Oliver Weers - Evil's Back

Oliver Weers - Evil's Back

Wydawca: Metal Heaven
Rok wydania: 2011

  1. Intro
  2. Evil's Back
  3. All My Life
  4. Without You
  5. Hero
  6. Need It Bad
  7. Beautiful Rain
  8. Much Too Much
  9. Fighting The Mountains
  10. Devils Chain
  11. Demolition Man
  12. Rainbow Star

Skład: Oliver Weers - śpiew; Laki Ragazas - gitara prowadząca; Anders Bo - gitary; Anders Borre - gitara basowa; Morten Hell Born - perkusja
Gościnnie: Rebecca Armstrong - śpiew w [5]

Produkcja: Anders Borre

Patrząc na to, co już wyszło i obserwując zapowiedzi aż trudno nie zauważyć, że rok 2011 ma szansę obdarzyć słuchaczy sporą dawką wydawnictw klasycznie hard rockowych. W tym roku postanowił też o sobie przypomnieć Oliver Weers, którego niezwykle udany debiutancki album o tytule Get Ready słusznie narobił nieco szumu kilka lat temu. Czy zanosi się na kontynuację tamtego dzieła?

Śpiewający po angielsku wokalista przeprowadził się z Niemczech do Danii, kiedy to w 2000 r. zaproponowała mu pracę jedna z firm w branży IT. Wprawdzie już wcześniej śpiewał na płytach różnych wykonawców, m. in. w grupie Ripe, jednak jego gwiazda zabłysła dopiero około roku 2007 - wtedy okrzyknięto go w Danii "Człowiekiem, który ma głos". Zaczęło się od duńskiej edycji programu "The X-Factor" i jego interpretacji hitu Queen The Show Must Go On, która bardzo spodobała się jurorom. Idąc za ciosem Weers wydał w 2008 r. swój debiutancki solowy krążek o tytule Get Ready - materiał na nim zawarty prezentował dawkę szlachetnego hard rocka. Dodatkowym wabikiem płyty był gościnny udział takich gwiazd jak Søren Andersen (Mike Tramp, Artillery), Tommy Aldridge (Ozzy Osbourne, Whitesnake) i Marco Mendoza (Whitesnake, Thin Lizzy). Oliver zyskiwał coraz większą sławę, zaczął pojawiać się na większych festiwalach w Danii, supportował Mötley Crüe i Whitesnake. Druga płyta zatytułowana Evil's Back ukazuje się dopiero w roku 2011 i... moim zdaniem żadną miarą nie dorównuje wspaniałemu debiutowi. Owszem, są tu pewne przebłyski, jednak jako całość materiał zdaje się być zaledwie poprawnie zagrany i to wszystko. Z początku album wydaje się być OK - ma fajnie wyrysowaną okładkę, Intro też tworzy odpowiedni klimat, wstęp do tytułowego Evil's Back także jest obiecujący. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy wchodzi głos Weersa. Cóż, brzmi on tu jak taka niemrawa kopia Ozzy'ego Osbourne'a, co w moim odczuciu od razu kładzie całą kompozycję na łopatki. Może gdyby linie wokalne były jeszcze jakoś ciekawiej zaaranżowane, przymknąłbym na to oko, może gdyby walnięto tu jakieś wymyślne gitarowe solo, przekonałbym się do tego kawałka. Niestety tak się nie stało. Problem nie znika wraz z All My Life, partie wokalne lecą tak, jakby poprzedni kawałek wcale się nie skończył, oba numery zaczynają się zlewać w jedną nieciekawą całość. Chociaż jest pewna poprawa - jest wreszcie fajna solówka. Album zyskuje na "pałerze" wraz z kolejnym nagraniem Without You. No, trzeba było od tego zacząć płytę, tu znika mój niesmak. Ciekawsze partie gitar i zmieniona maniera wokalna Weersa czynią ten numer słuchalnym. Nawet bas zaczyna interesująco pogrywać. Tu dam kapeli plusa. Hero to piosenka trochę nie w moim typie, ale zyskuje sporo, kiedy dochodzi do refrenu. Gitary nieco modern rockowo w tych refrenach pogrywają, lecz nie rani to zbytnio moich uszu. Gorzej z kompletnie niedopasowanymi do ścieżki zaśpiewami zaproszonej tu panienki. Nawet podoba mi się kompozycja ochrzczona tytułem Need It Bad. Do gitar w zasadzie nie mam żadnych zastrzeżeń, sekcja po prostu robi swoje, wokalista wprawdzie bez rewelacji, jednak grunt że nie psuje odbioru reszty. Potem wchodzi ballada Beautiful Rain. Nic nadzwyczajnego, a mimo to może się podobać, choćby z tego powodu, że Weers śpiewa tu zwyczajnie inaczej niż wcześniej. Much Too Much od razu wpada w ucho, a już tym bardziej, jak ktoś lubi granie w stylu Pink Cream 69, to będzie wniebowzięty. Czemu ten kawałek znalazł się tak daleko na domyślnej liście odtwarzania? Nie ma co biadolić, zawsze można przecież użyć programatora dostępnego w każdej nowoczesnej wieży... Dobra robota, życzyłbym sobie takich utworów więcej. Fighting The Mountains to z kolei rzecz dla sympatyków hard rocka w stylu Black Sabbath, względnie co wolniejszych choć nie tracących na ciężkości kompozycji z solowego repertuaru Ronniego Jamesa Dio. Całkiem ciekawy nastrój tworzy ten kawałek i dobrze. Płyta znów zbierze ode mnie baty za ścieżkę o tytule Devils Chain. Dlaczego jak już krążek zaczął mi się podobać, to znów musi ekipa Weersa zaprezentować utwór bez pomysłu i polotu. O, przepraszam, w środku nagrania zaczyna się coś dziać, mamy jakieś symfoniczno-folkowe wstawki, które są ciekawe. Szkoda, że o głównym szkielecie piosenki nie mogę powiedzieć tego samego. W Demolition Man bardzo fajnie pogrywają gitarki, pewnym choć na szczęście niewielkim zgrzytem są partie wokalne. Jakieś takie niedopracowane melodycznie, dość jednostajne, pospolite. No, panie Weers, jeśli mamy walczyć o pierwszą ligę, to jednak musimy się bardziej postarać. Na marginesie, ten kawałek Japończycy dostali już wcześniej jako bonus do debiutu artysty. Album kończy dość przyzwoite Rainbow Star, które ma być podobno swego rodzaju trybutem dla Ronniego Jamesa Dio. Sęk w tym, że Oliver raz jeszcze brzmi raczej jak Ozzy... To mimo wszystko nieistotne, bo akurat ta ścieżka jest nader udana i powinna spodobać się słuchaczowi już od pierwszego usłyszenia.

Na Evil's Back mamy do czynienia z klasycznym hard rockiem, ale zagranym na bardziej nowoczesną nutę. Może debiut Weersa był zwyczajnie zbyt dobry i dlatego teraz nie jestem w stanie należycie docenić tej płyty? Jedno jest pewne, Get Ready można zakupić w ciemno, skoro jeszcze jest dostępne, a Evil's Back proponuję najpierw posłuchać, a potem ewentualnie brać na własne ryzyko.

Oficjalna strona artysty: www.oliverweers.com