Deep Purple - Rapture Of The Deep

Deep Purple - Rapture Of The Deep

Wydawca: Edel Records / Eagle Records / Zoom / JVC Victor / ShockHound
Rok wydania: 2005

  1. Money Talks
  2. Girls Like That
  3. Wrong Man
  4. Rapture Of The Deep
  5. Clearly Quite Absurd
  6. Don't Let Go
  7. Back To Back
  8. Kiss Tomorrow Goodbye
  9. MTV [limited edition bonus track]
  10. Junkyard Blues
  11. Before Time Began
  12. Things I Never Said [japoński bonus track]

Skład: Ian Gillan - śpiew; Steve Morse - gitary; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja

Produkcja: Michael Bradford

Rapture Of The Deep to pochodzący z 2005 r. osiemnasty i jak dotąd ostatni studyjny album Deep Purple. Wprawdzie podobno ekipa w pocie czoła pracuje nad jego następcą, ale nie zmienia to faktu, że już od sześciu lat nie mieliśmy nowego materiału od Purpurowych.

Skład hard rockowej legendy od wielu lat uznać można za stabilny. Od 1994 r. pozycję gitarzysty niezmiennie dzierży Steve Morse (Dixie Dregs, Kansas, solo), a od roku 2002 dawnego klawiszowca Jona Lorda zastępuje Don Airey (Gary Moore, Rainbow, Whitesnake). Również na stanowisku producenta okrzepł Mike Bradford, który współpracował z zespołem już przy okazji poprzednich wydawnictw odciążając tym samym Glovera, który zajmował się produkcją przez lata. Tak więc bez większych niespodzianek. Brzmienie Rapture Of The Deep też nie powinno nikogo zaskoczyć, bowiem Deep Purple to formacja z ugruntowaną pozycją i fani kochają ją wtedy, gdy gra jak w klasycznych czasach, a ganią, gdy poczyna sobie zbyt śmiało z eksperymentami. Money Talks to właśnie dobry przykład, że i w XXI wieku można brzmieć, jakby nadal były lata siedemdziesiąte. Kompozycja przypomina klasyczne dokonania Purpli z tamtych czasów, a do tego jeszcze silnie kojarzy się z twórczością Uriah Heep, tym bardziej że Bernie Shaw z owej grupy ma barwę głosu podobną do Gillana. Świetnie spisuje się za organami Airey, praktycznie nie odstaje on od Lorda, ba, podobno nawet gra na tych samych odziedziczonych Hammondach... Co do Steve'a, to uważam, że marnuje się tutaj, bo to wioślarz typowo progresywny i mógłbym niemal się założyć, że jest tu tylko po to, by finansowo zabezpieczyć swoją emeryturę, wszak Deep Purple to wciąż dobry towar ;). Tak czy inaczej, pan Morse próbuje grać tak, jakby tu grał nadal Blackmore (przy okazji imitując też Boxa z Uriah), bo w końcu tego oczekują fani. O ile poprzednia ścieżka była bardzo majestatyczna, o tyle kolejne Girls Like That jest już mniej poważne i bardziej wesołe. Zaryzykuję stwierdzenie, że tym razem więcej jest nawiązań do czasów, gdy w Purplach udzielali się panowie Coverdale i Hughes. Pojawiają się elementy funkowe po prostu. Piosenka podoba mi się poza refrenem, ten bowiem wydaje mi się mało wyrafinowany. Dalej w secie następuje bardzo masywny kawałek o tytule Wrong Man. Nastawiony raczej na granie niezbyt skomplikowane, za to przybijające słuchacza do fotela, niewątpliwie masywne. Główny riff przypomina mi wiele podkładów Joe Satrianiego z jego płyt ostatniej dekady, a przy okazji przypomina i fakt, że przecież Joe również koncertował w składzie Purpli, choć akurat niczego z nimi nie nagrał. Dobrze się tego słucha, aczkolwiek linie wokalne mogłyby być lepsze. Za to dla kontrastu mamy potem genialne tytułowe Rapture Of