Hungryheart - One Ticket To Paradise

Hungryheart - One Ticket To Paradise

Wydawca: Tanzan Music
Rok wydania: 2010

  1. Stand Up
  2. One Ticket To Paradise
  3. Let Somebody Love You
  4. Boulevard Of Love
  5. A Million Miles Away
  6. Angela
  7. Love Is The Right Way
  8. Let's Keep On Tryin'
  9. Just A Little Closer
  10. Get Lost
  11. Man In the Mirror
  12. You Won't Be Alone

Skład: Josh Zighetti - śpiew, chórki; Mario Percudani - gitary, śpiew, chórki; Steve Lozzi - gitara basowa; Paolo Botteschi - perkusja, chórki
Gościnnie: Alessandro Del Vecchio - instrumenty klawiszowe i chórki w [1, 2, 4]; Marco Tansini - gitara i instrumenty klawiszowe w [3, 6, 12]; Nicolo Fragile - instrumenty klawiszowe w [5, 11]; Paolo 'Apollo' Negri - organy Hammonda w [8]; Stefano Bertoglio - instrumenty perkusyjne w [12]; Graziano 'Il Conte' DeMurtas - chórki w [2, 10]; Barbara Boffelli - chórki w [3]; Elisa Paganelli - chórki w [5, 8, 9, 11]; Luke Paterniti - chórki w [9, 10]; Brad Mormino - chórki w [12]

Produkcja: Mario Percudani i Hungryheart

Dwa lata tamu na scenie melodyjnego rocka małą sensację wywołała włoska formacja Hungryheart, a teraz powraca z drugim krążkiem zatytułowanym One Ticket To Paradise. Mimo iż płytę zdobi dziecinnie niesmaczna okładka, jej zawartość jest równie przyzwoita jak debiutu i powinna zadowolić sympatyków grania spomiędzy hard rocka i AOR-u.

