
Mötley Crüe - Generation Swine
Wydawca: Elektra / Asylum / Beyond Records / Hip-O Records / PolyGram
Rok wydania: 1997
- Find Myself
- Afraid
- Flush
- Generation Swine
- Confessions
- Beauty
- Glitter
- Anybody Out There
- Let Us Prey
- Rocketship
- A Rat Like Me
- Shout At The Devil '97
- Brandon
- Afraid [Swine Mix/Jimbo Mix] [bonus w edycji remasterowanej]
- Wreck Me [bonus w edycji remasterowanej]
- Kiss The Sky [bonus w edycji remasterowanej]
- Rocketship [early demo] [bonus w edycji remasterowanej]
- Confessions [demo version w/ Tommy vocal] [bonus w edycji remasterowanej]
- Afraid [Video] [bonus w edycji remasterowanej]
- Song To Slit Your Wrist By [japoński bonus track]
Skład: Vince Neil - śpiew; Mick Mars - gitary, chórki; Nikki Sixx - gitara basowa, chórki, śpiew w [1, 10]; Tommy Lee - perkusja, pianino, chórki, śpiew w [6, 13]
Gościnnie: John Corabi - gitara rytmiczna, chórki; David Darling - gitara rytmiczna; Suzie Katayama - wiolonczela; Bennet Salve - aranżacje smyczkowe; David Paich - pianino, klawesyn; Scott Humphrey - syntezatory, programowanie komputerowe, chórki; Rick Nielsen - chórki w [7]; Robin Zander - chórki w [7]
Produkcja: Scott Humphrey, Nikki Sixx i Tommy Lee
Pamiętam, jak skuszony znaną nazwą zespołu i zaintrygowany jakże sugestywną okładką sięgnąłem w 1997 r. po kolejne dziecko Mötley Crüe, mianowicie płytę Generation Swine. Przy pierwszym starciu przeżyłem ostry zawód, bo krążek w niczym nie przypominał już znanych mi i lubianych albumów Dr. Feelgood i Girls Girls Girls. Kilka lat później postanowiłem dać mu szansę ponownie, ale znów się do niego nie przekonałem. Przede mną trzecie podejście...
Jak pamiętamy, w początkach lat '90 XX wieku szeregi Motleyów opuścił wokalista Vince Neil (czy to na własne życzenie, czy też wyrzucony - tego nikt nie wie) i na kolejnym albumie studyjnym zaśpiewał John Corabi. Zmieniła się nieco muzyka, ale wciąż była to dobra płyta. Zespół i jego management nie byli zadowoleni ze sprzedaży tego "samozatytułowanego" krążka, a po naradach managerów postanowiono ponownie postawić Neila za mikrofonem. Myliłby się jednak ten, kto sądził, że grupa tym samym powróci do tworzenia muzyki takiej jak na Dr. Feelgood, tak jak i ja się pomyliłem. Zamiast tego skandaliści postanowili mocno poeksperymentować z rockiem alternatywnym i elektronicznym, może nawet z coraz bardziej popularnym nu metalem. Pierwszą pozycją w zestawie jest Find Myself, które na myśl od razu podsuwa mi klimaty a'la Deftones, tak więc jest dość nowocześnie. Najpierw cytat z jakiejś kreskówki, a potem rusza ciężkim riffem kawałek będący raczej wolnym, ewentualnie co najwyżej w średnim tempie. Wpleciono tu wiele krzyków, a same teksty w znacznej części są raczej mówione niż śpiewane. Nawet mi się to podoba. Warto dodać, że główne partie wokalne obsłużył tu Nikki Sixx, a Vince pojawia się w tle. Afraid było pierwszym singlem z krążka i zobrazowane zostało teledyskiem. Muzycznie mamy do czynienia z alternatywą, ale w śpiewie występuje już więcej melodii. Gdyby tak zapomnieć o tym, co Mötley Crüe grało wcześniej, uczciwie trzeba przyznać, że to nawet całkiem niezły numer. Po kilku odsłuchach spodobać może się spodobać i niezbyt skomplikowane, także wolne Flush. Wiadomo, utwór celuje w specyficzną publikę. Trafi w gusta fanów Placebo, Therapy?, a zapewne i Marilyna Mansona oraz sympatyków kapel industrialnych. Tytułowe Generation Swine ma w sobie dużo z punk rocka. Nie są to moje klimaty, za proste granie. Mamy tu nawet solówkę, ale od razu uprzedzę, że do tych z klasycznych płyt nie ma ona nawet startu. Z kolei w Confessions ekipa Sixxa postanowiła pokazać światu, że potrafi grać grunge. Generalnie nie przepadam za słynnymi dźwiękami ze Seattle, jednak kilka grup mi się podoba (by wspomnieć choćby "elitarne" jak na tę muzę Soundgarden) i od razu powiem, że Motleyom w tych szatach jest mocno nie do twarzy. Za to duży