Revoltons - Underwater Bells

Revoltons - Underwater Bells

Wydawca: My Graveyard Productions
Rok wydania: 2009

  1. The Pure Soul Cry
  2. Death To Leave Eternity
  3. Berserker
  4. Claylove
  5. Rotten Equilibrium
  6. The Last Witch
  7. PJ
  8. Slow Row
  9. Lady Disease
  10. Melting Night
  11. One And Silence
  12. Cybertale
  13. London Fall
  14. Scanning Horizon
  15. Underwater Bells

Skład: Andro - śpiew; Alex Corona - gitara, gitarowy syntezator; Matt Corona - gitara, gitarowy syntezator; Roberto Sarcina - gitara basowa; Simone Morettin - perkusja
Gościnnie: Claudio Coassin - pierwsze gitarowe solo w [15]; Luca Martina - drugie gitarowe solo w [11]

Produkcja: Revoltons

Niektóre grupy ewidentnie prześladuje pech i mimo długiego stażu na rynku muzycznym nie mogą się przebić do słuchaczy. Dla przykładu - włoska formacja Revoltons powstała już w 1991 r. jako hard rockowy cover band, a sześć lat później zaczęła grać własne kompozycje. Najpierw w 2001 r. z zespołu odszedł jego pierwotny wokalista, później w 2002 r. basista Pietro Corona, kuzyn dwóch pozostałych muzyków o tym samym nazwisku w grupie, który zmarł wkrótce potem w wieku 26 lat na zawał serca. Z kolei w 2006 r. z szeregów ekipy wystąpił gitarzysta Andrea Corona, ale zastąpił go jego brat Matt.

