Revolution Hazy - Radio Slaves

Revolution Hazy - Radio Slaves

Wydawca: Demon Doll Records
Rok wydania: 2011

  1. The Way
  2. Proud
  3. How Much More
  4. One Step Behind
  5. Scared
  6. 3200 Miles Away
  7. Words
  8. Kattbakk
  9. Radio
  10. World Of Hurt

Skład: Kelli - śpiew; Kerri - gitary, chórki; Kenni - gitara basowa, chórki; Razz - perkusja; Robbi Black - perkusja

Produkcja: Revolution Hazy

Nie jestem odpowiednią osobą, by recenzować ten krążek, bo nie słucham tej odmiany glam/sleazu na co dzień, ale skoro nie ma innych ochotników... Niektórzy co starsi czytelnicy pewnie pamiętają, co się działo w pierwszej połowie lat '90, kiedy to prasa muzyczna odwróciła się od dotychczasowej sceny i zaczęła zachwycać się grungem i alternatywą. Świat zapomniał o gatunkach takich jak glam czy sleaze, mimo iż istniało jeszcze wiele kapel grających taką muzykę, bez większych szans na zrobienie kariery wobec takich okoliczności.

Jedną z takich grup działających na Sunset Strip w Los Angeles jeszcze w okolicach roku 1993 było Hanky Panky, które finalnie zmieniło nazwę na Revolution Hazy. W związku z brakiem zainteresowania mainstreamu zespół stał się jednym z kultowych w podziemiu i mówiło się o nim jako o jednej z ostatnich wielkich załóg tamtego okresu. Gdzieś po Internecie krążyły dwie demówki formacji obejmujące okres sprzed i po zmianie nazwy, zebrane i wypuszczone w latach 2004-2005. Dopiero w 2011 roku dzięki staraniom wytwórni Demon Doll Records wszystko to zostało ponownie zebrane, "uczesane" i wydane jako debiut o tytule Radio Slaves. Standardowo kilka słów o stylu gry chłopaków - najbliżej im chyba do Faster Pussycat, ale jak się dobrze wsłuchać, to tu i ówdzie da się odnaleźć i podobieństwa do Alleycat Scratch (inna mniej znana ekipa, której się nie udało), czy nawet do drugiej płyty Skid Row (choć opisywani bohaterowie recenzji raczej unikali komponowania zapamiętywalnych riffów). The Way, czyli pierwszy numer na krążku, jakoś kompletnie nie robi na mnie wrażenia. Brak jakowychś fajerwerków technicznych, mało chwytliwe linie melodyczne, w sumie to taki wolniejszy i lepiej zagrany technicznie punk z cięższymi gitarami i porządniejszą solówką. Wiele załóg tak grało i z takim repertuarem ciężko byłoby zrobić karierę. O niebo lepszą propozycją jest kolejne Proud. Mamy tu ciekawszy riff napędowy, interesująca wydaje się melodyka ścieżki, nawet wokale wypadają znacznie lepiej. Tym kawałkiem mogliby konkurować z Faster Pussycat. Po kilku odsłuchach płyty piosenka awansuje na jednego z moich faworytów. Klasę kapela pokazuje też w How Much More, bardzo przyzwoitym nagraniu, które na upartego mogłoby dla odmiany stawać w szranki z Poison. Tutaj mniej sleazu, za to więcej dodatku glamu i szminki. Zmienia się też sposób śpiewania wokalisty i sposób aranżacji chórków. Jeszcze inaczej muzycy grają w utworze One Step Behind. Tym razem stylistycznie jest to taki sleaze/hard rock, który może kojarzyć się z wczesnymi dokonaniami Mötley Crüe, ale i obecnymi załogami specjalizującymi się w takich klimatach jak choćby Jettblack czy King Lizard. Strukturalnie kompozycja bazuje na rock'n'rollu i po kilku przesłuchaniach zaczyna się podobać coraz bardziej. Dla odmiany Scared ukazuje nieco więcej kombinowania przez kapelę, co mnie zresztą cieszy. Wskazać mógłbym podobieństwa do drugiego albumu Skid Row. Najbardziej rajcowne jest jednak to, że nie poskąpiono solidniejszych riffów, no i fakt, iż mamy tutaj nieco smaczków w postaci gitarowych "skrzypów" i interesującą solówkę z nieco funkującym podkładem basu. Klimat zmienia się wraz z 3200 Miles Away i tym razem można mieć pewne skojarzenia z załogami takimi jak Poison czy Pretty Boy Floyd, zatem znów więcej glamu, w dodatku z pewnymi inklinacjami ku balladom. Ale trzeba przyznać, że udała się ta ścieżka chłopakom. Może pochodzi z czasów, gdy już im się wyrobił warsztat techniczny, kto wie... Jestem niemal pewien, że gdyby tak zadbać o lepszą produkcję i poprzeć ją odpowiednią promocją w radiu, mógłby to być światowy hit. Zresztą typowe ballady też nieźle wychodzą chłopakom, czego przykładem może być Words. Nie wiem, z którego dokładnie roku jest ten akurat kawałek, ale pod koniec lat '80 i na początku dziewięćdziesiątych podobnymi utworami kariery zabezpieczały sobie takie renomowane już dziś ekipy jak Mr. Big i Extreme, nie wspominając raz jeszcze o Poison. Jedną z pozycji, gdzie instrumentaliści grupy przyłożyli się technicznie najbardziej, jest Kattbakk. Kapitalnie chodzi bas (basista próbuje udanie klangować, rzadka to rzecz w takiej muzie), w ogóle sekcja rytmiczna może wskazywać na fascynacje dokonaniami Extreme, do tego jeszcze dostajemy bardzo składną solówkę (gitary ogólnie nasuwają mi nieco na myśl twórczość Shotgun Messiah) i linie wokalne ciążące z kolei ku Skid Row. Tym numerem Revolution Hazy zdolne byłoby zawstydzić wiele lepiej znanych drużyn. Ciekawą pozycją, mimo iż nieco punkową w wymowie (pod koniec kawałka nawet wręcz bezczelnie punkową), jest przedostatnie w zestawie Radio. To taki rock'n'roll z fajnie wystukiwaną perkusją (nie da się nie zwrócić uwagi na centralki), wokalami pod Shotgun Messiah i jedynym tylko minusem są głupkowate chórki. Album zamyka glamowo-sleazowe nagranie o tytule World Of Hurt. Nie może ono wprawdzie konkurować z kilkoma poprzednikami, ale jego zaletą jest to, że dość szybko wpada w ucho i wywołuje efekt tupania nogą. Znów tutejszy bębniarz fajnie wykorzystuje centralki.

Na wydawnictwie mamy spory rozrzut stylistyczny, bowiem jest tu i glam i sleaze i hard rock. Wartość poszczególnych kompozycji jest różna, mniejsza część z nich jest raczej przeciętna, na szczęście płyta ma kilka światlejszych momentów, dla których naprawdę warto po nią sięgnąć. Na uznanie zespół zasługuje choćby dlatego, że materiał komponował sam, podczas gdy inni wielcy tamtego okresu często sięgali po pomoc zewnętrznych songwriterów. Całkiem udana mieszanka stylów Faster Pussycat, Skid Row, Poison i Mötley Crüe z elementami innych wykonawców.

Oficjalny profil zespołu na MySpace: www.myspace.com/revolutionhazy