skok jakościowy mamy w drugim singlu zatytułowanym Beauty, gdzie dłuższe partie zaśpiewał Tommy Lee. W zwrotkach to rasowy rocker, niestety refreny niedomagają, no i industrialne wokale pod koniec ścieżki też mogą pozostawić po sobie pewien niesmak. W połowie numeru wchodzi solówka przypominająca dokonania Bon Jovi z ostatniego dziesięciolecia (czyli te bardziej modern rockowe). W Glitter pojawia się coś, co ja nazywam elektroniką taneczną. Jest to właściwie ballada, w której zdecydowano się na zamianę gitar akustycznych na syntezatory. Wbrew pozorom nie razi to jakoś szczególnie ucha (poza solówką brzmiącą jak bzyczenie pszczoły) , a nawet muszę rzec, że po kilku przesłuchaniach łatwo jest tę piosenkę polubić. Anybody Out There to najszybszy numer na płycie i przede wszystkim najbardziej rock'n'rollowy. Neilowi udało się tu zaśpiewać bardzo melodyjnie, jak za starych dobrych czasów, no i przede wszystkim od razu słychać, że naprawdę tym razem gra "prawdziwe" Mötley Crüe. Pamiętacie taki kawałek Megadeth o tytule Train Of Consequences?. Utrzymany był on w rytmice jadącej lokomotywy i Motleye zrobili właśnie coś podobnego w Let Us Prey, tyle że w cięższej wersji. Może na kolana nie rzuca, ale jest naprawdę niezłe. Rocketship to ballada z Sixxem za mikrofonem, już bardziej typowa, oparta o gitary akustyczne. Melodie są całkiem udane, przyczepiłbym się jednak do tych wokali, które wydają się pochodzić z zupełnie innej bajki. Na marginesie, numer ten skomponował Nikki dla swojej ówczesnej dziewczyny, modelki Donny D'Errico. A Rat Like Me to próba połączenia hard rocka z rockiem alternatywnym. Przy pierwszym kontakcie nie zachwyca, ale po kilku bataliach odsłuchowych nawet ujdzie. Nie będę się nad tą ścieżką szczególnie rozpisywał, bo w sumie nie za bardzo jest nad czym (może tylko nad tym, że głos Neila nadzwyczaj dobrze się tu wpasował i przypomina nieco Alice Coopera). Dalej mamy Shout At The Devil '97, czyli słynny przebój Crue w nowej wersji i muszę stwierdzić, że w nowej odsłonie numer ten nabrał potęgi. Wydaje się bardziej skoczny i bardziej energiczny/energetyczny. Brzmi trochę, jakby zabrało się za niego Faith No More w jakimś garażu i po flaszce whisky, ale efekt finalny jest jak najbardziej pozytywny. Brandon to taka nieco beatlesowska ballada z towarzyszeniem pianina, poświęcona pierwszemu synowi Tommy'ego Lee i Pameli Anderson. Zaśpiewał tu zresztą sam Tommy, a sama ballada jest niczego sobie. Dodatkowego smaczku dodaje użycie wiolonczeli. W remasterowanej edycji krążka dostajemy jeszcze kilka nagrań, których nie było na mojej kasetowej wersji. Afraid w innym miksie posiada nieco inne brzmienie. Wreck Me to z kolei kawałek wcześniej niepublikowany i szkoda, że zdecydowano się go jednak opublikować, bo to największy gniot na całym albumie. Najlepiej potraktować go skipem. Kiss The Sky to też coś z niepublikowanych numerów, ale dla odmiany bardzo dobre i warto posłuchać go kilka razy, by je należycie docenić. Trochę wolniejszego rock'n'rolla pomieszanego z country, lecz granego na przesterze. Rocketship we wczesnej wersji demo różni się od nagrania finalnego bardziej skromnymi podkładami (jest po prostu mniej elementów w tle). Finalna wersja Confessions nie przekonała mnie do siebie i próbka demo również mnie nie przekonuje, ale wydaje mi się ciut lepsza od tego, co poszło do normalnego setu. Zawsze to jakieś światełko w tunelu.
Generation Swine nie sprzedało się zbyt dobrze jak na tamte czasy i Mötley Crüe wkrótce rozstało się z wytwórnią Elektra, zakładając później własną. Większość fanów zespołu tej płyty nie lubi i powód tego jest oczywisty - zupełnie inny styl grania niż wcześniej. Też plułem na "generację świń" i unikałem jej całymi latami, ale muszę przyznać, że w końcu polubiłem ten krążek. Kto pozbawiony jest uprzedzeń i ma otwarty umysł niech sięgnie po niego... bo w sumie warto.
Oficjalna strona zespołu: www.motley.com