
Royal Hunt - Collision Course... Paradox II
Wydawca: Frontiers Records / Mystic Productions / Marquee / Avalon / Magna Carta / CD Maximum / Phantom Sound & Vision
Rok wydania: 2008
- Principles Of Paradox
- The First Rock
- Exit Wound
- Divide And Reign
- High Noon At The Battlefield
- The Clan
- Blood In Blood Out
- Tears Of The Sun
- Hostile Breed
- Chaos A.C.
Skład: Mark Boals - śpiew; Marcus Jidell - gitary, wiolonczela; Per Schelander - gitara basowa; André Andersen - instrumenty klawiszowe, gitara basowa; Allan Sørensen - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Doogie White, Ian Parry, Kenny Lubcke, Henrik Brockmann, Maria McTurk, Sama Allpass, Michelle Raitzin -dodatkowy śpiew; Patricia Skovgaard - skrzypce, Sama Allpass - wiolonczela; Erik Rosenqvist - woodwinds, akordeon
Produkcja: André Andersen
Wraz z wydaniem płyty Paradox muzyka duńskiej formacji Royal Hunt podryfowała w kierunku rocka progresywnego, co w owym czasie nie do końca trafiało w mój gust. Album Fear nieco mnie rozczarował i sporą w tym zasługę miał wokalista John West, jego głos moim zdaniem nie za bardzo pasował do stylu gry grupy (choć ogólnie West nie jest złym gardłowym). Wydawnictwo to zniechęciło mnie skutecznie do kolejnych krążków, więc i nie sięgałem po nie, aż do czasu, kiedy przeczytałem, że obecnie za mikrofonem w zespole pojawił się Mark Boals, człowiek który niejednokrotnie dał się poznać od dobrej strony w co najmniej kilku produkcjach (m. in. u Malmsteena). Collision Course ma nawiązywać stylistycznie do czasów Paradox, co zresztą widać również w podtytule płyty. Nawiązanie do klasycznego wydawnictwa plus Boals na wokalu - trzeba dać kapeli jeszcze jedną szansę, pomyślałem.
Muszę przyznać, że krążek zaczyna się bardzo apetycznie. Odgłosy deszczu, na ich tle pojawiają się gitarki akustyczne, pianino i jakiś rodzaj fletu. Jakby tego było mało, są jeszcze skrzypce i wiolonczela, a to raptem wstęp do Principles Of Paradox. Dalej słyszymy Boalsa, który po prostu daje radę oraz interesująco zapodaną partię basu i gitar (uwaga na solo!). Bardzo udany numer i kto wie, czy aby nie lepszy od większości kompozycji z legendarnego "paradoksu". Zanim zacznę opisywać dalszą treść płyty, wręcz powinienem wspomnieć, że dzieło jest albumem koncepcyjnym, co za tym idzie, jego poszczególne fragmenty tworzą pewną tematyczną całość. Grupa najprawdopodobniej chciała być kontrowersyjna, może nawet modna i w tym celu wykorzystała konflikt (czy też raczej pewne rozbieżności) między dwoma cywilizacjami, zachodnią i światem islamu, które to zmierzają do zderzenia się, co ma spowodować wyniszczenie świata. Teksty nigdy nie miały dla mnie większego znaczenia, dla mnie w muzyce liczą się melodie, zatem powracam do tychże. Neo-progresywny rock/metal symfoniczny - tak ktoś gdzieś określił styl gry formacji i w sumie dobrze to ujął, takie właśnie granie słyszymy w The First Rock. Nic nowego w sumie, bo przecież kapela gra tak od dawna, ale że gra to dobrze, nie może to być zarzutem. Boals spisuje się znakomicie, reszta muzyków także, zwrócę jednak przy okazji uwagę na produkcję, która jak zwykle w przypadku wydawnictw Royal Hunt stoi na bardzo wysokim poziomie. Zespół zawsze stawiał na krystalicznie czyste brzmienia, a od technicznej strony sporą rolę w jego wygenerowaniu i utrzymaniu tradycyjnie odgrywa Andersen. Wysoka forma jest i w kolejnym Exit Wound, szczególnie miłemu moim uszom, gdyż nawiązuje stylistycznie do czasów Moving Target, płyty przeze mnie wielce lubianej i darzonej sentymentem. Jedna z najlepszych kompozycji w zestawie i choć moja wyobraźnia jakoś automatycznie dopowiada tu sobie głos D. C. Coopera, to Boalsowi nie mogę absolutnie nic zarzucić. Pewne partie dośpiewał tu Doogie White i również wspaniale