Royal Hunt - X

Royal Hunt - X

Wydawca: Frontiers Records / Marquee Inc Japan / Zoom / LOEN Entertainment
Rok wydania: 2010

  1. Episode X (Arrival)
  2. End Of The Line
  3. King For A Day
  4. The Well
  5. Army Of Slaves
  6. Shadowman
  7. Back To Square One
  8. Blood Red Stars
  9. The Last Leaf
  10. Falling Down
  11. Episode X (Departure)

Skład: Mark Boals - śpiew; Marcus Jidell - gitary; Andreas Passmark - gitara basowa; André Andersen - instrumenty klawiszowe, gitara basowa; Allan Sørensen - perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: André Andersen

Z płytami Royal Hunt bywa różnie, jedne są niemal genialne, inne takie sobie, a dziesiąty studyjny krążek w dyskografii duńskiej ekipy należy umieścić gdzieś pomiędzy tymi dwoma pozycjami, choć bliżej tych pierwszych. Nie mogąc doczekać się europejskiej premiery albumu zaopatrzyłem się w wydanie azjatyckie i po pierwszym przesłuchaniu wydawnictwa miałem mieszane uczucia. Na szczęście kolejne odsłuchy ostatecznie przekonały mnie do "dziesiątki".

Podobało mi się poprzednie dzieło drużyny niezmordowanego Andersena i miałem nadzieję, że kolejne będzie co najmniej równie udane (i jest). Miałem też pewne wyrzuty sumienia, że Collision Course: Paradox 2 nie znalazło się finalnie w moim zestawieniu "beściaków" za rok 2008, chociaż utrzymywało się na mojej prywatnej liście dość długo i to na bardzo wysokiej pozycji. Myślałem jednak sobie, że uczynię zadość chłopakom przy najbliższej okazji, bo przecież gniota chyba nie nagrają. Jak to będzie, jeszcze nie wiadomo, bo do końca roku pozostaje sporo czasu. Członkowie grupy sporo sobie po nowym dziele obiecują i czytając pomiędzy wierszami można spekulować, czy aby nie jest to ostatni album RH. Muzycy wypowiadają się pół żartem / pół serio, iż jeśli piractwo utrzyma się, to być może następną płytę fani będą musieli nagrać sobie sami. Wróćmy jednak do X. W 2009 r. z zespołu odszedł basista Per Shelander i jego miejsce zajął Andreas Passmark, znany głównie z formacji Narnia i grupy Roba Rocka. Zmiana ta jest niemal niezauważalna, większe znaczenie może mieć fakt, że kierowany przez Andersena statek podryfował brzmieniowo i kompozycyjnie w innym kierunku niż uprzednio. Nową płytę nagrano całkowicie analogowo, a sama muzyka ma nawiązywać do klasycznych brzmień takich grup z lat '70 jak Kansas, Deep Purple i Uriah Heep. Płytę rozpoczyna dość mdławy wstęp w postaci Episode X (Arrival). Najpierw mamy rozwlekle partie gitar i z towarzyszeniem stojących akordów klawiszy, dalej pojawia się coś w rodzaju pianistycznej ballady na styl wolniejszych numerów Savatage. Szczerze mówiąc, ten niezbyt udany początek albumu nie nastraja mnie optymistycznie do dalszego odsłuchu, ale mimo to idźmy dalej... Jest lepiej w drugim na liście End Of The Line, brzmiącym majestatycznie dzięki potężnym gitarom. Tutaj słychać inspiracje dokonaniami purplowsko-uriahowskimi, ale też i nie brak typowych dla Royal Hunt aranżacji i patentów. Warto zwrócić uwagę na sposób śpiewania Boalsa, który balansuje gdzieś pomiędzy Ronniem Jamesem Dio, Dougie Whitem a Jornem Lande i wychodzi mu to dobrze. Udane nagranie, gdzie jedynym mankamentem są tylko "abbowe" chórki, które ciągną się za zespołem jak zmora już od wielu, wielu lat. Zresztą