Zmian personalnych było zresztą więcej, do tego jeszcze dochodzą problemy z wytwórnią muzyczną, zainteresowani tematem łatwo odnajdą potrzebne informacje w Internecie. Nas interesuje bardziej sama twórczość kapeli. Tutaj też widać, że chłopakom sporo czasu zajęło wydanie autorskiego materiału, wszak pierwsza płyta grupy ukazała się dopiero w 2003 roku (Night Visions), a najnowsze studyjne dzieło muzyków to Underwater Bells z roku 2009. Od czasu powstania zmienił się styl gry zespołu, z hard rockiem jako takim zbyt wiele wspólnego nie ma, teraz określa się to progresywnym power metalem lub progresywnym metalem z powerowymi dodatkami. Z tym określeniem jest w tym przypadku trochę jak ze świnką morską, która nie przypomina za bardzo ani świnki, ani tym bardziej nie żyje w morzu. Muzycy wśród swoich inspiracji wymieniają tak znane nazwy jakIron Maiden, Judas Priest, Helloween, Beyond Fear, Iced Earth, Metallica, Megadeth, Pantera i Black Sabbath. Faktycznie można doszukać się w ich muzyce elementów zaczerpniętych od owych twórców, choć stylistycznie hybrydowy materiał prezentowany przez Włochów najbardziej przypomina mi Starbreakera zagranego na szybszą nutę w stylu Iced Earth. Nie jest to typowy progres (partie gitar nie są jakoś szczególnie połamane, same utwory nie trwają zbyt długo), nie jest to też typowy power metal (perkusyjne galopady są rzadkie, linie wokalne nie mają tendencji do pompatyczności), z pewnością natomiast mamy do czynienia z metalem, bo brzmienie całości jest dużo mocniejsze, niż ma to miejsce w muzyce rockowej. Do takich wniosków można dojść słuchając już pierwszego w zestawie kawałka The Pure Soul Cry. Przez cały numer dominuje tempo szybkie, skoczne, trochę na "maidenową" nutę, chociaż gitary grają ciężej i nie ma tu kogoś na miarę Dickinsona. Pod względem gitarowym i wokalnym nasuwa mi się na myśl szwedzki projekt Silent Call. Podobnie będzie w Death To Leave Eternity, z tym że więcej się tu dzieje (na szczęście, bo nie lubię monotonii), pojawia się trochę łamańców i grupa zaczyna podpadać pod wpływy Starbreakera w stylistyce zbliżonej do jego ostatniego wydawnictwa, ale Włosi grają mniej mrocznie, a bardziej wesoło i melodyjnie. Berserker mimo iż utrzymany w średnim tempie, sprawia wrażenie kompozycji wolniejszej. Nic szczególnego się tu jednak nie dzieje, nagranie jest poprawne, ale na kolana nie powala, zwłaszcza w zestawieniu z poprzednikiem. Wokalista zaczyna śpiewać na zmianę, raz to recytując swoje partie, raz to aranżując na styl power metalowy, co już nie za bardzo mi odpowiada. Na szczęście perkusista przypomina sobie tylko momentami, że ma dwie centralki w zestawie, bo inaczej potraktowałbym kawałek "skipem". Niemal balladowym utworem jest instrumentalne Claylove i szkoda tylko, że trwa tak krótko. Przywodzi mi jakoś na myśl Namida (Tears) z pierwszej solowej płyty Marty Friedmana, więc przez sentyment od razu dostaje u mnie wysokie noty. No i znów mamy tzw. "kompleks poprzednika", bo kolejne Rotten Equilibrium już tak nie zachwyca. Wydaje się graniem dość przeciętnym melodycznie, gdyż wiele kapel tak gra i nie wnosi to do muzyki nic nowego, chociaż jest to ścieżka poprawnie zagrana. Skoro już chłopaki zabierają się za coś takiego, to mogliby się sporo nauczyć od swych kolegów z Silent Call. Znacznie lepiej jest w The Last Witch, partie instrumentów prowadzone są bez zastrzeżeń, natomiast przyczepiłbym się do wokalisty, który tutaj raz niepotrzebnie przyśpiewuje zbyt skocznie jak na potrzeby tego kawałka, innym razem próbuje naśladować manierę Roba Halforda z Judas Priest, ale też do stylistyki utworu ma się to nijak. Za to pochwalę przy okazji gitarzystę za to, co zrobił w solówce - dobra robota. Świetnym nagraniem jest ścieżka o niepozornym tytule PJ. Wyważona, zagrana z wyczuciem ballada, w połowie instrumentalna, niestety cholernie krótka, a szkoda, bo gdyby to pociągnąć jeszcze ze dwie minuty dłużej, mógłby wyjść z tego najlepszy numer na krążku, choć nastrojowo od niego odmienny. Raz jeszcze z twórczością ekipy Silent Call (a momentami z Savatage) kojarzy mi się piosenka Slow Row i niewiele jej ustępuje. I to jest komplement. Brakuje tu wprawdzie technicznych łamańców, ale numer po prostu się broni, jest składny, utrzymany w interesującym klimacie i wpada w ucho. Co ciekawe, jak na prezentowany na albumie materiał, jest to jeden z utworów wolniejszych. Nie wiem, po co kapela nagrywa tyle szybkich kawałków, skoro ewidentnie słychać, że w wolniejszych kompozycjach sprawdza się lepiej. W Lady Disease mamy prosty heavy metal z silnymi wpływami Iron Maiden i kanadyjskiego Sword, nagranie jak wspomniałem proste, ale cieszące ucho. Jeśli już coś ma być mniej ambitne, to niech przynajmniej będzie dobre, jak tutaj. Fajny riff we wstępie i bardzo poprawna reszta, ot taki hołd złożony klasycznemu typowi grania. Znów coś krótkiego i balladowego, czyli Melting Night. Wygląda na to, że muzycy przyjęli sobie za zasadę, że co jakiś czas zrobią taką wstawkę w ramach odpoczynku przed cięższymi i szybszymi kawałkami i w sumie dobrze. One And Silence to ukłon w stronę publiczności hard rockowej / hair metalowej, bo przypomina twórczość Yngwie Malmsteena z połowy lat '80 (np. takie Magic Mirror czy Queen In Love). Jedyną odskocznią będą jednak szybsze zagrywki perkusyjne z centralkami w roli głównej, ale są one bardzo rzadkie, poza tym grupa nie eksponuje tu tak partii klawiszowych. Fanom muzyki z lat '80 numer z pewnością się spodoba. Gdzieś między thrash metal a heavy metal wpisuje się kolejne Cybertale i w zasadzie nie miałbym nic przeciwko takiemu graniu, gdyby nie fakt, że słyszałem już tysiące utworów utrzymanych w podobnej stylistyce. Niby jest to niezłe, ale wpuszcza się taką muzykę jednym uchem i od razu wypuszcza drugim, zapominając przy tym, że w ogóle się takiego czegoś przed chwilą słuchało. Zespół odważył się w końcu zagrać dłuższą balladę i otrzymujemy London Fall. Niestety po wcześniejszych balladowych próbach kapeli w tym przypadku odczuwam pewien niedosyt. Najlepsze pomysły muzycy wykorzystali już wcześniej, więc tym razem mamy ścieżkę zaledwie poprawną, jednak bez spodziewanej rewelacji. Za to zaskakuje kolejna krótka ballada, zagrana nieco w stylu HammerFall - Scanning Horizon, nie tyle samą zawartością muzyczną, co raczej faktem umieszczenia jej po poprzedniczce. Dwie ballady z rzędu potrafią znużyć słuchacza, a już tym bardziej takiego przyzwyczajonego do ostrzejszych dźwięków. Tytułowe Underwater Bells zostawione przez chłopaków na koniec okazuje się być mocnym metalowym numerem. Połączono tu kilka gatunków muzycznych, najwięcej jest tutaj power metalu i jakieś wpływy wczesnego Megadeth, a pod koniec nawet doszukamy się ukłonów w kierunku Running Wild. Nieźle wypadają solówki, można było sobie natomiast podarować słodkie melodyjki w środku utworu, które niezbyt pasują do ostrego początku kompozycji, jaki przecież narzuca z góry pewną stylistykę grania.

W sumie nie jest to żadne nadzwyczajne wydawnictwo, ale dobrze się sprawdza, kiedy mamy ochotę czegoś posłuchać, a nie możemy się zdecydować czego konkretnie. Włosi prezentują nam miksturę złożoną z wielu gatunków i wpływów i choć przy pierwszym przesłuchaniu album może wydawać się dość jednolity, to przy kolejnych podejściach wychwycimy wiele zapożyczeń od Starbreaker, Silent Call, Yngwiego Malmsteena, Judas Priest, Iced Earth, Iron Maiden, Megadeth, a nawet HammerFall czy Running Wild. Można posłuchać w celach rozrywkowych.

Oficjalna strona zespołu: www.revoltons.com
Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/revoltons