Reckless Love - Animal Attraction

Reckless Love - Animal Attraction

Wydawca: Mercury Records / Universal Music / AOR Heaven
Rok wydania: 2011

  1. Animal Attraction
  2. Speedin'
  3. Born To Break Your Heart
  4. Hot
  5. Fantasy
  6. Dirty Dreams
  7. Dance
  8. Fight
  9. Switchblade Babe
  10. On The Radio
  11. Coconuts
  12. Young N' Crazy [brytyjski bonus track]

Skład: Olli Herman - śpiew; Pepe - gitara; Jalle Verne - gitara basowa; Hessu Maxx - perkusja

Produkcja: Ilkka Wirtanen

Żelazo trzeba kuć, póki gorące. Tej zasadzie hołduje najwidoczniej również fińska ekipa Reckless Love, która ubiegłego roku zyskała sobie sympatię słuchaczy i krytyki dzięki debiutanckiemu, "samozatytułowanemu" krążkowi. Niedawno ukazało się drugie dzieło Finów, ciekawie zatytułowane Animal Attraction. Panie i panowie, na szczęście nie tylko tytuł płyty i jej okładka są interesujące...

Jak pamiętamy, grupa specjalizuje się w gatunku zwanym przez jednych party rockiem, przez innych hair metalem, w każdym bądź razie chodzi o melodyjną odmianę hard rocka, która nie wstydzi się flirtować z równie melodyjnym popem. Inna sprawa, w jakich proporcjach te gatunki są ze sobą wymieszane. Kwartet uformował się ponoć już w 2001 roku, co na dzień dzisiejszy oznaczałoby, że istnieje od dekady. W międzyczasie zaliczył dwie zmiany składu, ale i zdołał podpisać kontrakt płytowy z wielką wytwórnią - Universal Music, co, na marginesie, jest ogólnie dobrą nowiną, bo oznacza, że jednak tzw. "majors" wcale o takiej muzyce nie zapomnieli i być może w przyszłości znów będą gotowi wyłożyć nieco grosza na jej promocję. O Reckless Love zrobiło się głośniej, gdy świat dowiedział się, że śpiewa w jej szeregach Olli Hermann, wokalista znany z udzielania się w bardziej znanym zespole Crashdïet . Wystarczy wszakże historycznych wywodów, zakosztujmy wreszcie zawartości muzycznej krążka. Przyznam szczerze, że pierwsza płyta Finów nie do końca mnie przekonała. Głównym powodem tego faktu było, jak na mój gust, zbyt plastikowe brzmienie, ale z drugiej strony podobało mi się to, iż chłopaki układają melodie zbliżone do wczesnego Van Halena, co moim zdaniem dobrze wróżyło na przyszłość. Ku mojej uciesze, drugie wydawnictwo Reckless Love jest finalnie bardziej rockowe. Album startuje tytułowym numerem Animal Attraction, który powinien przypaść do gustu tym słuchaczom, którzy rozsmakowali się kiedyś w takich grupach jak Emerald Rain czy Pink Cream 69. Nie brakuje też i rytmiki na wzór Def Leppard, co jest słyszalne tu i ówdzie, choćby w chórkach, poza tym mam także pewne skojarzenia z drugim dzieckiem szwedzkiego Crazy Lixx. Czy trzeba lepszej rekomendacji? Speedin' jest nawet jeszcze bardzie apetyczne. Nie dość, że dosłyszałem się tu Van Halena z mojej ulubionej ery ekipy Edka (ba, głos Olliego też przy okazji żywo przypomina Diamentowego Dave'a), to jeszcze niektóre riffy przywołują w mojej pamięci wczesne Ratt. Mało tego, obowiązkowo muszę dodać, że gitarowa robota Pepego jest naprawdę wysokich lotów, mamy więc nie tylko chwytliwe melodie, ale i godny pozazdroszczenia poziom shreddingu. Po takich rockerach czas na coś bliższego muzyce pop. Kolejne nagranie nosi tytuł Born To Break Your Heart i jest przede wszystkim bardzo melodyjne. Myślę, że od razu spodoba się miłośnikom grania na styl Brother Firetribe, zapewne też wpadnie w ucho fanom AOR-u. Czuć, że lata osiemdziesiąte pomału wracają... Jakoś na kolana nie powaliło mnie, o ile się nie mylę singlowe, Hot. To nie jest ten typ melodii, jakie lubię, również nie ten typ śpiewania. Młodszym słuchaczom może się to podobać, ja chyba jestem na to już po prostu za stary. Niezależnie