
M.ill.ion - We, Ourselves And Us
Wydawca: MVP / Majestic Rock / 3D Japan / Victor
Rok wydania: 1994
- Burn In Hell
- Doctor Lööv
- Tear Down The Walls
- Judgement Day
- Stone Cold Killer
- Take Me Home
- Lovely Eyes
- Mother Earth
- Never Again
- Follow The Trends
- Is It Too Late?
Skład: Hasse Johansson - śpiew; Stefan Wetterlind - gitara prowadząca; C.T. Rohdell - gitary; B.J. Laneby - gitara basowa; Markus Ydkvist - instrumenty klawiszowe; Roland Christoffersson - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Par Edwardson
Po prawie trzyletniej przerwie szwedzka formacja M.ill.ion powraca ze swoim drugim albumem studyjnym, gdzie zdaje się konsekwentnie dążyć do uzyskania nieco cięższego brzmienia. Na przykładzie tej grupy można pokazać, jak to los okrutnie obchodzi się z niektórymi zespołami. Muzycy konsekwentnie nagrywają dobre albumy jeden po drugim, utrzymują projekt przy życiu, prasa przychylnie przyjmuje każde kolejne wydawnictwo, a mimo to liczba fanów zdaje się wcale nie wzrastać. Tymczasem znacznie gorsze kapele uzyskują status gwiazd i promowane są przez największe wytwórnie płytowe, zyskują dziwnie spory czas antenowy, a słuchacze to kupują, są jak te owieczki z okładki We, Ourselves And Us... To musi być pech, bo niby jak inaczej można to wszystko wytłumaczyć.
Pechowo zaczyna się płyta, bo na wstępie wita nas dość słaby numer Burn In Hell. Jak można było popełnić taki marketingowy błąd i dać na początek jedną ze słabszych pozycji na albumie? Może trochę przesadzam, piosenka nie jest tragiczna, nawet podobają mi się bardzo partie perkusji, a wokale nie rażą. Po przejściu do Dr. Loov poczujemy od razu gwałtowny skok jakości w górę. To już rasowy hard rockowy numer z silnym refrenem, to już solidny przebój. Myślę, że hard rock w takie postaci miał jeszcze szansę trochę pożyć, ale nie promowano go należycie w 1994 r. Zresztą jest to chyba powodem, dla którego ja nie usłyszałem w ogóle o tym krążku w roku jego wydania, pytanie tylko, czy gdybym nawet jakimś cudem o nim się dowiedział, to czy leżałby on sobie w sklepie muzycznym tak na wyciągnięcie ręki. Oczywiście pytanie retoryczne. Słucham go teraz, lepiej późno niż wcale. Tears Down The Walls jest moim faworytem na tej płycie, pomimo faktu, że z hard rockiem wiele wspólnego nie ma, bliżej mu do stylistyki Rammsteina czy industrialnego Mitta Schnitt (chyba tak się to pisze). Jakimś cudem ten klimat mi odpowiada, zapewne dlatego, że chłopaki zagrali w tym numerze przednio i w dodatku dorzucili niczego sobie solóweczkę. nie jest chyba tajemnicą, że na każdej płycie grupy odnajduje jakąś kompozycję, która powala mnie na kolana i którą darzę wręcz bezkrytyczną czcią, tutaj to właśnie ten kawałek. Jakby jego rozwinięciem w nieco innym kierunku jest Judgement Day, nie mniej przebojowy utwór. Ma on coś w sobie z Victory, gdy gardłował tam Garcia, przez co staje się jeszcze bliższy memu sercu, refreny trochę pod klasyczne Bonfire, na co też się nie mogę przecież pogniewać. Do tego dochodzi fajne zakończenie wyposażone jakby w głosy syren (tych mitycznych, a nie samochodowych). Miodzio. jak to w życiu jako i na plytach bywa, błogi stan nie może trwać za długo, tak i tutaj przerywa go cieniuteńka kompozycja o tytule Stone Cold Killer. To taki podchodzący pod power metal eksperyment, z liniami wokalnymi przemiksowanymi tak, by pobrzmiewały z delikatnym metalicznym pogłosem. Ani jeden, ani drugi zabieg jakoś nie robi na mnie wrażenia i nic tego kawałka już nie uratuje (może poza solówką, ale to trochę za mało). Znacznie lepiej wypada Take Me Home, bardziej wesoło brzmiąca pioseneczka. Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z dokonaniami Ugly Kid Joe, nawet jeśli nie jest utrzymana w identycznym stylu. Jeśli musiałbym jakoś ocenić ten kawałek, to uplasowałbym go bliżej przebojów z krążka, a to za sprawą wokali, w których Johansson zdaje się dawać z siebie wszystko. Mother Earth wzbudza we mnie mieszane uczucia. Pewne jego fragmenty bardzo mi się podobają (np. zwrotki), a pewne momenty zrażają (wstawki industrialne tu i ówdzie), jeszcze inne wydają się być mało przemyślane (refreny - a przecież to właśnie na nie publiczność zawsze zwraca największą uwagę). Odwrotnie będzie z kolei w Never Again, tutaj refreny są niczego sobie, solówka poprawna, za to do zwrotek zespół się szczególnie nie przyłożył. Efekt jest taki, że piosenka może się podobać, ale porywająca nie jest. Jak na wypełniacz, to kompozycja całkiem niezła, przebojem jednak nazwać się jej nie da. To jest właśnie wadą każdej jednej płyty M.ill.ion - wszędzie grupa umieściła po kilka wypełniaczy, przez co naprawdę dobre numery stanowią tylko nieco ponad połowę zawartości jej albumów. Follow The Trends jest pozycją bardziej zabawową, taki party rock, może nie w klimatach Poison, ale nadaje się na jakąś prywatkę. Jest bardziej taneczny od reszty, aż zaprasza do wyjścia na parkiet. Uwagę zwraca zawadiacka solówka zagrana jakby w artystycznym nieładzie i klawisze z brzmieniem wystylizowanym jak na jakiś jarmark czy odpust. Nie jest to może coś, co tygrysy lubią najbardziej, ale nie razi. Album kończy It's Too Late, najspokojniejszy utwór ze wszystkich. Domyślam się, że miało to być coś w rodzaju ballady, ale jest to raczej taka ballada w stylu pop. Wokalista śpiewa w niej inaczej niż dotychczas, uderzenia w perkusję są jakby wytłumione (efekt jak uderzanie w bębny otwartą dłonią zamiast pałek, a może to odgrywają syntezatory?). Tak, to kawałek pop, może nawet na wzór boysbandów. Zespół poeksperymentował z innym gatunkiem muzycznym i wyszło mu to całkiem nieźle. Idę o zakład, ze gdyby puścić to na MTV, słuchacze nie połapaliby się, że mają do czynienia z kapelą rockową.
Płytę oczywiście polecam, nawet pomimo kilku wypełniaczy, po prostu kilka kawałków z niej trzeba usłyszeć. Nie jest to wydawnictwo przełomowe dla losów formacji, nie jest to album kluczowy dla swojej epoki, tym bardziej nie krążek wszech czasów. Zwyczajnie, dobre wydawnictwo nagrane i wydane u progu połowy lat dziewięćdziesiątych, z jakim warto się zapoznać. Polecam to i pozostałe dzieła dzieła kapeli.
Oficjalna strona zespołu: www.million.o.se