jakieś odnośniki do Abby będą i w King For A Day, numerze pod innymi względami bliskiemu ideału. Dużo tu momentów klimatycznych, przeplatanych z mocniejszym uderzeniem i znów grupa zaskakuje aranżacyjnie umiejętnym łączeniem partii gitar i instrumentów klawiszowych. To dobrze, że mimo wielu lat kariery muzycy potrafią jeszcze tworzyć rzeczy godne uwagi. The Well może spodobać się miłośnikom Cornerstone, chociaż to nagranie jest mocno uzbrojone w klawisze. Poza tym Boals śpiewa tu też z inną manierą niż White, w sposób łagodniejszy, aczkolwiek i tak wprawne ucho pewne podobieństwa wychwyci. Przy okazji formacja spełnia obietnicę nawiązań do klasycznego rocka, z tą tylko różnicą, że więcej będzie tu ukłonów w kierunku Rainbow, zwłaszcza w okolicach solówki zagranej na wzór Blackmore'a. Zaskakuje Army Of Slaves, kompozycja hard rockowa, zupełnie nie przypominająca typowych dokonań Royal Hunt. Jest bardziej gitarowa, legendarne klawisze Andersena pełnią tu raczej marginalną rolę. Nawet solówka zagrana jest inaczej niż zazwyczaj. Nie spodziewałem się czegoś takiego, ale jak dla mnie to prawdziwa bomba, bo wnosi sporo świeżości do, jak by nie było, skostniałych schematów prezentowanych wcześniej przez grupę. Takiego wrażenia nie robi już Shadowman, ballada ozdobiona tu i ówdzie bluesem i zagrywkami a'la Pink Floyd, choć nie zabrakło i progmetalowych momentów. Najbardziej podoba mi się tym razem okolica gitarowego solo, reszta po prostu może być. Hardrockową pozycją jest Back To Square One i raz jeszcze starzy fani grupy mogą być zaskoczeni. Chyba jeszcze nigdy zespół ten nie był tak blisko stylistyki klasycznego hard rocka. Słyszalny jest też trend do komponowania bardziej przebojowych utworów, wystarczy posłuchać, w jaki sposób Mark buduje swoje partie wokalne. Z pianistyczną balladą mamy do czynienia w The Last Leaf, która brzmi bardzo ciepło i przy odrobinie promocji jako singla dałoby się z niej zrobić radiowo-telewizyjny hit. Im więcej razy jej słucham, tym bardziej mi się ona podoba. Elton John by się tego nie powstydził. Falling Down kojarzy mi się mocno z dokonaniami innych Duńczyków - Cornerstone, a że jestem fanem tej kapeli, to witam ten kawałek z uśmiechem na ustach. Nawet głos Boalsa w pewnych rejestrach przypomina mi Dougiego, co również przyjmuję jako dobrą monetę. Możliwe, że w Danii szykuje się jakaś hard rockowa rewolucja, tylko świat jeszcze o niej nie wie. Na zamknięcie krążka mamy Episode X (Departure), które podobnie jak bliźniacze otwarcie dzieła jest niespecjalne. Ta klamra (intro i outro płyty) jak na złość są najsłabszymi fragmentami albumu, a szkoda, bo bardzo często wydawnictwa kojarzy się właśnie po ich początkach i zamknięciach. Ale nie przejmujmy się tym zbytnio, bo środek krążka i tak dostarcza nam spora dawkę dobrej rozrywki.

Słabsze momenty są na krążku raczej nieliczne, zespół zaskakuje przy tym zmianą stylistyczną, która w porównaniu z poprzednimi albumami jest naprawdę zauważalna. Dzięki temu jednak grupa zdobyła się na odrobinę komercji i nowa płyta ma szansę dotrzeć do szerszej publiczności niż tylko do fanów Royal Hunt. I na koniec - dobra wiadomość jest taka, że krążek z każdym kolejnym przesłuchaniem podoba się coraz bardziej.

Oficjalna strona zespołu: www.royalhunt.com