
Paul Gilbert - Fuzz Universe
Wydawca: Shrapnel Records / Victor Entertainment / Zoom / Mascot Records
Rok wydania: 2010
- Fuzz Universe
- Olympic
- Count Juan Chutrifo
- Bach Partita In Dm
- Blue Orpheus
- Will My Screen Door Stop Neptune
- Propeller
- Don't Rain On My Firewood
- Plastic Dracula
- Blowtorch
- Mantra The Lawn
- Batter Up
- Leave That Junk Alone [japoński bonus]
Skład: Paul Gilbert - gitary; Craig Martini - gitara basowa; Jeff Bowders - perkusja; Emi Gilbert - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Paul Gilbert
Paul Gilbert to doskonały gitarzysta, dobry kompozytor i do tego niezły zgrywus (wystarczy zobaczyć okładki jego płyt, tytuły utworów i przede wszystkim to, co wyprawiał na instruktażowej kasecie video). Oczywiście wszyscy wiedzą, że sławę przyniosła mu gra w Mr. Big, niektórzy znają go z Racer X, ale mało kto słyszał, że jego babka była Polką. Fakty te są istotne, ale najważniejsze, że premierę miało jego trzecie, całkowicie instrumentalne wydawnictwo solowe.
Zasadniczo Fuzz Universe niczym już chyba nie zaskoczy fanów gitarzysty, w pewien sposób jest to materiał dość podobny do wydanej dwa lata temu udanej płyty Silence Followed By A Deafening Roar, aczkolwiek słychać coraz większe ciągoty ku muzyce fusion. Za wyjątkiem japońskiego utworu bonusowego mamy tu same kompozycje instrumentalne, co mnie akurat odpowiada. Kto już zetknął się z twórczością Paula, wie, że to uznany wymiatacz i tym razem również shreddingu zabraknąć nie może. Gitarzysta słynie z szybkiej gry i bogactwa artykulacyjnego, ale przede wszystkim z niezwykle perfekcyjnie wykonywanego staccato. Mamy to wszystko w otwierającym zestaw, tytułowym numerze Fuzz Universe. Wstęp trochę na miarę nagrań z gatunku fusion, ale kolejnymi riffami Gilbert przypomina o swoim hard rockowym rodowodzie. Całość jest bardzo melodyjna i z pewnością zadowoli nawet najbardziej wybrednych sympatyków wymiatania. Naprawdę miło usłyszeć coś takiego w dzisiejszych czasach, kiedy to większość wykonawców nie dba ani o technikę, ani o walory artystyczne. Przypominają się stare, dobre, "shrapnelowskie" lata. Inną formułę prezentuje natomiast kawałek Olympic. Mniej szybkich temp, jakby więcej uczucia, a to z powodów artykulacyjnych. Pewne momenty ścieżki przywodzą mi na myśl rejony, które eksplorował Steve Vai na swoim krążku Alien Love Secrets, chwilami też jest tu coś z Satrianiego. Sporą rolę odgrywają pogłosy, chociaż trochę brakuje mi tu gitary rytmicznej w tle, które głównie opiera się na partiach pląsającego basu. O tym, że mamy tu całą masę wspaniałych solówek, wspominać chyba nie muszę. Solówka - rzadka rzecz w dzisiejszych czasach, ale nie u Paula Gilberta! W Count Juan Chutrifo wioślarz wspomaga się "kaczuchą" i brzmi to fajnie, choć ciężko uniknąć chwilami skojarzeń z twórczością Jimiego Hendriksa, ale to głównie w pierwszej połowie ścieżki. Dalej całe granie robi się znacznie weselsze i przypomina mi przeróbki utworów z muzyki poważnej, względnie inspirowane nimi figle Gilberta. Mnie to odpowiada i kompletnie nie mam nic przeciwko temu. Zresztą proszę spojrzeć, co mamy dalej. Bach Partita In Dm to właśnie jedna z takich przeróbek. Podziwiam Paula za jego chęć do grania takich rzeczy, bo ślęczenie nad nutami to żmudna praca i trzeba być naprawdę maniakiem, by się za coś takiego zabierać. Nie wiem, co by na to powiedział pan Jan Sebastian, mnie się to wykonanie podoba. Można samemu chwycić za wiosło i potraktować to jako wprawki. Następne w zestawie jest Blue Orpheus skomponowane przez Todda Rundgrena. Sam