
Michael Romeo - The Dark Chapter
Wydawca: Symphony X / InsideOut Music / SPV / Hellion / EMI
Rok wydania: 1994
- Carpathia
- Cask Of Amontillado
- Psychotic Episode
- Masque Of The Red Death
- Sevil Alucard
- The Premature Burial
- MJR#13
- Paganini - Concerto in B Minor
- Noit Al Ever
Skład: Michael Romeo - gitary, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, programowanie; Michael Pinnella - instrumenty klawiszowe i programowanie perkusji w [8]
Produkcja: Michael Romeo
Wirtuozi gitary nie mają w życiu łatwo i muszą się nieźle namęczyć. Raz, że setki godzin ćwiczeń, dwa, że słuchacze wymagają od nich pokazania większej ilości umiejętności na płytach solowych niż to ma miejsce na zwykłych wydawnictwach z wokalistą. Można też dodać i trzeci klocek do tej układanki - płyta shredderska ma swoje utarte standardy. Od początku lat '90 utarł się np. taki schemat, że utwory powinny być połączeniem muzyki klasycznej z rockiem progresywnym. W mniejszym lub większym stopniu hołdują temu tacy muzycy jak np. klawiszowi wymiatacze typu Vitalij Kuprij czy Derek Sherinian, a zaproszeni wioślarze dopasowują się do nich) oraz gitarzysta Michael Romeo, którego solowej płycie o tytule The Dark Chapter poświęcimy tym razem więcej uwagi.
Kariera Michaela jest w sumie dość typowa, około dziesiątego roku życia uczył się grać na pianinie, później klarnecie, by w wieku 14 lat zabrać się za gitarę. Po nagraniu debiutanckiej solowej płyty utworzył zespół Symphony X i właśnie z udzielania się w tej grupie jest najbardziej sławny. Debiut tego zespołu to w zasadzie bardzo zbliżona stylistycznie muzyka do tego, co Romeo prezentuje na swoim solowym krążku, choć The Dark Chapter jest z natury rzeczy bardziej gitarowy. Michael wyrobił sobie własny styl grania poprzez łączenie pewnych elementów stylów innych wioślarzy, w tym Malmsteena, Randy'ego Rhoadsa i Al DiMeoli, a że po drodze nasłuchał się licznych formacji progresywnych, jest to tez w jego grze słyszalne. Na początek startuje Carpathia ze swym nieco filmowym wstępem i arpeggiami po części zaczerpniętymi od Yngwiego, po części od Jasona Beckera. Jest to dość krótka miniaturka, bo trwa zaledwie nieco ponad dwie minuty, ale mimo to kawałek jest konkretny. Brzmienie gitary nieco plastikowe, co też jest normalne, kiedy używa się do niej dużej ilości elektroniki, pasuje to natomiast do klawiszy, które całość jeszcze bardziej podbarwiają. W Cask Of Amontilladomamy już bezwstydną power metalową jazdę w stylu neoklasycznym, inspiracje Bachem są aż nadto słyszalne. Dźwięki leją się ze wszystkich stron dotrzymując tempa, a nawet prześcigając galopującą perkusję. Nie da się ukryć, że Romeo to rewelacyjny technik, jeśli chodzi o prezentowane umiejętności. Słychać u niego fascynację egzotycznymi skalami i łatwo trafić na momenty żywo przypominające styl Marty Friedmana. Podobno jedną z jego ulubionych skal jest skala mahometańska (pewien wariant skali minorowej) i faktycznie, nawet nie znając się na teorii skal można wysłyszeć zagrywki brzmiące orientalnie. Niezależnie od poziomu techniki Michael nie uchował się natomiast przed typowymi błędami początkujących shredderów, mianowicie wstawił do kawałka wszystko, co tylko było można. Stąd gdzieniegdzie wydaje się, że popisy wirtuozyjne wzięły górę nad dobrym smakiem kompozycyjnym. Psychotic Episode też pełen jest zapożyczeń od swoich znanych poprzedników z branży, ponownie nieco z Beckera, trochę z Moore'a czy MacAlpine'a oraz Grega Howe'a. Pojawia się także więcej wpływów progresywnych, nic dziwnego, Michael nie raz wspominał, że słuchał dużo zespołów pokroju Rush. Mamy więc znów wybuchową mieszankę stylów, połączonych w całość na wirtuozerskim