
Royal Hunt - Clown In The Mirror
Wydawca: Rondel Records / SPV / Steamhammer / Majestic Entertainment
Rok wydania: 1993
- Intro - Wasted Time
- Ten To Life
- On The Run
- Clown In The Mirror
- Third Stage
- Bodyguard
- Legion Of The Damned
- Here Today, Gone Tomorrow
- Bad Blood
- Epilogue
- Age Gone Wild (acoustic version) [bonus track]
- Kingdom Dark (acoustic version) [bonus track]
- Bad Luck [bonus track]
Skład: Henrik Brockmann - śpiew, chórki; Jacob Kjaer - gitary; Steen Mogensen - gitara basowa; André Andersen - instrumenty klawiszowe, gitary; Kenneth Olsen - perkusja
Produkcja: André Andersen
Zaledwie rok po wydaniu debiutu duńska formacja Royal Hunt prezentuje fanom kolejne wydawnictwo. Jedynka odniosła spory sukces w Japonii, a Clown In The Mirror siłą pędu sukces ten powtarza. Jabłko niedaleko pada od jabłoni i dobrym tego przykładem może być właśnie drugi krążek Duńczyków. Utwory na nim budowane są wedle identycznych schematów, więc zadowolą wszystkich tych, którym podobał się debiut, ja jednak płytę tę uważam za słabszą od poprzedniczki. Jako ciekawostkę warto przytoczyć fakt, że klawiszowiec i główny kompozytor Andersen otrzymał w owym czasie propozycje dołączenia do Dream Theater i zastąpienia tam Kevina Moore'a, ale z propozycji tej nie skorzystał. Wkrótce natomiast po wydaniu opisywanego krążka z zespołu odszedł Henrik Brockmann, a na jego miejsce przyjęto DC Coopera, zdaniem wielu, najlepszego wokalistę, jakiego grupa kiedykolwiek miała.
Na wstępie zapodano bardzo ciekawe intro, klasyczne klawisze odtwarzane jakby ze starej analogowej płyty (wyeksponowano nawet szumy). Wstęp godny Kinga Diamonda, tyle że następuje dalej zupełnie inna muzyka, znający debiutancką płytę nie powinni być zaskoczeni. Intro - Wasted Time to ponownie utwór zdominowany przez klawisze, bardzo wysunięte na pierwszy plan i odpowiedzialne niemal za wszystko - główne linie melodyczne i podkłady. Odnoszę wrażenie, że Brockmann mniej się tu stara niż na jedynce, jest jakby mniej przekonywujący. Początek do kolejnego Ten To Life jest wręcz genialny, może nieco kowbojski, ale przypomina mi pierwsze takty tytułowego Handful Of Rain Savatage, chociaż trzeba zaznaczyć, że omawiany album został jednak wydany o rok wcześniej. Dalej dużo lepiej niż w pierwszym utworze, chociaż do tego, by przebić debiut, sporo jeszcze brakuje. Może trzeba było poczekać z nagraniem płyty nieco dłużej, może rok to niewystarczający okres na skomponowanie dobrego materiału... Typowy Royal Hunt mamy w On The Run, takich numerów kapela będzie miała jeszcze co najmniej kilkanaście i nie pozostaje nic innego, jak uznać go za cechę charakterystyczną dla stylu gry grupy. Nieźle się go słucha, chociaż ilekroć ja przesłuchuję dzieła Duńczyków, raczej staram się wychwytywać te, które wyróżniają się jakoś z zestawu. A wyróżnia się właśnie tytułowe Clown In The Mirror. Bardzo kojarzy mi się on ze schyłkowym okresem działalności zespołu Queen, kiedy jeszcze śpiewał w nim Freddie Mercury. Po prostu głos Brockmanna mocno przypomina tu Mercury'ego i aranżacje instrumentów klawiszowych tez brzmią po queenowsku. Third Stage jest jak żywcem wyjęte z Malmsteena z drugiej połowy lat '80, z tym że oczywiście tutaj rolę dominującą pełnią klawisze, a nie gitara. Jeśli się dobrze przysłuchać, to odnajdziemy całkiem spory ustęp z zagrywkami, które pojawią się na kolejnej płycie w utworze Last Goodbye, może nawet nie tylko tam. Ten kawałek to prawdziwa miniaturka, trwa zaledwie nieco ponad półtorej minuty i szybko po nim następuje Bodyguard. Zaczyna się wstawkami z muzyki telewizyjno-rozrywkowej, co zresztą idzie kapeli na plus, bo słychać, że Andersen szuka inspiracji nie tylko w kręgach muzyki rockowej. Zespół mógł jednak bardziej przemyśleć chórki, bo niestety te, które są tutaj, brzmią za bardzo jak Abba, a uważam, że rocka można łączyć ze wszystkim, byleby to nie była muzyka taneczna. Brawa za to dla Jacoba za bardzo zgrabną solówkę. Po takim tytule jak Legion Of The Damned spodziewałem się jakiejś ostrej i galopującej kompozycji, a tu proszę, niespodzianka. Klimat raczej łagodny, osadzony nieco w barokowych strukturach, co znów nasuwa na myśl Malmsteena, przy czym po raz kolejny wszystkie plany zdominowane są przez klawisze. To jeden z moich ulubionych numerów z krążka, może dlatego, że Brockmann śpiewa tu tak, jak później będzie śpiewać Cooper, niemałą rolę w tym wyróżnieniu pełnią też gitary - takich zagrywek i solówek po prostu miło się słucha. Ciekawy początek, dalej jakieś pirackie zaśpiewki, to z kolei Here Today, Gone Tomorrow. Muzycy nie wytrzymali jednak długo w takich klimatach i powracają do typowego dla siebie grania, co czyni ten kawałek raczej przeciętnym, niestety. Przyzwyczaiłem się już w sumie do tego, bo żadna płyta RH nie podoba mi się w całości, przy każdej mogę się do czegoś przyczepić. Ciekawiej będzie w Bad Blood, głównie za sprawą fajnie zaaranżowanych partii gitary basowej, w ogóle sekcja rytmiczna chodzi tu cholernie dobrze, z czego zresztą zespół słynie. Udana piosenka, a mogłaby być rewelacyjna, gdyby już tutaj zaśpiewał DC. Nawet gitarowa solówka jest niczego sobie, szkoda tylko, że taka króciutka. Europejskie wydanie płyty zamyka Epilogue, brzmiące w wokalach jakby nieco za bardzo majestatycznie, prawie że power metalowo, na szczęście perkusista miał na tyle rozumu w głowie, że nie dopełnił tego wszystkiego galopującymi centralkami.
Cóż, typowa płyta Royal Hunt, gdzie kilku kawałków mogłoby spokojnie nie być, ale i mająca kilka takich numerów, które sprawiają, że chce się ją zakupić. Jak na mój gust, ustępuje ona jednak debiutowi pod wieloma względami, nie wspominając już o Moving Target (szczytowe moim zdaniem osiągnięcie grupy). Jeśli spotkacie gdzieś ten krążek we w miarę przystępnej cenie, nie wahajcie się go wrzucić do koszyka. Płyta genialna to nie jest, ale kolekcji też ujmy nie przyniesie.
Oficjalna strona zespołu: www.royalhunt.com