzeć, to można przytupywać na dwa. Szkoda, był potencjał, ale znów nie został właściwie wykorzystany (choć solówka i to co zaraz po niej są tu akurat niczego sobie). Podobać się może Built To Last, bo jest tu więcej rock'n'rolla. Oczywiście raz jeszcze wszystko podane na wzór niemiecki, zwłaszcza gdy dochodzi do refrenów i tych charakterystycznych, germańskich chórków. Dość przyzwoite jest też The Devil I Know, chociaż tutaj akurat ponownie wychodzi największa słabość tej formacji, mianowicie nadmiernie duże podobieństwo poszczególnych utworów między sobą. Gdyby mi ktoś nagle zapodał jakiś kawałek Sister Sin i zapytał, z której płyty on pochodzi, najprawdopodobniej nie byłbym w stanie wskazać właściwej opierając się tylko na samej muzyce i nie wsłuchując w teksty. Najlepszym numerem na krążku jest chyba Times Aren't A-changing, choć i tutaj silne niemieckie akcenty w nawiązaniu do Doro czy Accept. Wreszcie coś zapamiętywalnego na dłużej. Wreszcie muzycy wysilili się trochę, bo jak dotąd całą brudną robotę odwalała głównie pani zza mikrofonu. Kilka ciekawych dźwięków we wstępie do Nailbiter i niestety powrót do przeciętności. W zasadzie poza tym początkiem i solówką nie znajdziemy tu niczego godnego uwagi. Album kończy Beat 'em Down, dość typowa kompozycja jak na repertuar grupy i kto wie, czy to nie jakaś pozostałość po debiutanckiej płycie, bo głowę bym dał, że słyszałem tam podobne aranżacje. Ale nie będę tym razem narzekał, bo akurat ten numer uważam za jeden z najlepszych na tym wydawnictwie. Mamy tu, a jakże, podbite tempo, z którego chyba kapela zaczyna pomału słynąć i tradycyjnie spoziera z niego sporo energii.

Z dwóch dotychczasowych krążków i demówek Sister Sin można by było zmajstrować bardzo mocny album i grupa tryumfowałaby w chwale, przy zastrzeżeniu, że nie nagrałaby już więcej bliźniaczego materiału. Jak wynika z powyższej recenzji, rzeczywistość jest jednak inna. Płytę polecam głównie fanom niemieckiego hard'n'heavy lubiącym Doro, Accept czy Sinner i oczywiście miłośnikom debiutanckiego krążka Sister Sin.

Oficjalna strona zespołu: www.sistersin.com