Na początek odrobina krytyki odnośnie samego brzmienia albumu. Nie, nie jest ono kiepskie, nic z tych rzeczy, mój zarzut to raczej fakt, że to brzmienie robi się strasznie generyczne, bliźniaczo podobne do innych produkcji tego typu, a to za sprawą pewnych duetów jak w tym wypadku współpraca dobrze znanych w branży nazwisk Alessandro Del Vecchio (klawiszowiec, wokalista i producent odpowiedzialny m. in. za Edge Of Forever), tutaj odpowiedzialnego za miksowanie i Michaela Vossa (Casanova, Mad Max, Voices Of Rock), który tym razem zajął się masteringiem. Z drugiej strony, jeśli komuś to odpowiada, to z radością właśnie takie dźwięki powita. Pierwszy numer w zestawie to Stand Up i w zasadzie powiela on pewne schematy znane już z "jedynki". Trochę tu ze starego i nowego Bon Jovi, zwłaszcza wokalnie, ponadto jakieś nawiązania do Journey i Bad English, być może coś z nowszych rzeczy jak Covered Call. Słychać, że muzycy próbują wpisać się gdzieś pomiędzy hard rocka a AOR, a nawet widać tendencję, że grupa wyraźnie ciąży ku AOR-owi. Tytułowa ścieżka One Ticket To Paradise podoba mi się bardziej od poprzedniczki. Może dlatego, że jest nie tylko dynamiczna, ale i ostrzejsza. Tutaj jakieś wpływy pomieszania wczesnego Jaded Heart i Honeymoon Suite, z okresu, kiedy Kanadyjczycy grali ostrzej. Uważam, że właśnie w takich kompozycjach głos wokalisty spisuje się dużo lepiej, bo po prostu lepiej pasuje do takiego grania. No i plus dla wioślarza za dziką, wymiataną solówkę. Wyhamowanie tempa następuje wraz z Let Somebody Love You i tym sposobem natrafiamy na pierwszą balladę w secie. No coż, do klasyki gatunku pewnie ścieżka nie przejdzie, niemniej jednak miło się jej słucha. Kobiety na pewno ją pokochają, bo jest tu coś z pościelówek Bon Jovi, Def Leppard i Poison (sporo z country). Boulevard Of Love to kilka zgrabnych, gitarowych riffów i to, co podoba mi się najbardziej, czyli odtworzenie klimatów lat '80. Może dzięki takim numerom ta muzyka wróci, o ile tylko ktoś zechce ją prezentować w mass mediach. Sposób budowania riffów przypomina mi trochę Honeymoon Suite, a pewne podobieństwa w głosie wokalistów obu formacji jeszcze moje odczucia wzmacniają. Razem z kawałkiem tytułowym najlepsze nagrania na płycie. A Million Miles Away, czyli druga ballada na krążku. Jak dla mnie to za delikatne nawet jak na balladę. Tu pewne podobieństwa do pościelówek Bonfire, z późnego okresu kariery tejże grupy. Wszystko poprawnie zagrane, ale czegoś w tym zabrakło. Do Alice Coopera i czasów Trash / Hey Stoopid w jakimś stopniu nawiązuje Angela (jak ja nie lubię tytułów z użyciem imion - proponowałbym zastąpić to "Angel Eyes"). Oczywiście, pod względem wokalnym różnice kolosalne, nie tylko barwą głosu, ale i sposobem budowania ścieżek, niemniej jednak słychać podobieństwa w samych kompozycjach. Gdyby dopracować wokale, melodycznie i brzmieniowo, mógłby być hit. W balladowym, nieco bluesowym i bardzo krótkim (niespełna dwie minuty) Love Is The Right Way gitarzysta przemycił kilka smaczków artykulacyjnych, niestety wszystko spaprał wokalista. Mogło to zostać nagraniem instrumentalnym i niczego by ze swej magii nie straciło. Ten kawałek przechodzi w ostre i ciężkie Let's Keep On Tryin'. To najmocniejszy numer na płycie i po prostu podoba mi się. Szkoda tylko, że w zwrotkach wokale nie dorównują tej ciężkości gitar, zresztą sekcja rytmiczna też mogłaby zabrzmieć potężniej. Fani wymiatanych solówek, zwróćcie koniecznie uwagę na tutejsze popisy wioślarza! Zaśpiewy "a capella" na początku utworu nie zawsze wychodzą dobrze i przykładem tego może być kolejne Just A Little Closer. Bez tego efektu nagranie byłoby zapewne lepsze, choć w sumie i tak mimo swej poprawności jest dość przeciętne. Owszem, da się tego miło słuchać, niestety odnosi się wrażenie, że to tylko siódma woda po kisielu (czytaj: stylistyka podobna, choć już nie powala na kolana jak kawałki z lat '80, na których się wzoruje). W Get Lost znów dynamiczniej i ostrzej, tutaj grupa próbuje mieszać ze sobą style Honeymoon Suite i szwajcarskiej Shakry (bardzo charakterystyczna rytmika kompozycji, kojarząca mi się szczególnie z tymi Szwajcarami). Refren wpadający w ucho, po kilku odsłuchach można się złapać na tym, iż odśpiewuje się go razem z kapelą. Man In the Mirror to niemal czysty AOR. Jest w nim coś z TNT, Journey, Bad English, Signal, Diving For Pearls i pewnie dałoby się wymienić jeszcze kilka zespołów. Pomijając sam początek, nagranie mi się podoba. Wszystko tu do siebie pasuje. Na sam koniec jeszcze jedna ballada (to już czwarta!). You Won't Be Alone nie wyróżnia się w swej konwencji niczym szczególnym. Mało tego, jest za delikatna nawet jak na balladę. Zabrakło jakiegoś feelingu w liniach wokalnych, bo reszta grupy radzi sobie akurat całkiem nieźle. Nie da się ukryć, że formacja spisuje się lepiej w ostrzejszych nagraniach. Co najmniej jedną balladę można było sobie odpuścić, może akurat tę...

Kilka utworów ma zadatki na hity i biorąc pod uwagę fakt, że mówimy o zespole, który praktycznie pojawił się nagle znikąd, jest to niewątpliwie spory plus. Ogólny odbiór wydawnictwa psuje nieco moim zdaniem nadmiar ballad, ale gdybym miał całości wystawić jakąś ocenę, to byłaby to dobra czwórka z plusem. Wciąż jest potencjał na coś lepszego, więc czekamy na trzecie wynurzenie Włochów z Hungryheart

Oficjalna strona zespołu: www.hungryheart.it