od tego znów muszę pochwalić wioślarza, bo na przykład solóweczkę wyciął tu naprawdę niezłą. Dalej mamy AOR-ową balladę w postaci Fantasy, którą spokojnie można zapodać i słuchającym muzyki pop bez narażania się na gromy i pioruny z ich strony. Coś takiego mogłoby nagrać też Def Leppard w swoich najlepszych czasach, czyli dawno temu. Nie wspomniałem jeszcze, że samo brzmienie albumu jest bardzo dopracowane i miłe dla ucha, wiec czynię to teraz. Następna rzecz serwowana przez fińską załogę to kompozycja o tytule Dirty Dreams. Również tym razem docelowym słuchaczem jest zapewne ktoś z grona miłośników AOR-u. Zasadniczo ścieżka mi się podoba i chyba jedynym zgrzytem jest tu moim zdaniem sam początek nagrania, gdzie wokalista śpiewa "a capella", choć wspomagany jest chórkami i pogłosami. Przy okazji numeru Dance powrócą kontrowersje jeszcze z czasów debiutu, czyli pytanie "jak daleko można w muzyce rockowej posunąć się w kierunku muzyki pop?". Rytmika tutaj jest wybitnie nie rockowa, zresztą to samo mogę powiedzieć o melodiach, więcej tu zapożyczeń od grup typu Alphaville, ale zaraz zaraz... jakimś dziwnym trafem podoba mi się to. Do tego dochodzi przyzwoita solóweczka i już moje pierwotne obawy robią się mało istotne. Fight rozpoczyna się od ostrzejszego riffu, jednak dalej kroku nie dotrzymują mu linie wokalne. Jedna z szybszych pozycji na krążku, zarazem też jedna z prostszych pod względem aranżacyjnym. Do orgazmu wprawdzie nie doprowadzi, mimo to jednak i tak wpadnie w ucho. Z kolei Switchblade Babe startuje z perkusyjnym nabiciem tempa, które jakoś sugerowało mi, że to może być cover słynnego Walk This Way Aerosmith. Zbieg okoliczności, bowiem całościowo piosenka jest zupełnie inna. Podoba mi się tu główny riff wygrywany przez gitarę oraz towarzysząca mu sekcja rytmiczna. Jedynie linie wokalne mogłyby być lepsze (po kilku odsłuchaniach szczęśliwie przestaje się na ten fakt zwracać uwagę), lecz najwidoczniej nie można mieć wszystkiego. Wprawdzie oklepanym patentem, wszak jednak zawsze cieszącym ucho, startuje On The Radio. Chodzi o efekt, jakby dźwięk dochodził gdzieś z radia z sąsiedniego pokoju, czy coś w tym stylu. Dalsza część ścieżki zdradza fascynacje czasami, gdy w eterze królowała płyta Slippery When Wet młodych wówczas chłopaków z Bon Jovi. W zasadzie murowany hit. Kiedyś by taki zmajstrować, trzeba było zawezwać Desmonda Childa do współpracy... Zasadniczą część płyty wieńczy kawałek o tytule Coconuts. Cóż, to taka bardziej wesoła, radosna wersja Van Halena, odegrana na sposób hair metalowy. Może niczego nadzwyczajnego rzecz do wydawnictwa już nie wnosi, ale powinna się spodobać. Brytyjska publiczność z jakiegoś nieznanego mi powodu dostała o jedno nagranie więcej, co jest o tyle dziwne, że przecież ten melancholijny kraj raczej ze słuchania takiej muzy nie słynie. Young N' Crazy jest całkiem solidnym rockerem i nie widzę powodu, który powstrzymał grupę czy wydawcę przed zamieszczeniem go w podstawowym secie krążka.

Reckless Love mile mnie zaskoczyło. Obawiałem się, że pójdą bardziej w pop, a jednak muzycy zdecydowali się nagrać mocno rockowy album. Nie pozostaje teraz nic innego, jak czekać na trzecie studyjne wynurzenie chłopaków z Finlandii, które może być najlepszym dziełem w ich karierze, o ile oczywiście nie spasują i włożą w nie tyle energii i pomysłów, ile włożyli w Animal Atrraction. Tymczasem nic nie stoi na przeszkodzie, by delektować się już wydanym "zwierzęcym urokiem", płytą, którą jak najbardziej polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.recklesslove.com
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/recklessloverocks