Femme Fatale - Femme Fatale

Femme Fatale - Femme Fatale

Wydawca: MCA Records
Rok wydania: 1988

  1. Waiting For The Big One
  2. Falling In & Out Of Love
  3. My Baby's Gun
  4. Back In Your Arms Again
  5. Rebel
  6. Fortune & Fame
  7. Touch And Go
  8. If
  9. Heat The Fire
  10. Cradle's Rockin'

Skład: Lorraine Lewis - śpiew, chórki; Mazzi Rawd - gitara, instrumenty klawiszowe, chorki; Rick Rael - gitara basowa, chórki; Bill D'Angelo - gitara prowadząca; Bobby Murray - perkusja, chórki

Produkcja: Jim Faraci i David Cole

Lorraine Lewis pojawiała się i znikała, wielokrotnie próbowała zaistnieć w muzycznej branży, niestety wszystkich chyba najbardziej interesował jej seksowny image bardziej niż nagrania (prasa rozpisywała się o niej tylko w tym kontekście, a na Necie do tej pory można znaleźć komentarze słuchaczy, którzy "kupili ten album, bo widzieli fajną panienkę na okładce"). Lewis najbardziej znana jest właśnie z debiutanckiej płyty Femme Fatale, dowodzonej przez nią grupy z Albuquerque w Nowym Meksyku, która rozpadła się już w rok po wydaniu debiutu. Podobno wszystko stało się podczas nagrywania demówek do drugiego krążka i miało związek z kłopotami finansowymi MCA Records, zachorowaniem menadżera na raka mózgu i, a jakże, rozbieżnościami co do dalszego kierunku rozwoju w samej formacji - Lorraine zmierzała bardziej ku mainstreamowi, reszta muzyków chciała grać ostrzej ... Zresztą "dwójka" o tytule Lady In Waitingmiała pojawić się w 2005 r. nakładem wytwórni MTM Music, przez moment było o tym głośno, potem znów ucichło i szczerze mówiąc nie wiem, czy album w ogóle się w końcu ukazał. Ale wróćmy do roku 1989, eponimiczny album Femme Fatale podobno szybko trafił do koszy z przeceną, a potem pamiętali o nim już tylko najzagorzalsi fani. Lorraine pracowała później jako instruktorka aerobiku, prowadziła kwiaciarnię, przeprowadzała się kilkakrotnie, ale atakowała jeszcze rynek muzyczny współpracując z Roxy Petrucci (perkusistką Vixen) w Roktopuss, zakładając grupy Mercy i Snowball, a nawet w 2002 r. wydała płytę solową (w stylistyce country rocka), na temat której prasa muzyczna milczała jak zaklęta.

