Black Stone Cherry - Magic Mountain

Black Stone Cherry - Magic Mountain

Wydawca: Roadrunner Records
Rok wydania: 2014

  1. Holding On... To Letting Go
  2. Peace Pipe
  3. Bad Luck & Hard Love
  4. Me And Mary Jane
  5. Runaway
  6. Magic Mountain
  7. Never Surrender
  8. Blow My Mind
  9. Sometimes
  10. Fiesta Del Fuego
  11. Dance Girl
  12. Hollywood In Kentucky
  13. Remember Me
  14. Leave Your World Behind [BestBuy bonus track]
  15. Revolutionize [BestBuy bonus track]

Skład: Chris Robertson - śpiew, gitara rytmiczna, gitara slide; Ben Wells - gitara rytmiczna, gitara prowadząca, chórki; Jon Lawhon - gitara basowa, chórki; John Fred Young - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki

Produkcja: "Evil" Joe Barresi

Black Stone Cherry zadebiutowało cholernie dobrym albumem, a potem nagrało jeszcze dwa całkiem udane krążki. "Between The Devill..." otrzymał mniej przychylną prasę od dwóch poprzedników, ale mi się również podobał, chociaż na krążku znalazło się moim zdaniem zbyt dużo kompozycji o charakterze balladowym (chwyt komercyjny?). Po trzech latach dostajemy Magic Mountain, które ma być ponoć klimatem zbliżone do pierwszych dwóch wydawnictw. Zobaczmy, czy tak jest w rzeczywistości.