The Deep. Od pierwszych dźwięków udzielają się motywy orientalne i jak słusznie ktoś zauważył, po plecach mogą przejść takie same ciary, jak niegdyś przy słuchaniu Perfect Strangers. Doszukiwanie się tu jakichkolwiek słabostek byłoby tylko zbędną nadgorliwością w krytyce. Ja uwielbiam kawałki w takim stylu od czasu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Demons's Eye czy Pictures Of Home (nie wspominając o Gates Of Babylon, choć to akurat pozycja z repertuaru Rainbow). Klimat zmienia się diametralnie wraz z Clearly Quite Absurd, które jest po prostu balladą. Wielu osobom się ona podoba, cóż, może jestem nieczuły, ale to już któreś moje podejście do tego kawałka i mimo iż próbowałem się do niego przekonać bywając w różnych nastrojach, nadal mnie on nie rusza. Wciąż Child In Time czy Anyone's Daughter w moi odczuciu pozostają niepokonane. W Don't Let Go więcej funkująco-bluesującego hard rocka, na siłę nawet można dosłyszeć się tu wpływów Hendrixa. Fajny numer na słuchanie bliżej wieczora i z piwkiem w ręku. Świetnie nadałby się też na występy na żywo w jakiejś knajpie. Wbrew pozorom Back To Back nie należy z góry skreślać ścieżki Back To Back. Wokalnie faktycznie mogłoby być lepiej, ale na przykład do przewijających się tu gitarowych riffów zastrzeżeń mieć nie można. Myślę, że takiego kawałka nie powstydziłoby się ZZ Top, choćby ze względu na jego rytmikę. W gusta fanów klasycznego Deep Purple powinien bezboleśnie trafić numer Kiss Tomorrow Goodbye. Więcej brzmień Hammondów, do tego charakterystyczne zagrywki sekcji rytmicznej, no i Steve Morse grający jak Ritchie Blackmore w początkach lat '70. Nic odkrywczego, za to zaspokojenie nostalgicznych tęsknot za tamtym okresem. Na kolejnej pozycji bonusowe nagranie w postaci rozrywkowego MTV. Tu jest bardzo skocznie i nawet nie wsłuchując się w słowa można dojść do wniosku, że jest to piosenka zabawna, a już z pewnością nie śmiertelnie poważna. Steve gra tu solówkę w luźnym stylu i czuć, że mu się to podoba, zwłaszcza że podobne rzeczy wygrywał na swoich solowych płytach. Wpływy funka da się zauważyć w Junkyard Blues, które wbrew tytułowi z bluesem raczej zbyt wiele wspólnego nie ma. Charakterystycznie pogrywają tym razem klawisze, chyba inspirowane brzmieniami z westernowych saloonów, względnie podkładami muzycznymi epoki kina niemego. Ospale rozpoczyna się zamykające zestaw podstawowy Before Time Began, by niespodziewanie nabrać energii w okolicach połowy ścieżki. Ta druga połowa nagrania podoba mi się bardziej, nawet mimo nieco psychodelicznie pogrywających tam klawiszy. Kapitalna robota wokalna Gillana swoją drogą. Japończycy dostali jeszcze w prezencie całkiem ciekawy utwór o tytule Things I Never Said. Rzecz szybsza, przez to bardziej żwawa, a przy tym bardzo melodyjna. Na uwagę zasługują głównie klawiszowe popisy z brzmieniem lat '70, no i w zadziwiający sposób młodo brzmiący Ian Gillan.

Całościowo bardzo klasycznie brzmiący album Purpli i słuchając go łatwo zapomnieć, że przecież ten krążek pochodzi z 2005 r. Dzieło zostało dość dobrze przyjęte przez krytykę i fanów, zapewne właśnie ze względu na swoją "klasyczność". Właśnie takiego grania większość słuchaczy od Deep Purple oczekuje. Płyta na pewno inna niż poprzedniczka, moim zdaniem lepsza.

Oficjalna strona zespołu: www.deep-purple.com