wpasował się w klimat utworu. Nieprzypadkowo chyba następne Divide And Reign nawiązuje do twórczości Cornerstone, choć dalej pojawiają się momenty a'la Malmsteen (z czasów Attack, co słychać m. in. w liniach wokalnych) zmiksowane z power metalem. Sam tytuł chyba silnie inspirowany łacińską sentencją "divide et impera", co zresztą znaczy dokładnie to samo, co jego angielski odpowiednik użyty w tytule. Słychać, że muzycy starają się komponować numery różnorodne stylistycznie. Dobrym przykładem tego może być High Noon At The Battlefield. Jest to charakterystyczna ballada, gdzie przewijają się motywy bluesowe i zaczerpnięte rodem z country, chwilami kto wie czy nie z muzyki pop, za połową kawałka jest już ostro. Wybuchowa mieszanka, ale brzmi znakomicie, świadczy to o wysokiej klasie muzyków, bo takie mieszanie gatunków to wcale nie taka łatwa sprawa. Ponadto ukłony za linie wokalne, na usta ciśnie się: prawdziwa sztuka. The Clan to bardzo dobry kawałek, niestety jego wadą jest to, że za bardzo przypomina wiele innych pochodzących ze starych krążków RH. Oczywiście słucha się go wyśmienicie, jest prawdziwym nektarem i ambrozją dla uszu słuchacza, po prostu dodatkowo odnosi się wrażenie, że chłopaki próbują "odcinać kupony". Fanów Yngwiego może ucieszyć fakt, że solówka tutaj zagrana została nieco w stylu Szweda. Dalej mamy Blood In Blood Out, które zaczyna się od odgłosów rodem z dżungli, by przejść w klimaty bardziej symfoniczne. Może to złudzenie, ale gitary wydają się brzmieć ciężej niż poprzednio, a klawisze generują demoniczno-tajemnicze dźwięki. Zespół postarał się aż za bardzo, no i przedobrzył. Pewnie muzycy myśleli, że im więcej elementów nawstawiają do utworu, tym lepiej, a okazuje się, że bez co najmniej jednego klocka konstrukcja wyglądałaby bardziej okazale. Mowa o chórkach. Tears Of The Sun już na samym początku wita słuchacza damskim głosem, co jest nie lada zaskoczeniem, zwłaszcza po tym, jak w poprzednich piosenkach słyszeliśmy wokale męskie. Utwór rozwija się w symfoniczną kompozycję, udaną, choć mało oryginalną. W środku powraca już wokalista, śpiewa bardzo dobrze, mimo wszystko moją uwagę najbardziej przyciągają tu momenty instrumentalne. Warto zauważyć, że przez całą płytę ciągną się same dobre kompozycje, bo i kolejne Hostile Breed to numer przedni. Podoba mi się solówka, mimo iż może stopień jej skomplikowania nie jest zbyt duży, to pasuje ona do kawałka perfekcyjnie, co idzie jej na plus. Wygląda na to, że strata Kjaera na stanowisku gitarzysty nie była aż tak dotkliwa. Na zamknięciu krążka jeszcze jeden, a jakże, znakomity kawałek - Chaos A.C.. Znowu gitary brzmią ostrzej, jak kilka kompozycji wcześniej, stylowo to trochę jak krzyżówka Cornerstone z Kingiem Diamondem, co mi odpowiada. Niepotrzebnie tylko dodano te "abbowe" chórki pod koniec piosenki, natomiast patent z deszczem to doskonała klamra spinająca początek albumu z jego końcem.
Za pierwszym razem, kiedy słuchałem tego wydawnictwa, wydawało mi się ono dobre, ale bez rewelacji. Im więcej razy go słucham, tym lepsze robi na mnie wrażenie. Nie wiem, jak to będzie dalej, bo mamy dopiero koniec kwietnia, ale jeśli pojawi się jeszcze kilka tak znakomitych pozycji, to uznam ten rok za muzycznie nadzwyczaj udany. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Royal Hunt nagrał jedną z najlepszych płyt w swojej karierze, dorównuje ona dziełom kapeli sprzed ponad dekady. Pozostaje życzyć muzykom, by pozostali w tak dobrej formie, w jakiej są obecnie i by nagrali jeszcze niejeden zaskakujący krążek. Fanom melodyjnego rocka nie pozostaje natomiast chyba nic innego, jak rozbicie świnek-skarbonek i udanie się po zakup tej płyty, bo naprawdę warto ją mieć w swej kolekcji.
Oficjalna strona zespołu: www.royalhunt.com