Nowe dzieło ekipy z Edmonton wyprodukował tym razem Joe Barresi, znany ze współpracy z Soundgarden, Tool, Nine Inch Nails, Chevelle i Queens Of The Stone Age, co mnie nie napawa optymizmem, zwłaszcza że z wymienionych trafia do mnie tylko Soundgarden... Skład grupy pozostał jednak ten sam, a w dzisiejszych czasach czas w muzyce płynie raczej powoli, więc raczej obaw o zmianę stylu nie należy żywić. Perkusista zespołu wspomina w jednym z wywiadów, że na nowej płycie muzycy chcieli uchwycić ducha swoich występów na żywo, co też jest dobrym znakiem, bo ten rodzaj muzy faktycznie wypada najlepiej podczas koncertów. Seria sprzężeń zwrotnych, kilka uderzeń w blachy i startuje dość energiczny rocker Holding On... To Letting Go z brzmieniem bardzo typowym dla Black Stone Cherry. Uff! Wszystko tu jest bardzo rozpoznawalne, mamy znany już metal mocno przyprawiony southernowym sosem. Myślę, że nawet fani Hendrixa, jak tylko zdzierżą to mocniejsze, ostrzejsze brzmienie, mogą tu znaleźć coś dla siebie. Mi najbardziej odpowiada druga połowa numeru, od momentu zwiastującego nadejście solówki. Peace Pipe zapuszcza się w inne rejony, tak jakby Red Hot Chilli Peppers spotkało się gdzieś za rogiem z Soundgarden, a może nawet z Alice In Chains. Nawet nieźle to wypada, zwłaszcza w tych chwilach, gdy tych Chilli Peppers jest mniej. Linie wokalne mogłyby być lepiej zaaranżowane, ale nie ma co narzekać. Zacną zaiste kompozycją jest kolejne Bad Luck & Hard Love. Początek zagrany przy użyciu "kaczuchy" od razu powinien wywołać radość na licach wszystkich tych, którzy uwielbiają Voodoo Chile, wiadomo czyjego autorstwa. Dalej też nie jest źle (nieco stonerowo jak u Monster Magnet) i wcale bym się nie obraził, gdyby takich kompozycji było na krążku więcej, bo wszystko tu jakoś dziwnie do siebie pasuje i trzyma się kupy. Singlowe Me And Mary Jane opowiada zapewne o przygodzie z "Maryśką", a muzycznie jest zaledwie poprawne jak na kapelę tego kalibru. W necie rozpisują się, że to jakiś wpływ Nickelback - całkiem możliwe, nie potwierdzę jednak, gdyż nie słucham takiej muzyki na co dzień, więc rozeznania silą rzeczy nie mam. W każdym bądź razie numer brzmi wprawdzie potężnie, ale riffy to ma mało wyrafinowane. Runaway to rzecz straszna, przynajmniej z punktu widzenia wymagającego słuchacza muzyki rockowej. Totalnie przeciętne nagranie w klimatach modern rocka, czyli smęcenie, wybijanie akordów samymi uderzeniami z góry i kompletny brak jakiegokolwiek rozpoznawalnego riffu (cholera, toć tu nie ma w ogóle żadnego riffu!). Magic Mountain próbuje ratować niekorzystną sytuację pozostawioną po dwójce poprzedników, z różnym skutkiem. Nadal nie dostajemy niczego powalającego ponad modern rockowe granie, ale za to jest szybsze tempo i słychać w tym "powera", więc nie jest źle. Nawet po kilku przesłuchaniach można ten kawałek polubić. Niesamowita poprawa nadchodzi wreszcie wraz z ciężkim i dynamicznym Never Surrender, gdzie riff napędowy może nawet podchodzić pod progmetal (coś pomiędzy Sun Caged a Nevermore). No, takie granie to ja rozumiem. Z pewnością przy nim nie przyśniemy. Pierwsza minuta kolejnego Blow My Mind to mieszanka Nirvany z Lynyrd Skynyrd, potem już jest znacznie lepiej, bo wpływy ekipy Cobaina przechodzą we wpływy Zakka Wylde'a i jego drużyny z Black Label Society. Nic odkrywczego wprawdzie, ale złego słowa też na to powiedzieć się nie da (w wykonaniu koncertowym numer może mieć spory potencjał). Sometimes to spokojna, southernowa ballada, która spodobać się może również fanom muzyki country. Piękna, poruszająca rzecz, która posiada coś w sobie. Fajerwerków nie ma, lecz gdyby były, pewnie zrujnowałyby obecny tu ciepły klimat. Godną uwagi pozycją jest uzbrojone w ciekawy riff Fiesta Del Fuego, chociaż pozytywne odczucia psują nieco wokale przepuszczone przez pewien industrialny efekt. Finalnie jest to taka mieszanina hard rocka z dokonaniami Deftones i Roba Zombie. Kawałek może się podobać nawet od pierwszego przesłuchania, jeśli ktoś lubi taki styl (ja wprawdzie nie przepadam, a jednak mi przypadł do gustu). Na samym końcu ścieżki mamy jeszcze trochę rock'n'rollowego szaleństwa i startuje Dance Girl. Tutaj chłopaki próbują ciągnąć kilka srok za ogony nie mogąc się zdecydować, w którą stronę się udać. Na początku nieco funka, potem jakby groove, następnie grunge'owe smęty, wreszcie całkiem udana solówka. Mam mieszane odczucia, może dlatego, że jestem akurat trzeźwy. W Hollywood In Kentucky muzycy nie mają nam do zaproponowania nic innego jak czyste country. Publiczność z Nashville pewnie będzie zachwycona, ja jednak wolę takie Sometimes, jeśli już trzymać się tutejszego setu. Remember Me ma dziwaczny wstęp, ale dalej to już całkiem niezły rocker, który sprawdzi się podczas występów na żywo. Jest w nim wprawdzie coś z modern rocka końcówki lat '90, jednak zawarta tu energia sprawia, że to nader przyzwoita ścieżka. Edycja cyfrowa z BestBuy zawiera jeszcze dwa nagrania bonusowe. Revolutionize to ciężki i w większości wolny numer, niestety trudno w nim znaleźć coś, czym można by się było ekscytować, ot taki sobie kawałek. Za to Leave Your World Behind to już naprawdę niezły hicior, na który warto się połakomić, bo to jedna z najlepszych kompozycji z całego albumu. Ostre, ale łatwo wpadające w ucho melodie, fajnie prowadzone linie wokalne - aż się chce tego słuchać kilka razy z rzędu.

Jako całość, album raczej nie urzeka. Połowa utworów jest tu taka sobie lub nawet słaba, za to jest kilka kawałków, dla których warto po krążek sięgnąć, choćby z ciekawości. Mowa tu o Peace Pipe, Bad Luck & Hard Love, Never Surrender, Sometimes, Fiesta Del Fuego i Leave Your World Behind (ten ostatni niestety dostępny nie we wszystkich edycjach). Fani Black Stone Cherry i tak to wydawnictwo pokochają.

Oficjalna strona zespołu: www.blackstonecherry.com