
Nazareth - Big Dogz
Wydawca: Edel Records / Eagle Rock
Rok wydania: 2011
- Big Dog's Gonna Howl
- Claimed
- No Mean Monster
- When Jesus Comes To Save The World Again
- Radio
- Time And Tide
- Lifeboat
- The Toast
- Watch Your Back
- Butterfly
- Sleeptalker
- Big Boy (acoustic)
- Simple Solution (acoustic)
- My White Bicycle (acoustic)
- Love Hurts (acoustic)
- Open Up Woman (acoustic)
Skład: Dan McCafferty - śpiew; Jimmy Murrison - gitara; Pete Agnew - gitara basowa; Lee Agnew - perkusja
Produkcja: Jimmy Murrison i Yann Rouiller
"Mówi się, że nie można nauczyć starego psa nowych sztuczek, ale po nagraniu nowego albumu nie zgadzam się z tą opinią. Mamy tu trochę smakowitych kości!" - reklamował kolejne dzieło Nazareth basista Pete Agnew. A my, jak psy wygłodniałe po udanej płycie The Newz, postanowiliśmy sprawdzić, jak te kości smakują...
Jakich to nowych sztuczek chcą się uczyć "stare psy" z Nazareth? Wydawnictwo The Newz z 2008 r. spotkało się z przychylną krytyką recenzentów i zostało dobrze przyjęte przez fanów. Z jednej strony stary styl, z drugiej jednak dopracowane w szczegółach brzmienie. Tym razem Szkoci postanowili zrobić tzw. "szczery album", bez żadnych studyjnych nakładek, nagrany na tzw. "stówę", czyli po prostu weszli do studia i nagrali wszystko na żywo, bez żadnych sztucznych upiększeń i z dużym naciskiem na spontaniczność. Grupa chciała przywrócić prawdziwego ducha rock'n'rolla. Big Dog's Gonna Howl może świadczyć, że zamierzenie chyba się szkockiej ekipie udało. Brzmienie utworu faktycznie wydaje się dość surowe, ale przy tym jest i tak dość przyzwoite. Przy pierwszym kontakcie piosenka wydała mi się taka sobie, może oczekiwałem większej przebojowości, ale przekonałem się do niej już przy kolejnym podejściu, kiedy po prostu podkręciłem ją głośniej. Dan śpiewa z taką samą manierą jak dawniej (warto posłuchać i już będzie wiadomo, na kim wzorował się Axl Rose z Gunsów), za co pewnie u fanów dostanie plusa, reszta muzyków też robi, co do nich należy (fajnie, transowo pulsuje chociażby bas). Claimed to też klasyczny hard rock, nawet mogący się chwilami kojarzyć z dokonaniami Deep Purple i Black Sabbath. Nie podchodzą mi tu jakoś partie wokalne, aczkolwiek pewnie sympatykom zespołu przypadnie to do gustu. Gdyby formacja jednak zdecydowała się w studiu podciągnąć to i owo, z pewnością zabrzmiałoby to lepiej. W No Mean Monster McCafferty gardła nie zamierza oszczędzać, a i linie melodyczne ścieżki wydają się być nader przebojowe, mimo iż są miejscami mrocznawe. Chwilami wokalizy Dana kojarzą mi się z możliwościami głosowymi ś.p. Ronniego Jamesa Dio i w sumie poczytuję to na plus. When Jesus Comes To Save The World Again może zrażać nieco przydługim tytułem, lecz z pewnością nie zawartością muzyczną. Mamy tu smutnawą balladę, bardzo daleką stylistycznie od typowych pościelówek, co nie znaczy, że gorszą. Może bez żadnych fajerwerków, za to z odpowiednim nastrojem i ma to swój urok. Głos wokalisty przywodzi mi jakoś tym razem na myśl śpiew Alice Coopera. Zresztą Dan zmienia się na tym wydawnictwie jak kameleon, bo np. w kawałku Radio dla odmiany ustawiłbym go gdzieś między Dio a Biffem Byfordem. Sama piosenka jest jak najbardziej rockowa, chociaż pewnego rodzaju patenty i aranżacje zbliżają ją także do muzyki country. Z tym gatunkiem grupa flirtowała już nie raz, więc żadna to niespodzianka, za to z pewnością dzięki takim ścieżkom łatwiej będzie Szkotom odnieść komercyjny sukces po drugiej stronie oceanu. Zresztą w kolejnym nagraniu, Time And Tide, też muzycy nie zamierzają dawać czadu, zamiast tego koncentrują się na graniu jakby bardziej nastawionym na wykonanie na stadionach (określenie "arena rock" dobrze by tu pasowało). Dość spokojna, klimatyczna kompozycja, może nie jakoś wybitnie przebojowa, lecz miła dla ucha. Kto czekał na rockera, dostaje Lifeboat. To już bardziej typowy dla Nazareth numer, który mógłby się znaleźć na poprzednim wydawnictwie, gdyby był bardziej studyjnie dopieszczony. Ale ta jego surowość niczego mu nijak nie ujmuje i jestem pewien, że zagorzali fani tej szkockiej kapeli będą w stu procentach usatysfakcjonowani. Gdyby dodać tu klawisze i tempo uczynić nieco dynamiczniejszym, zapewne dałoby się z tego zrobić hit. Przebojowym nagraniem jest rock'n'rollowe The Toast. Rozpoczyna się ono od toastowego przemówienia, a dalej mamy nutki, do których można się śmiało pobujać. Ciekawe rozwiązania wokalne. Warto zauważyć, że od samego początku albumu zespół stara się jak może, by urozmaicić nam stylistycznie listę utworów. Watch Your Back powinni szczególnie pokochać słuchacze, którzy uwielbiają stare, klasyczne krążki formacji. Numer brzmi tak, jakby został skomponowany i nagrany w latach '70, daję słowo. Wiadomo, że zapewne panowie nie sięgnęli po stary sprzęt z tamtych czasów, ale jakiejś większej różnicy z tego powodu nie słychać. To po prostu solidna dawka porządnego hard rocka. Interesującą balladą jest Butterfly. Fajnie wypada tutaj głos McCafferty'ego, który tym razem umiejscowiłbym gdzieś pomiędzy już wspomnianym Cooperem a Jonem Olivą z Savatage. W sumie samo brzmienie ballady też jakoś kojarzy mi się z ekipą Jona... Krążek zamyka dość dynamiczny kawałek o tytule Sleeptalker, gdzie zespołowi udało się uchwycić taką energię, iż jakiekolwiek nakładki studyjne były po prostu zbyteczne. Numer dopracowany od początku do końca i nie potrzebujący żadnej dodatkowej kosmetyki. Mimo iż nie ma tu niczego skomplikowanego, bo w prostocie tkwi tu siła, piosenka od razu mi się spodobała i gdybym to ja miał wybierać kandydata na singla promującego wydawnictwo, wskazałbym właśnie to nagranie.
Materiał skomponowany w Pradze i zagrany w sposób surowy też ma swój urok. Spodziewałem się wprawdzie czegoś bardziej podobnego do The Newz, ale i tak tutejsze kompozycje są miłą niespodzianką. Fani klasycznych płyt Nazareth mogą w zasadzie zakupić krążek w ciemno. Fani hard rocka też powinni się z dziełem weteranów tego gatunku zapoznać.
Oficjalna strona zespołu: www.nazarethdirect.co.uk