Julian Angel's Beautiful Beast - Adult Oriented Candy

Julian Angel's Beautiful Beast - Adult Oriented Candy

Wydawca: Rockload / G.T.O. Entertainment
Rok wydania: 2011

  1. Showdown
  2. Do You Want It
  3. Ride With The Wild One
  4. Tokyo Nights
  5. Juvenile Affair
  6. Oh Valerie
  7. Save My Heart
  8. Rock All Arenas (Born To Rock)
  9. Wild Tonight
  10. Still I Dream Of You
  11. Singer And Guitarist In A Hair Band

Skład: Julian Angel - śpiew, gitary; Frank Mc Douglas - gitara basowa, instrumenty klawiszowe, chórki; Ro Lee (Roland Jahoda) - perkusja, chórki

Produkcja: Julian Angel

Płyta zanim jeszcze wyszła, miała dobre "Public Relations". Zgodnie z zapowiedzią miał to być hair metal szlachetnej próby, dokładnie taki, jakim był w roku 1989, czyli czasach swej największej świetności. Chwytliwe refreny, wirtuozyjne solówki, piorunujące partie perkusji. I w zasadzie takie właśnie jest dzieło Adult Oriented Rock niemieckiej ekipy Beautiful Beast.

W ostatnich latach powraca moda na hair metal, choć może w trochę "nieśmiały" sposób i jakby z podziemia. Taką muzykę wydają obecnie z jednej strony na zupełnie poważnie choćby Steevi Jaimz, lub z drugiej strony kompletnie niepoważnie np. żartownisie ze Steel Panther. I wszystko jest OK. Czymś pomiędzy, czyli pół żartem / pół serio jest dowodzone przez gitarzystę i zarazem wokalistę Juliana Angela niemieckie Beautiful Beast. Debiutancki album o tytule Adult Oriented Candy ukazał się z opóźnieniem spowodowanym złym stanem zdrowia miksującego materiał Rolfa Munkesa (Empire, Tony Martin Band), ale w końcu jest. Byłem z góry pozytywnie nastawiony do tego wydawnictwa z kilku powodów, które już spieszę wymienić. Mianowicie, sama nazwa zespołu już brzmi zachęcająco - z nazwiskiem lidera w szyldzie musi kojarzyć się z tak udanymi projektami jak Ritchie Blackmore's Rainbow, Yngwie J. Malmsteen's Rising Force, czy z tymi najnowszymi jak Arthur Falcone' Stargazer i Alex Beyrodt's Voodoo Circle. Jak ktoś w tej branży wrzuca na afisz swoje nazwisko, to do czegoś to zobowiązuje. Druga sprawa to kolorystyka okładki krążka i żartobliwe elementy w okolicach jej centrum ;) (aż dziwne, że Steel Panther nie wpadło na coś takiego, a przypomnę, że i na warrantowym Cherry Pie we wkładce mieliśmy podobny motyw). To od razu kojarzy się z hair metalem. Trzecia rzecz to sama zapowiedź płyty, o której już wspomniałem. Hasło "wirtuozyjne solówki" działa na mnie jak magnes... Muzycznie mamy tu mieszankę hard rocka, melodyjnego hair metalu i AOR-u, lider zespołu wspominał zresztą, że czas dla niego zatrzymał się w 1989 r. i wciąż w jego walkmanie pobrzmiewają nuty takich wykonawców jak Dokken, Bon Jovi i Autograph. Może zanim zacznę opisywać poszczególne kawałki, nieco wiadomości o tworzących projekt muzykach. Wokalista i gitarzysta Julian Angel ma na swoim koncie dwie solowe płyty, nominację do German Rock Awards w kategorii "najlepszy gitarzysta" oraz współpracę z hollywódzkimi wydawcami, skomponował też muzykę do promocyjnej reklamy American Express. Basista Frank Mc Douglas zanim sięgnął po basówkę, był klasycznie wykształconym pianistą, zresztą do tej pory jest sesyjnym klawiszowcem, pracuje też jako inżynier dźwięku w południowych Niemczech. Wspomniani dwaj muzycy współpracowali już ze sobą przy okazji różnych muzycznych projektów w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Trzeci element tej układanki to perkusista Ro Lee, dotąd parający się szybszym i ostrzejszym metalem, grał m. in. w grupie Paradox, w ramach "endorsementu" reklamuje perkusyjne talerze Orion Cymbals na różnych targach. Lee dołączył do Juliana i Franka