Queensrÿche - American Soldier

Queensrÿche - American Soldier

Wydawca: Rhino Entertainment / Atco Records
Rok wydania: 2009

  1. Sliver
  2. Unafraid
  3. Hundred Mile Stare
  4. At 30,000 Ft.
  5. A Dead Man's Words
  6. The Killer
  7. Middle Of Hell
  8. If I Were King
  9. Man Down!
  10. Remember Me
  11. Home Again
  12. The Voice

Skład: Geoff Tate - śpiew, chórki, trąba (rogi); Michael Wilton - gitara prowadząca, gitara akustyczna, gitara rytmiczna; Eddie Jackson - gitara basowa; Scott Rockenfield - perkusja
Gościnnie: Emily Tate - śpiew w [11]; Jason Ames - śpiew w [1, 8]; A.J. Fratto - śpiew w [1]; Vincent Solano - śpiew w [5]; Kelly Gray - dodatkowe partie gitar; Damon Johnson - dodatkowe partie gitar; Randy Gane - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Jason Slater i Kelly Gray

W końcówce lat '80 Queensrÿche było niekwestionowanym liderem w stylistyce łączenia hard rocka z rockiem progresywnym, potem jednak muzycy zaczęli nagrywać coraz mniej melodyjne płyty i zostali zdetronizowani chociażby przez takie grupy jak Fates Warning czy Dream Theater. Później ekipa Tate'a wydawała liczne składanki i koncertówki, w międzyczasie próbując odcinać kupony od swej dawnej sławy i wypuszczając przy tym Operation: Mindcrime II i próbując swych sił w coverach. Na kolejny krążek z autorskim materiałem fani zespołu czekali cztery lata.

