Seventh Wonder - Become [2005]

Seventh Wonder - Become

Seventh Wonder - Become

Wydawca: Lion Music
Rok wydania: 2005

  1. Day By Day
  2. Like Him
  3. The Damned
  4. Temple In The Storm
  5. Blinding My Eyes
  6. The Secret
  7. What I've Become
  8. In The Blink Of An Eye
  9. Bonus Track

Skład: Andi Kravljaca - śpiew; Johan Liefvendahl - gitary; Andreas Blomqvist - gitara basowa; Andreas 'Kyrt' Söderin - instrumenty klawiszowe; Johnny Sandin - perkusja

Produkcja: Seventh Wonder

Kiedy rozpadowi uległa grupa Mankind, basista Andreas Blomquist do spółki z gitarzystą Johanem Liefvendahlem i perkusistą Johnnym Sandinem w 2000 r. powołuje do życia formację Seventh Wonder. Skład uzupełniony później o klawiszowca Andreasa Kyrta Söderina występował jako kwartet instrumentalny poruszający się w rejonach metalu progresywnego. Już latem kolejnego roku muzycy wynajęli wokalistę Romana Karpovicha i zarejestrowali pierwsze demo o tytule Seventh Wonder, dość przychylnie przyjęte przez prasę, by w 2003 r. raz jeszcze wystartować z demowką (Temple In The Storm) już finalnie z Andim Kravljacą (ex- Heave, Elsesphere) za mikrofonem, która utorowała zespołowi drogę do kontraktu płytowego z fińską wytwórnią Lion Music. W efekcie otrzymaliśmy bardzo obiecujący debiut zatytułowany Become, album do którego mam bardzo ambiwalentne podejście.

