
Motörhead - Motörizer
Wydawca: Steamhammer / SPV
Rok wydania: 2008
- Runaround Man
- (Teach You How To) Sing The Blues
- When The Eagle Screams
- Rock Out
- One Short Life
- Buried Alive
- English Rose
- Back On The Chain
- Heroes
- Time Is Right
- The Thousand Names Of God
Skład: Lemmy - śpiew, gitara basowa; Phil Campbell - gitara elektryczna, chórki; Mikkey Dee - perkusja
Produkcja: Cameron Webb
Motörizer to podobno 24 z kolei, a 19 studyjny album w dyskografii Motörhead. Piszę podobno, bo nigdy nie był to zespół, który bym jakoś uwielbiał, czy choćby lubił. Płyciarnię tej legendy znam dość pobieżnie, raptem dwa klasyczne krążki z początku lat '80, do tego 1916 oraz oczywiście najnowsze dzieło ekipy Lemmy'ego. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Raz, że muzyka grupy zawsze bardziej przypominała mi punk rocka niż hard rocka z lat '80, jakim go lubię najbardziej, dwa, że brzmienie chłopaki mieli jak dla mnie zbyt chropowate i wreszcie trzeci powód - wypowiedzi lidera odnośnie jego stosunku do tworzenia muzyki samej w sobie. Dla niego liczy się typowo rock'n'rollowe podejście do sprawy, czyli zabawa (panienki, alkohol, motory), ja jednak wolę perfekcjonizm w wykonaniu i krążki o zróżnicowanym zestawie nagrań. Niemniej jednak płyta zaskakuje.
Powyższy wywód nie znaczy, że twórczość Iana "Lemmy'ego" Kilmistera i jego kolegów była bezwartościowa. Wręcz przeciwnie, jest to jakiś rodzaj klasyki i wielu z moich idoli powoływało się na inspiracje muzyką Motörhead, a klasykę trzeba szanować. Inna sprawa, że wszystko wcześniej czy później się nudzi i trzeba czasem sięgnąć po coś innego od tego, czego słucha się na co dzień. Motörizer dobrze się do tego nadaje, muzyka to wprawdzie dość surowa, ale już nie tak jak wczesne krążki grupy, nawet zdążyłem się przyzwyczaić do barwy głosu Lemmy'ego, brzmienie instrumentów też jest całkiem strawne. Krążek zaczyna się żywiołowo od utworu Runaround Man, dynamicznej kompozycji, która na koncercie musi eksplodować jak wulkan. Z jednej strony początek brzmieniowo przypomina mi nieco industrialne klimaty Ministry z czasów "Psalmu", ale i nie brak tu klasycznego Motörhead z epoki chociażby Ace Of Spades czy Iron Fist. Lemmy wiele razy podkreślał, że dla niego rock'n'roll nie dzieli się na żadne gatunki i faktycznie tutaj mamy typowo rollowe rytmy. Nawet solówki niedaleko odbiegają od klasycznej formuły, jaką mogliśmy usłyszeć u Chucka Berry'ego. (Teach You How To) Sing The Blues to dość przekorny tytuł i z bluesem nie ma zbyt wiele wspólnego, prędzej podobieństw można się tu doszukać do Metalliki z czasów "Lightning", a konkretnie do jednego z riffów w kawałku Creepeing Death, zagranego w nieco odmiennej rytmice. Jak dla mnie, to tym numerem banda Lemmy'ego wręcz masakruje wszystkie te nowe hard rockowe kapelki pokroju Lordi czy Wig Wam i jak tak dalej pójdzie, to kupię sobie Harleya i stanę się fanem Motörhead. Fanów ekipy Ulricha powinien usatysfakcjonować także kolejny When The Eagle Screams, teraz to niemal cytaty z "Zabij Ich Wszystkich". Trzecia ścieżka i trzeci przebój. Rock Out mógłby być klasykiem zespołu, bo posiada wszystkie te cechy, jakie miały starsze kompozycje kapeli - jest dość krótki, dynamiczny, skoczny i dobrze się go słucha. Znów na myśl przychodzą dobrze mi znane Iron Fist i Ace Of Spades. Takie typowe dla tego zespołu pomieszanie punkowej energii z szybciej zagranymi hard rockowymi riffami, z przeznaczeniem na koncertowy headbanging. Dalej mamy One Short Life, czyli coś, co mnie zaskoczyło. To nagranie przypomina mi styl gry obrany przez Black Label Society, czyli granie raczej ciężkie niż szybkie. Pełno brudu, ale ma to swój urok, spodobać powinno się też fanom ostatniego Osbourne'a. Powrót do tradycyjnej stylistyki wraz z Buried Alive. Czytałem kilka recenzji tego krążka i w niektórych z nich recenzenci podniecali się własnie tym numerem, zupełnie nie wiem, dlaczego. Utwór odstaje znacznie od poprzedników, może więc jest to jakiś sentyment za starymi czasami, bo ten kawałek jest im chyba najbliższy. Cóż, mojego gustu nie podbił. W English Rose najbardziej podoba mi się refren wybijający się ponad tę sleazowo-garażową kompozycję. Jest w tym jakaś przebojowość, a do tego jeszcze Lemmy śpiewa tak, jakby długie lata nie miały żadnego wpływu na jego gardło. Wracamy na motor. Back On The Chain ma w sobie coś z klasycznego Deep Purple, z jakąś domieszką Steppenwolf, tylko wokalista wyłamuje się ze schematu i po swojemu prowadzi linie melodyczne. Ciekawie wypada Heroes. Jest taki moment, że gdyby Lemmy nie miał tej chrypki, to jego wokale brzmiałyby jak patetyczny power metal. Zgrzeszyłbym, gdybym nie wspomniał o tutejszej solówce, która jest po prostu znakomita, tak więc punkt więcej dla kapeli. Chłopaki zmieniają się jak kameleon, kto by się spodziewał, że na płycie usłyszy tak wyraźne nawiązania do Iron Maiden. Tak, to nie pomyłka, nawet nieszczególnie wprawne ucho wysłyszy z pewnością kilka pomysłów zapożyczonych z Two Minutes To Midnight. To niesamowite, że taki klimat udało się zespołowi uzyskać mając tylko trzech członków w składzie. Początek kończącego album The Thousand Names Of God żywo przypomina dokonania słynnych Teksańczyków z ZZ Top, ale dalej rytmy już bliższe są nie mniej słynnemu riffowi z Paranoid Sabbathów, tyle tylko, że o ile tam melodia szła dość liniowo, tu jest bardziej skoczna. Doskonałe zamknięcie dzieła.
Przy pierwszym przesłuchaniu miałem jeszcze wątpliwości, ale po kilku kolejnych odsłuchach wątpliwości już nie mam. Spośród wszystkich płyt Motörhead, jakie słyszałem, to zdecydowanie najlepsza pozycja zespołu, a kto wie, czy i nie najlepsza w całej jego dyskografii. Wygląda na to, że będę sięgał po nią częściej, niż myślałem. Nie chciałbym zapeszać, ale zapowiada się, że w tym roku i klasyczny hard rock może wrócić do łask. Obok tegorocznych wydawnictw Uriah Heep i Nazareth ten album jest jednym z krążków najbardziej godnych uwagi z tego gatunku.
Oficjalna strona zespołu: www.imotorhead.com