poziomie. Na pewno nie jest to typ grania dla każdego, ale maniacy gitarowego wymiatania z pewnością to pokochają. Z dotychczasowego setu najbardziej podoba mi się kolejne Masque Of The Red Death, numer o nieco tajemniczym tytule. Ciekawie wypadają partie solowe oraz klawisze, nieco gorzej już z gitarą rytmiczną. Często wioślarze na swoich płytach solowych zbyt dużą uwagę przywiązują do popisów, a przy tym zapominają o dobrych riffach. Dlatego zresztą tak bardzo cenię sobie Premonition MacAlpine'a, bo tam nie zabrakło ani jednego, ani drugiego. Ale to taka dygresja. We wszystkich utworach Romeo można łatwo wyróżnić pewne fragmenty, które zostały wcześniej skomponowane oraz partie improwizowane. Te drugie zazwyczaj bliższe są muzyce z gatunku fusion. W "Masce..." jest ich sporo, a to pewnie z racji długości trwania numeru, jaką trzeba było jakoś wypełnić. Sevil Alucard to wbrew pozorom nie flamenco, a bardzo rytmiczny kawałek, gdzie pojawiają się interesujące riffy, na których brak wcześniej narzekałem, zupełnie jakby Michael przewidział, że takie zarzuty mogą się pojawić. Klimat numeru zmienia się kilkakrotnie, tu też nie zabrakło improwizacji, niektóre jak na mój gust są zbyt mało melodyjne, ale widocznie taki był artystyczny koncept. Początek The Premature Burial kojarzy mi się jakoś z beckerowym Opus Pocus, dalej natomiast z friedmanowym Thunder March plus co nieco z solowego debiutu Malmsteena. Dominującą techniką momentami są glissanda, co może przywoływać na myśl kocie marcowanie, dalej jednak gitarzysta powraca do swych neoklasycznych zapędów. Brzmi to dobrze, choć szkoda tylko, że pod względem artykulacyjnym nie zostało to bardziej urozmaicone. Spójrzmy prawdzie w oczy, arpeggia nie tylko już się ograły, ale też i osłuchały. Dalej mamy jeszcze jedną neoklasyczną wycieczkę gitarzysty w postaci MJR#13. Tytuł, jak zakładam, to zapewne inicjały muzyka plus jakieś robocze oznakowanie jednego z pomysłów. Jest to ścieżka pomostowa łącząca to, co było do tej pory, z tym co nadejdzie, taki miks ideologiczny.Nie zabrakło też power metalowej galopady w środku. Tytuł Paganini - Concerto In B Minor już mówi sam za siebie, jest to adaptacja jednej z kompozycji Paganiniego, którą Romeo samodzielnie zaaranżował na gitarę. Wypadło to znacznie lepiej niż np. niezbyt udane próby przerabiania klasyki przez Tolkkiego ze Stratovariusa na jego solowym krążku. Słychać, że Michael się przyłożył i potraktował sprawę poważnie. Jest to de facto jeden z najlepszych numerów na wydawnictwie, z racji dużej dawki melodyki można śmiało puścić go profanom i powinno się im spodobać. Znakomicie słucha się też ostatniego w zestawie Noit Al Ever, gdzie więcej do powiedzenia mają gitary nieprzesterowane prowadzące ciekawy dialog z instrumentami klawiszowymi. Tutaj Romeo nie eksperymentował z improwizacjami typu fusion, a skoncentrował się na graniu neoklasycznym. Przypomina mi to dokonania Malmsteena w tych utworach, gdzie używał akustyków czy sitaru, w tej kompozycji jednak jest zdecydowanie odmienne brzmienie, co też ma swój urok. Również perełka.
Mimo, że uwielbiam Guitar Oriented Rocka i że ten krążek bardzo mi się podoba, to rzadko po niego sięgam. Wolę klasyczne płyty wirtuozów z lat '80, wydaje mi się, że więcej z nich przemawia, a te albumy pochodzące z kolejnego dziesięciolecia to w pewnym sensie tylko ich podróby. Niezależnie od tego, co przed chwilą napisałem, dzieło z pewnością trafi w gusta maniaków gitarowego grania. Jest to pozycja tylko dla takich zapaleńców, miłośnicy prostego melodyjnego grania czy fani muzyki z wokalem powinni trzymać się od tego z dala. Maniakom oczywiście polecam.
Brak oficjalnej strony artysty