Po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością zespołu panny Lewis na jakiejś składance z serii "Women In Rock", gdzie jej nagranie zostało zamieszczone koło Suzie Quattro i Phantom Blue. Był to numer o tytule Falling In & Out Of Love, który nie za bardzo przypadł mi wtedy do gustu, ale o nim za chwilę. Bardziej zainteresowała mnie otwierająca krążek kompozycja Waiting For The Big One, jaką z kolei zobaczyłem jako teledysk w jednej z muzycznych stacji, chyba VH1. I znowu złośliwi twierdzą, że największa sławę zawdzięcza on nieletniej męskiej części publiczności, która zalewała MTV prośbami o edycję klipu, bo chciała zobaczyć majtki Lorraine, mało kto zwraca uwagę na fakt, ze to po prostu świetny hair metalowy kawałek. Ma w sobie coś, co przypomina dokonania Lity Ford, Vixen, Sarayę czy Heart, bo zaiste jest to melodyjny hard rock dryfujący w stronę popu. Chwytliwy refren, sprytny i przykuwający uwagę gitarowy riff, poprawna solówka zagrana w jedynie słusznej stylistyce, słowem kwintesencja lat '80. Falling In & Out Of Love nie zauroczył mnie od razu, nadal uważam go za pozycję słabszą od pierwszej piosenki, ale i tak po latach zacząłem go doceniać. Zabrakło w nim tej zadziorności co w "Waiting...", bliżej mu do dokonań Pat Benatar lub Bonnie Tyler (głos Lewis momentami bardzo przypomina swa barwą Bonnie) i muzyki pop niż do hard rocka, ale jakoś się broni. Nie da się ukryć, że to też przyjazny dla radia przebój. Klimat zmienia się wraz z My Baby's Gun, którego najlepszym składnikiem jest napędowy riff brzmiący bardzo sleaze rockowo, także rock'n'rollowa solówka. Z kolei trudno tu rozpoznać głos Lorraine, gdyż tym razem śpiewa w sposób odmienny niż dotychczas, słychać pewne podobieństwa do wczesnych płyt Lity Ford i niewykluczone, że to te krążki stały się inspiracją do powstania tego numeru. W Back In Your Arms Again znów można by pomylić Lorraine z Bonnie Tyler, ale to mało istotne, bo najbardziej podobają mi się tu akurat partie instrumentów klawiszowych. Z pewnością takie podejście do tematu poruszy ortodoksyjnych fanów hard rocka, ale dobre popowe klawisze nie są złe i jak słychać, pasują do potrzeb kompozycji. Po tytule Rebel spodziewałbym się jakiegoś ostrego rockowego kawałka, a tu proszę, mamy balladę i to w dodatku osadzoną w stylistyce country/pop. Jestem ciekawy, na ile jest to inwencja samego zespołu, a na ile maczali w tym palce spece od marketingu. Ciekawi mnie to tym bardziej, że ponoć grupa podpisała kontrakt płytowy mając za sobą raptem siedem występów, a szefowie wytwórni rzekomo od samego początku interesowali się głównie sama Lorraine... Ostrzej będzie w Fortune & Fame, niestety wbrew tytułowi bardzo słabiutkiej pioseneczce, której nie ratuje nawet techniczna solówka. Chyba zespół nie bardzo wiedział, co chce grać, albo komponował to na siłę, by mieć jakiś zapychacz na krążek. Różnica między klasą poprzedników a tym nagraniem jest aż nadto słyszalna. Po kilku przesłuchaniach może się spodobać, ale nie o to przecież chodzi. Kolejny szlagier Touch And Go swą karierę zawdzięcza filmowi "License To Drive", gdzie jego zremiksowana wersja zagościła na soundtracku. Powiem szczerze, że i ten utwór na kolana mnie jakoś nie powala. Dostrzegam w nim wprawdzie pewien niewykorzystany potencjał w postaci całkiem niezłych linii gitar, nawet partie wokalne nie są takie złe, jak się w nie wsłuchać, ale na całego spartaczono chórki. W takim numerze aż prosiłyby się jakieś bardziej żywiołowe chórki. Znacznie lepiej sprawa ma się z If, niezłe gitarowe riffy, zwłaszcza na początku, także i okolice solówki musiałyby wspaniale wypaść podczas wykonania na żywo na wielkim stadionie. Wokale raptem poprawne, nie zatroszczono się o bardziej wyrafinowaną melodykę, przez co całość sporo traci. Trudno uwierzyć, że to wciąż ta sama kapela, co skomponowała "Waiting...". Forma zdaje się wracać w Heat The Fire, choć jego z kolei bolączką jest zbyt duże podobieństwo do wielu przeciętnych ścieżek z połowy lat osiemdziesiątych. Ten sam problem, co w przypadku Vixen i ich I Want You To Rock Me. Ostatnie w zestawie Cradle's Rockin' ma w sobie coś z KISS z tego wcielenia z czasów Hot In The Shade, z domieszką Bonnie Tyler. Brzmi to trochę jak próba naśladowania kompozytorskiej maniery Desmonda Childa, pytanie tylko, ile razy można próbować szczęścia sprzedając słuchaczom te same patenty...Tak czy inaczej, w porównaniu ze środkiem płyty jest to dość zgrabne zamknięcie.

Skoro już we wstępie tak się rozpisałem o Lorraine, to w zakończeniu napiszę nieco o losach reszty muzyków. Gitarzysta Mazzi Rawd porzucił muzyczny biznes, zajął się swoim doktoratem z fizyki i został wiceprezesem w firmie Fortune 500. Drugi wioślarz, Bill D'Angelo w 2005 r. zmarł w wyniku przedawkowania metyloamfetaminy. Rick Rael, de facto starszy brat Lorraine, grał jeszcze w dwóch innych zespołach i zaczął pracować dla Budweisera. Ciężko jest znaleźć konkretne informacje o perkusiście Bobbym Murrayu, wiadomo tylko, że grał później w jakimś zespole razem z Dannym Simonem (wokalistą Jailhouse), a obecnie mieszka w Phoenix. A co do podsumowania krążka, nie jest to pozycja słaba, nie jest też genialna, ot taka płyta, jakich było w tamtych czasach wiele. Jej wartość znacznie podnosi obecność Waiting For The Big One, choc nie wiem, czy jest to wystarczający powód, by na to wydawnictwo jakoś szczególnie polować, ale jeśli pojawi się gdzieś po niskiej cenie, można zakupić.

Oficjalna strona Lorraine Lewis: www.lorrainecafe.com