Paul przyznaje się otwarcie, że jego wykonanie inspirowane jest mocno Satrianim z czasów Not Of This Earth i faktycznie to słychać. Linie melodyczne są utrzymane w podobnej stylistyce, a jednak udało się Gilbertowi utrzymać sobie charakterystyczną artykulację. Z jednej strony łatwo strawny utworek, z drugiej warto wytężyć nieco uwagę i wyłapać różnego rodzaju smaczki. Trafia do mnie i kolejne Will My Screen Door Stop Neptune, artykulacyjne małe dzieło sztuki. Brzmienie pogłosów trochę "vaiowe", staccata nieco na nutę Andy'ego Timmonsa (strasznie niedoceniony gitarzysta, swoją drogą) i oczywiście masa patentów samego Gilberta. Melodycznie bardziej skomplikowany numer od poprzednika, stąd wnioskuję, że nie jest to pozycja dla każdego - ale i nie każdy przecież po ten krążek sięgnie. Propeller ma w sobie coś jazzowego i w istocie rzeczy można ten utwór traktować jako coś z gatunku fusion. Zaskakiwać może początkowe, "dziwne" brzmienie werbla, jakby z innej bajki. Ucho cieszą zagrywki ze środka nagrania, choć do tej pory nie jestem pewien, czy gitarzysta zagrał to na oktawerze, czy są to klawiszowe akordy. Na dobrą sprawę to mało istotne, grunt, że jest fajne. W Don't Rain On My Firewood znów mocno hendriksowo i znów podobne aranże co u Vaia na Alien Love Secrets. Nie mam nic przeciwko takiemu graniu, z tym że uważam, iż jeden taki numer na całym krążku w zupełności by wystarczył. Ale jak ktoś lubi "heńkowe" granie, to pewnie się ucieszy. Rozbawił mnie tytuł Plastic Dracula i w sumie kawałek ma w sobie coś zabawnego. Paul balansuje tutaj gdzieś pomiędzy stylami Satrianiego i Vaia, doprawiając jeszcze podciągnięcia strun efektem Wah-Wah. Melodycznie może bez rewelacji, za to ciekawie wygląda to ze względu na artykulację. Za to masę świetnych melodii będziemy mieć w Blowtorch. Wioślarz udowadnia tutaj, że jego instrument nie ma dla niego żadnych barier, że czuje się jak ryba w wodzie zarówno wtedy, gdy ma grać rockowo i gdy trzeba wysilić wyobraźnię i zagrać w stylu fusion. No i za takie nagrania też cenię Gilberta. W Mantra The Lawn więcej wszędobylskiego bluesa, więc i mniej wymiatania, a więcej feelingu. Pewnych fragmentów nie powstydziłby się chyba Gary Moore. Gdyby dostawić do tego linie wokalne, dałoby się zapewne trafić w gusta szerszej publiczności. Przebojową ścieżką jest bez wątpienia Batter Up, w którym pobrzmiewają dalekie echa takich tuzów instrumentalnego grania jak The Shadows czy The Ventures. Oczywiście tutaj więcej brzmień przesterowanych i przede wszystkim większe użycie ramienia tremolo, ponadto coś z artykulacji wzorowanej na Satrianim. Łatwo też wyodrębnić fragmenty, które mogłyby uchodzić za zwrotki i refreny. Japończycy dostali jeszcze utwór bonusowy w postaci Leave That Junk Alone, cover piosenki Johnny'ego Casha. Bardzo fajne wykonanie tego klasyka, trzeba to przyznać. Wprawdzie dziwnie się go słucha po całej serii numerów rockowo-bluesowo-fusionowych, bo jest w innych klimatach, a mimo to wciąga. Gilbert zachował akcenty w śpiewie znane z oryginalu, ale samą barwą głosu bliżej mu do innego wielkiego muzyka - Elvisa Presleya.
Jak dla mnie rewelacja i jak dotąd najlepsza płyta z gatunku instrumentalnego, gitarowego grania, jakie wyszły w tym roku. Mimo upływu lat Paul Gilbert wciąż w znakomitej formie i w dodatku nagrywa jeden ze swoich najlepszych krążków. Co tu dużo mówić, wioślarz narobił mi apetytu na kolejne wydawnictwo. Obym nie musiał czekać na nie kolejnych dwóch lat. Fanom gitarowego wymiatania oczywiście album polecam.
Oficjalna strona artysty: www.paulgilbert.com