Te cztery lata Geoff Tate wykorzystał ponoć na przeprowadzenie wywiadu środowiskowego wśród amerykańskich żołnierzy w związku z kolejnym konceptem, którego wynikiem jest płyta American Soldier. Celem dzieła miało być ukazanie sztuki wojennej z punktu widzenia żołnierza, z pominięciem wszelkiej polityki, bo wiadomo, że amerykańscy żołnierze nie powinni opuszczać swego kraju by dewastować cudze. Żołnierzem był m. in. ojciec Geoffa i kiedyś żona wokalisty zaproponowała mu skomponowanie utworu o jego ojcu. Tate pierwotną formułę rozbudował i przeprowadził wywiady z bohaterami wojen od II Światowej, przez wojnę w Wietnamie, dwie w Zatoce Perskiej itp. Mnie tam za bardzo nie obchodzi, co czuje amerykański żołnierz - jest to najemnik w służbie zawodowej, wykonuje rozkazy za kasę, siłą w kamasze nikt go nie wciąga, wie co robi i musi zdawać sobie sprawę z konsekwencji, że jak wchodzi na cudzy teren w brudnych buciorach (widocznych na zdjęciu), to nie będzie tam mile widziany. Dlatego zajmę się muzyką. Muzycznie jest całkiem nieźle, wprawdzie o powrocie do lat chwały mówić nie można, ale to chyba najbardziej melodyjne dzieło Queensrÿche w ostatniej dekadzie. Brzmienie krążka bardzo przyzwoite, producenci wykonali kawał dobrej roboty i niejedna współczesna kapela może takiego brzmienia pozazdrościć. Pierwsze na krążku Sliver jest całkiem niezłą kompozycją, przewija się w niej przyzwoity riff i kilka innych pomysłów. Trochę zawodzi mnie za to sam Geoff, po kim jak po kim, ale po nim spodziewałbym się znacznie więcej. Kiedyś udowodnił, że stać go na wiele i szkoda, że już mu przeszła ochota na dalsze udowadnianie. O ile zawsze uwielbiałem mówione wstawki w kawałkach Q'ryche, o tyle w Unafraid ich nadmiar zaczął mnie razić. Muzyka została jakby przyciszona, co w połączeniu z tymi wstawkami sprawia wrażenie, jakby w jednym pokoju ktoś słuchał muzyki, a w drugim ktoś inny oglądał stary film w telewizji. OK, taki zespół miał pomysł i go zrealizował, nie wiem tylko, jak się to przełoży na sukces komercyjny. Hundred Mile Stare brzmi jak jakiś kawałek grunge'owy, z tym że zagrany na lepszym brzmieniu i z lepszym wokalistą. Słowem numer zarejestrowany po najmniejszej linii oporu, zupełnie poniżej umiejętności muzyków tworzących tę formację. Trochę wstyd... Na szczęście znacznie lepiej sytuacja przedstawia się w przypadku At 30,000 Ft.. Zero zastrzeżeń do tej piosenki, nawet mimo niezbyt dużej dawki przebojowości. Instrumentaliści spisują się na medal, Geoff wprawdzie specjalnie się jakoś nie popisał, ale jego linie wokalne wyszły całkiem nieźle, nawet jeśli było to posunięcie nieświadome. W zasadzie mój ulubiony numer na tym krążku, bo przypomina mi Queensrÿche z jego najlepszych czasów. Lubię też następujący po nim A Dead Man's Words ze względu na ten specyficzny, tajemniczy i nieco demoniczny klimat, jaki udało się muzykom stworzyć. Szczególnej wirtuozerii tu nie ma, jest za to dobry, solidny pomysł i nadzwyczaj przyzwoite wykonanie. Spadek formy w The Killer, chociaż dna na szczęście numer też nie sięga. Jest najzwyczajniej w świecie przeciętny, uwagi sobą nie przyciąga, ale i w uszy nie kłuje. Niezależnie od tego warto go posłuchać dla niezłej linii basu. Middle Of Hell pod względem muzycznym też nie imponuje, lecz robi dobre wrażenie swoją przestrzennością brzmienia. Najlepiej wypada końcówka utworu, gdzie Tate sięgnął po trąbkę, przez co przypomina to trochę jakiś łagodny jazz. Straszną kaplicą jest If I Were King, słuchacze skłonni do łapania drzemki usną natychmiast. Wokalista śpiewa trochę na nutę country, mimo wszystko jednostajność i wolne tempo kompozycji po prostu usypiają. Wigor powraca w Man Down!, pojawiają się nieco bardziej dynamiczne gitary, no i Geoff też w jakby lepszej formie. Także gitarowa solówka bliższa wymiataniu, chociaż przy tym mało różnorodna. Nadszedł czas na balladę i otrzymujemy od zespołu Remember Me. Nie ma się co oszukiwać, nie dostajemy niczego na miarę pamiętnej Silent Lucidity, ciarki po plecach nam nie przejdą. Jak słychać, w przypadku niektórych kapel nie pomoże nawet zbieranie materiału przez cztery lata. Smutny to fakt, zwłaszcza że rozpatrujemy legendarne Queensrÿche. Lepiej w roli ballady wypada Home Again, bliżej temu do starych klasyków zespołu, ale wciąż bez rewelacji. Płytę zamyka smętnawa kompozycja The Voice, niemniej jednak całkiem przyzwoita. Udanie prezentuje się cała orkiestracja, a nawet zagrywki, które przypominają mi trochę niektóre dokonania U2.

Obok płyty Equilibrium zespołu Balance nowe dzieło Queensrÿche może startować do konkursu w kategorii "najbardziej przereklamowane wydawnictwo roku 2009". Wiele ekscytacji przed premierą, ciepłe przyjęcie prasy i wstępne relacje zagorzałych fanów sprawiły, że bardzo chętnie sięgnąłem po ten krążek spodziewając się drugiego Empire, a w rezultacie zainteresowały mnie tu tylko dwa utwory. Owszem, jest kilka niezłych patentów więcej, porozrzucanych po całej płycie, ale i tak nie zmienia to wcale faktu, że album jest po prostu słaby. Wiele lepszych krążków wyszło w 2009 r.

Oficjalna strona zespołu: www.queensryche.com