
Seventh Wonder - Mercy Falls
Wydawca: Lion Music
Rok wydania: 2008
- A New Beginning
- There And Back
- Welcome To Mercy Falls
- Unbreakable
- Tears For A Father
- A Day Away
- Tears For A Son
- Paradise
- Fall In Line
- Break the Silence
- Hide And Seek
- Destiny Calls
- One Last Goodbye
- Back In Time
- The Black Parade
Skład: Tommy Karevik - śpiew; Johan Liefvendahl - gitary; Andreas Blomqvist - gitara basowa; Andreas 'Kyrt' Söderin - instrumenty klawiszowe; Johnny Sandin - perkusja
Produkcja: Seventh Wonder
Już od pierwszych dźwięków płyty Mercy Falls nie mogłem pozbyć się wrażenia, że muzyka szwedzkiej formacji Seventh Wonder ma wiele wspólnego z wydanymi w tym samym roku krążkami takich wykonawców jak Vindictiv i Silent Call. Jak się okazuje, losy wszystkich wspomnianych kapel w jakiś sposób łączą się ze sobą. Wokalista Tommy Karevik śpiewał wcześniej w Vindictiv, a w szeregach Siódmego Cudu gościł niegdyś Andi Kravljaca (jego głos można usłyszeć na debiutanckim albumie grupy) obecnie stojący za mikrofonem w Silent Call. Szwedzi grają rocka progresywnego, ale w tej jego bardziej melodyjnej odmianie, momentami nawet ze sporymi wpływami symfonicznymi.
Tytuł Mercy Falls brzmi niemal tak tajemniczo jak "Miasteczko Twin Peaks", a i na krążku nie brak równie ciekawych i tajemniczych historii. Sama płyta jest trzecią w dyskografii zespołu, który w pewnych kręgach zyskał już sobie status elitarnego. Materiał powstawał głównie w 2007 i jest pierwszym nagranym dla wytwórni Lion Music po tym, jak muzycy rozstali się z Intromental Management. Pierwszy numer w zestawie to w sumie takie rozbudowane intro. A New Beginning rozpoczyna się od odgłosu wypadku samochodowego i nadciągającej pomocy, z akompaniamentem klawiszy, które pełnią zresztą niebagatelną rolę na całym wydawnictwie. Dalej przestrzeń wypełniają gitary rytmiczne z towarzyszeniem ilustracyjnie pogrywających instrumentów klawiszowych, by dojść do rozmowy młodego chłopca z lekarzem. Intro przechodzi w kawałek o tytule There And Back, co ciekawe, po instrumentalnym rozpoczęciu płyty otrzymujemy kolejną kompozycję instrumentalną. Rewelacyjny początek w postaci złowieszczo brzmiących gitar, potem bardziej symfonicznie. Utwór można podsumować jako ciekawą mieszankę stylu trzech grup - Royal Hunt (ze względu na wspomniane motywy symfoniczne), Dream Theater (gitary grają w stylu podobnym do tej formacji) i Rush z czasów jej klasycznych nagrań (perkusja wydaje się mieć zbliżone brzmienie i wybijać podobne rytmy). Numer, którego można słuchać bez końca. Na pozycji trzeciej nawiązujący do tytułu dzieła Welcome To Mercy Falls, gdzie powtarzają się pewne melodie z intra stanowiąc jakby rozwinięcie rozpoczętej wcześniej opowieści. Partie gitar tu i ówdzie wypadają bardziej ciężko, podbija je dodatkowo bas, bliżej temu do metalu niż rocka, ale łagodzi to głos wokalisty próbującego śpiewać stylistycznie jak w Royal Hunt oraz rozliczne chórki niemal rodem z lat '80. Jednym z momentów najbardziej radującym moje uszy jest solówka i jej okolice, gdzie gitarę przeplatają klawisze, co razem nasuwa nieodparte skojarzenia z legendarną już płytą Images And Words Teatru Marzeń. To samo można by napisać o kolejnym Unbreakable. Inaczej wyglądają tu zwrotki, w tła wstawiono więcej czystych brzmień, gitarzysta wydaje się mniej wysilać ustępując pola klawiszom i chyba facetowi odpowiedzialnemu za akustykę i inżynierię dźwięku. W takich numerach właśnie brzmienie odgrywa kluczową rolę, bo od niego zależy, czy utwór wypadnie profesjonalnie i zrobi wrażenie, czy wręcz przeciwnie, spali na całego. Tutaj robi wrażenie, choć nie pogniewałbym się, gdyby znalazło się więcej łamańców. W środku pewna niespodzianka - coś w rodzaju solówki zagranej na akustyku, trochę przypominającego zagrywki Malmsteena gdy ten sięgał po gitarę akustyczną lub sitar. Skoro już o graniu akustycznym mowa, to jak na zawołanie dostajemy cały kawałek utrzymany w takim klimacie. Tears For A Father przypomina mi taką mieszankę "dreamowego" patentu na podobne ballady z jednym z utworów zagranych akustycznie przez Stratovariusa, na szczęście Karevik nie śpiewa aż tak wysoko jak Kotipelto, co jest akurat zaletą, bo taki typ użycia gardła raczej by tu nie pasował. W A Day Away coś jakby małe deja vu, bo znowu słyszę znajomą melodię, bliźniaczą do tych z