pięć lat temu. Formalnościom stało się zadość, zatem przyjrzyjmy się samym utworom. Album startuje dość dynamicznym Showdown. Dużo gitarowej pirotechniki, co mnie bardzo odpowiada, faktycznie też mamy hair metal. Trochę wczesnego Lillian Axe, Ratt, może nawet nieco z Van Halena i innych załóg. Z początku nie bardzo podobał mi się głos Juliana, ale dość szybko się do niego przyzwyczaiłem. W każdym bądź razie uważam, że dużo lepszy z niego gitarzysta niż wokalista. Do You Want It startuje w stylu Def Leppard, potem trochę łamańców na wzór Extreme, ale i sporo z Danger Danger można tu odnaleźć. Czy trzeba lepszej rekomendacji? Nie rozczarowuje utrzymane w podbitym tempie Ride With The Wild One, gdzie fajnie łączą się partie gitar i instrumentów klawiszowych. Mimo sporej "gitarowości" ścieżki, łatwo zauważyć podobieństwa do różnorakich kapel AOR-owych. Jak zwykle techniczna i melodyjna solówka - tak trzymać! Musi się podobać kolejne w zestawie Tokyo Nights, zwłaszcza jak ktoś lubi utwory w rytmice Dokken i uwielbia AOR-owe wstawki w stylu Aviatora czy Diving For Pearls, z nowszych rzeczy względnie Marcello/Vestry. Na brak melodii absolutnie narzekać nie można, bo raz jeszcze spełnia się obietnica z przedpremierowej zapowiedzi wydawnictwa. W Juvenile Affair łączą się wpływy Lillian Axe, Poison i Journey - taki udany miks AOR-u z glamem i melodyjnym hard rockiem. Wokalnie głos Juliana plasuje się gdzieś między Tedem Poleyem a Steevim Jaimzem. Śpiew "a capella" rozpoczyna następną pozycję z setu, piosenkę Oh Valerie. Z całego zestawu ta kompozycja podoba mi się najmniej, może dlatego, że jest strukturalnie najprostsza, najmniej w niej kombinowania, no i nie ma już takiej pirotechniki jak wcześniej (chociaż solówka nadzwyczaj przyzwoita i z pewnością trzyma wysoki poziom). Nadszedł czas na powerballadę o tytule Save My Heart. Piosenka ma klimat lat '80, z miejsca powinna spodobać się sympatykom gatunku i ich panienkom. Stylistycznie najbliżej temu chyba do ballad Bonfire, ale jest i coś z Dokken, a nawet... Hammerfalla! Otwierający Rock All Arenas (Born To Rock) riff przywodzi mi na myśl niektóre zagrywki z trzeciej płyty Lillian Axe, względnie co niektóre patenty Axella Rudiego Pella, natomiast dalsza część ścieżki, kiedy wchodzą wokale, kojarzy mi się z Overnight Sensation Firehouse (plus jakieś dodatki z Danger Danger). Numer zdecydowanie szybszy i bardziej dynamiczny. Wild Tonight to z kolei wpół ballada, po części rocker. Chyba ze względu na sposób śpiewania wokalisty i jego barwę głosu tutaj na myśl od razu przychodzi mi Alice Cooper z czasów pomiędzy Constrictorem a płytą Trash. Jak by nie było, również rzecz warta polecenia maniakom hair metalu. W Still I Dream Of You wyczuwa się przemożny wpływ Def Leppard i wszelkich ich naśladowców. Kompozycja raczej spokojniejsza, można się do niej delikatnie pokołysać. Tu też nie ma wpadek. Singer And Guitarist In A Hair Band - ach, cóż to za tytuł, pomyślałem sobie od razu. Tym razem grupa gra bardziej rock'n'rollowo, z jednej strony sporo tu podobieństw do kapel sleaze'owych, z drugiej jest i coś z wczesnego Warranta. Fajnie zaaranżowano chórki - gdzieś już słyszałem coś podobnego, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć, gdzie.

Faktycznie, krążek brzmi, jakby został nagrany w 1989 r. Cieszy fakt, iż przedpremierowe zapowiedzi się sprawdziły. Dobry hair metal łączący w sobie cechy stylów Def Leppard, Danger Danger, Bonfire, Dokken, Alice Coopera, Firehouse i Lillian Axe. Album ma spore szanse znaleźć się w moim Top 10 roku 2011. Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.beautifulbeastrock.com