
Serpentine - A Touch Of Heaven
Wydawca: Marquee Avalon / Zoom / AOR Heaven
Rok wydania: 2010
- A Touch Of Heaven
- Whatever Heartache
- Lonely Nights
- For The Love Of It All
- Let Love Rain Down
- In My Blood
- Fashion
- We Belong
- Love Suicide
- Unbreak My Heart
- Bridge To My Heart [japoński bonus]
Skład: Tony Mills - śpiew; Christopher Gould - gitara prowadząca i rytmiczna; John Clews - gitara prowadząca i rytmiczna; Gareth David Noon - instrumenty klawiszowe; Gareth Vanstone - gitara basowa; Roy Millward - perkusja
Produkcja: Mark V. Stuart i Sheena Sear
Które to już wydawnictwo tego roku z Millsem na wokalu? Trzecie czy czwarte? To mało istotne, ważne, że Tony dwoi się i troi, by fanom melodyjnych odmian rocka muzyki nie zabrakło. Tak więc po Acacia Avenue i State Of Rock przyszła kolej na jego tajemniczy projekt o nazwie Serpentine, o którym tu i ówdzie pojawiały się już różne doniesienia.
Tony'ego Millsa przedstawiać w zasadzie nie trzeba, w końcu to były wokalista niemal legendarnego Shy i bardzo dobrze znanego TNT. Ostatnio zaśpiewał gościnnie na potrzeby projektu Acacia Avenue i spiknął się z muzykami Frontline, by założyć State Of Rock. Losy tego ostatniego teraz jednak stoją pod znakiem zapytania, bo główny kompozytor Robby Böbel powrócił do szeregów Evidence One i ostro pracuje nad nowym materiałem tej formacji. A teraz o samym Serpentine. Wydawać się może, że ta brytyjska kapela pojawiła się znikąd, ale praca nad zestawem utworów, który otrzymujemy w postaci debiutanckiego krążka A Touch Of Heaven, trwała ponad dwa i pół roku. W drugiej połowie 2007 r. klawiszowiec Gareth David Noon miał już jakieś zarysy wcześniejszych kompozycji z basistą Garethem Vanstonem i obaj zaczęli jammować z gitarzystą Chrisem Gouldem. To był trzon zespołu, który przybrał sobie nazwę zaczerpniętą z legend o mitologicznych potworach. Do grupy podczas nagrywania demówek dołączył amerykański wokalista Greg Flores, a nagrania przykuły uwagę doświadczonego producenta Chrisa Steinmetza (współpracował z Survivor, White Lion, Styx i Honeymoon Suite). Współpraca z Floresem ze względu na trudności natury geograficznej (ciężko jammować z kimś, kto mieszka za oceanem) była krótka i w wyniku poszukiwań nowego gardłowego w formacji zagościł Mills, a tego pana już znamy. Z nowymi członkami w składzie (Clews, Millward i Skeggs) latem 2009 r. muzycy w końcu zarejestrowali materiał na swój fonograficzny debiut. Płytę określiłbym jako stylistyczną wypadkową gdzieś spomiędzy Shy a Journey. Niewątpliwie największym atutem albumu jest wokalna aparencja Tony'ego i odnoszę wrażenie, że to on ciągnie całe wydawnictwo do przodu, że wszystko co tam mamy w tle, to tylko podkłady mające uwypuklić skądinąd bardzo charakterystyczny głos Millsa. Dla mnie to trochę za mało. Jest tu cała masa klawiszy, wokół których kręcą się wszystkie aranżacje, a które z pewnością spodobają się fanom AOR-u, brakuje mi natomiast mocno jakichś killerskich solówek czy zadziornych, gitarowych riffów. Z tego też powodu o wiele bardziej w mój gust trafiają ostatnie dokonania Millsa ze State Of Rock niż jego nagrania z Serpentine. Co mogę zarzucić poszczególnym kompozycjom? Biorąc każdą jedną z osobna, zupełnie nic. Każda z nich jest solidnym kawałkiem melodyjnego, AOR-owego grania i każda może stać się radiowym przebojem (wliczając w to cover Unbreak My Heart z repertuaru Toni Braxton, który już w oryginale był przecież hitem). Problem w tym, że są one do siebie bliźniaczo podobne, jak dwie krople wody (co zresztą powoduje, że nie ma sensu opisywać ich po kolei i nad wszystkimi z osobna się rozwodzić). Ile takich samych utworów z rzędu da się słuchać bez ziewania? A spróbujcie posłuchać ich, gdy za oknem pogoda raczej chłodna i kiedy z lekka kropi deszcz... Oj, wiele kaw trzeba by było wypić, by nie przysnąć. Zdaję sobie sprawę, że w skali światowej AOR ma dość liczne grono słuchaczy i oni ucieszą się z każdego wydawnictwa z tego gatunku. Ten krążek jest dla nich. Reszta przygodnych miłośników melodic rocka może sięgnąć po płytę na własną odpowiedzialność, lecz niech nikt nie mówi, że nie ostrzegałem.
Na zakończenie raz jeszcze powtórzę: to jest naprawdę melodyjny krążek, z dużą ilością klawiszy i kierowany do fanów lubujących się w muzyce z pogranicza Shy i Journey, jego wadą jest jednak bardzo bliskie podobieństwo poszczególnych nagrań. Komu taka sytuacja odpowiada, niech słucha, kto preferuje różnorodność, nie ma czego na tym wydawnictwie szukać.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/planetserpentine