początku albumu. Klimatycznie mamy teraz bardziej wesołą piosenkę, więc automatycznie wyróżnia się ona z zestawu. Przed solówką raz jeszcze znajome nuty, zatem nie może to być przypadek z tym deja vu... A samo solo zagrane pod stylistykę malmsteenową, zupełnie jak na debiucie Vindictiv. Jedyne, co pasuje w tym numerze tylko warunkowo, to linie wokalne nieco jak w power metalu zmieszanym z Abbą. Znów ballada w postaci Tears For A Son, w dodatku dość podobna do poprzedniej, pewnym nowum są skrzypcowo brzmiące wstawki, głównym instrumentem pozostają klawisze zaaranżowane na pianino. Wokalista próbuje bawić się swoim głosem oscylując gdzieś pomiędzy Jonem Olivą z Savatage, LaBrie z DT i Mercurym z Queen, zaiste interesująca mieszanka. Znacznie ciężej, progmetalowo w Paradise, momentami przypomina mi to granie w stylu Magnitude Nine i oczywiście Dreamów. Poszczególne części kompozycji są artystycznie nierówne, jedne lepsze, inne słabsze, najwidoczniej grupie momentami zabrakło pomysłów i starała się jakoś te luki wypełnić wstawiając mniej ambitne sekwencje dźwięków. Także malmsteenowskie wstawki nie były tu chyba na miejscu, aczkolwiek ostatecznie nie rażą. Do Malmsteena nawiązuje też kolejne Fall In Line, do tych numerów bliższych power metalowi, odnaleźć można także jakieś podobieństwa do Royal Hunt. Nie jest to zły kawałek, problem w tym, że takie pomysły zostały już wyeksploatowane przez innych setki razy. Tak więc jest dobrze, ale bez nadmiernej ekscytacji. Gdzieś tam w tle dosłyszeć się można flażoletów, lecz są one ledwie słyszalne. "Ponownie Yngwie sięgnął po akustyki" - taka myśl przychodzi od razu do głowy wraz z początkiem Break The Silence. Klimat zmienia się jednak wkrótce i pojawiają się mrocznie brzmiące riffy gitar, a to jest właśnie ten fragment numeru, który podoba mi się najbardziej. Linie wokalne przypominają mi nieco te znane z debiutu Vindictiv, czyżby Karevik pożyczył je sobie ze swojej poprzedniej formacji? Cięższą kompozycją jest także Hide And Seek, chociaż zgodnie z założeniem i tutaj nie brakuje melodii. Pozycja celująca w słuchacza lubującego się np. w Circus Maximus, to ten sam typ grania, albo się go lubi, albo nie. Konkretnie, poprawnie, niekoniecznie rewelacyjnie czy odkrywczo, przez całą piosenkę bez niespodzianek. Więcej zakrętów w Destiny Calls, słychać to w riffach i perkusji próbującej łamać rytmy. Chyba rośnie silna konkurencja dla Dream Theater... Gdyby ktoś powiedział mi, że właśnie słucham Nowojorczyków, byłbym skłonny uwierzyć. Inspiracje aż nadto słyszalne. Po raz kolejny ballada i One Last Goodbye, lepsza od poprzedniczek, choć może trochę jednostajna. Refreny za mało różnią się od zwrotek, a szkoda, nie jestem też pewien, czy wplecenie rozmów w utwór było dobrym pomysłem. Back In Time nie jest właściwą kompozycją, a raczej czymś w rodzaju przerywnika. Na tle niepokojących odgłosów klawiszy słychać jakby zgłaśniającą się i ściszającą muzykę (może z radia samochodowego), a pod koniec rozmowę kobiety z mężczyzną, w której informuje go ona o tym, że to dziecko nie było jego... No i dalej uderzenie samochodu, może w drzewo. Zapewne wszystko zostało dobrze odegrane przez aktorów, ale ta rozmowa ma w sobie coś autentycznego i łatwo w nią uwierzyć. Album kończy kawałek o tytule The Black Parade, utrzymany w stylistyce Royal Hunt, przy czym wokalnie mamy też nieco nawiązań do śpiewaków Yngwiego, ba, nawet pojawiają się momenty typowego dla tego Szweda power metalu. Nie wiem czy to był faktycznie potrzebny zabieg, bo pozostałe fragmenty numeru brzmią jednak lepiej. Płytę zamyka wyciszenie, ale mimo to czeka się na kolejny utwór, który po prostu nie następuje. Nie pozostaje nic innego, jak zapodać sobie krążek raz jeszcze.
Istnieje pewien krąg słuchaczy, jacy tym wydawnictwem powinni być oczarowani. Mowa o fanach gatunku muzyki plasującego się w łamach melodyjnego i symfonicznego rocka progresywnego. Jeśli jesteś miłośnikiem takich grup jak Dream Theater, Circus Maximus, Vindictiv, Royal Hunt czy Silent Call, możesz dopisać sobie Seventh Wonder do zespołów, z którymi obowiązkowo trzeba się zapoznać. Dzieło polecam też wszystkim szukającym w muzyce czegoś więcej niż tylko prostych melodii i grania do kotleta. To jest płyta, którą można/trzeba się po prostu delektować.
Oficjalna strona zespołu: www.seventhwonder.nu