Mieszane uczucia w stosunku do tego krążka usprawiedliwia fakt, że pierwszym dziełem z dyskografii Szwedów, z jakim się zetknąłem, była bardzo dopracowana pod każdym względem płyta Mercy Falls, a z poprzednimi wydawnictwami zaznajomiłem się wstecznie. Tak, a jakże, przywiodła mnie do nich ciekawość tego, czy też zespół grał tak samo, czy może inaczej. Otóż od pierwszych dźwięków na debiucie słychać, że produkcja nieco kuleje, zwłaszcza w brzmieniu gitar rytmicznych, które wydają się być niezbyt czytelne. Także w takim Day By Day próżno szukać jakiejś oryginalności, bo mamy tu mieszankę stylistyczną gdzieś spomiędzy wczesnego Malmsteena, Symphony X, Stratovariusa (szczególnie z kilku pierwszych krążków), Royal Hunt (że wspomnę chociażby ich jedynkę), Rhapsody, Circus Maximus, mniej ale również i Dream Theater. Na usta aż ciśnie się określenie progresywny power metal. W swej późniejszej karierze wpływy te wprawdzie nie zanikną, ale obiorą nieco inny, bardziej odpowiadający mi muzycznie kierunek. Jeśli chodzi o treść otwierającego album kawałka, to jego cechami charakterystycznymi są przede wszystkim wszędobylska troska o melodykę, liczne partie solowe odegrane w neoklasycznym stylu (solówki gitarowe plus klawiszowe podkłady). Pozostając pod wpływem Royal Hunt, ale i kłaniając się w stronę Savatage grupa zapuszcza się w trochę inne rejony, neoklasyka usuwa się pomału w cień, a więcej do powiedzenia ma rock/metal progresywny - tak wygląda mniej więcej kolejne Like Him. Kravljaca śpiewa już inaczej, w sposób porównywalny z tym, co potem pokaże na debiucie Silent Call. O sile utworu stanowi to, że pobudza on do refleksji. W solówce znów neoklasycznie na nutę symfoniczną, za nią niestety nawrót do tego, czego nie cierpiałem w Royal Hunt, czyli abbowych przyśpiewek. Royalowo-malmsteenowo w The Damned, mało oryginalnie, choć i dla ucha miło. Znów problem polega na tym, że takich kompozycji słyszałem już setki i niestety nie jest to materiał zapadający w pamięć. No i za bardzo kojarzy mi się z power metalem, co zawsze poczytuję zespołom na minus. Wychodzi na to, że najlepsze jest tu zakończenie, szkoda jednak, że ta fajna zagryweczka jest taka krótka. Kolej na Temple In The Storm, tytułową piosenkę z drugiego dema grupy. Groźnie brzmiące sekwencje mówione przypominają mi te wszystkie dzieła poświęcone Nostradamusowi, dalej wokalnie bliżej do Dream Theatera i z gitarami na wzór Circus Maximus. Nie jest źle, choć mogłoby być lepiej. Najlepsze pomysły muzycy prezentują mniej więcej w połowie kawałka, tuż przed solówką, same solo także niezłe, podobne do kilku zagrywek Vinniego Moore'a, które lubię, stąd i nie dam na nie powiedzieć złego słowa. Muszę natomiast przyczepić się do chórków brzmiących jak u jakiegoś boysbandu, wolałbym nie słyszeć takich aranżacji w zespole uchodzącym za rockowy czy metalowy. Powrót w power metalowo-malmsteenowe klimaty wraz z Blinding My Eyes. To coś na wzór grania jak na pierwszym krążku Duńczyków z Royal Hunt. Mimo "dyliżansowego" podejścia do sprawy numer brzmi bardzo łagodnie i to w dużej mierze ze względu na te aksamitne linie wokalne, a to z kolei przywodzi mi na myśl również jedyneczkę Cornerstone, gdzie podobne obszary próbował eksplorować Dougie. The Secret wokalnie dąży z kolei w rejony, jakie mi odpowiadają, muzycznie niestety już nie bardzo (no może poza wstępem do utworu i początkiem solówki), nawet mimo pewnych podobieństw do rytmiki Savatage z czasów Jesus Saves. Jak by na to nie patrzeć i tak jest to jedna z najlepszych kompozycji w zestawie, tak samo zresztą jak następująca po niej aranżacyjna perełka w postaci What I've Become. Tutaj grupa pokazuje się od najlepszej strony i niejako zapowiada swój kolejny album, gdzie takich klimatów będzie więcej. Gdybym miał wskazać najlepszą ścieżkę z tej płyty, to musiałby to być właśnie ten numer. Chociaż w tym przypadku gitarzysta mógł sobie podarować pierwsze neoklasyczne solo, bo niezbyt ono pasuje do reszty dźwięków, drugie jest już o wiele bardziej zgrabne. Wydawnictwo zamyka kompozycja o tytule In The Blink Of An Eye, plasująca się bliżej typowych grup grających metal progresywny, z tym że całość brzmi zadziwiająco łagodnie, jakby nawiązując do starszych dzieł Dream Theater, no i nie jest pozbawiona neoklasycznych wstawek. Jednym się spodoba, innym mniej, ale to bardzo dobry utwór. W wersji promocyjnej, jaka dostała się w moje ręce, na końcu widnieje jeszcze niezatytułowany bonus track, o którym warto wspomnieć w związku z dwoma faktami. Pierwszy, że jest to bardzo składna ballada, poziomem wybijająca się poza zasadniczy trzon albumu. Drugi to kwestia brzmienia, znacznie lepszego niż u poprzedników, może to za sprawą tego, że nie ma tu w zasadzie gitar, całość nastroju tworzą klasyczne klawisze i krystalicznie wypadające aranżacje wokalne. Perełka.

Tak więc cała płyta zawiera dość dobry materiał ze względu na kilka smaczków, aczkolwiek całościowo wydaje się trochę "nieopierzona". Pomysłów nie brakowało, zespół jednak nie był jeszcze pewny, w jakim kierunku chce podążać. Żeby oddać prawdzie sprawiedliwość, trzeba też wspomnieć, że jak na debiut i jak na dzisiejsze czasy jest to bardzo silna pozycja na rynku i gdybym miał teraz sporządzać jakąś top-listę za rok 2005, to musiałbym w niej ująć ten krążek. Polecam fanom melodyjnego metalu progresywnego z ciągotami do neoklasycznych zagrywek i power metalowych struktur.

Oficjalna strona zespołu: www.seventhwonder.nu