
M.ill.ion - No. 1
Wydawca: Büms / K.M.C Records / Zero / Majestic Rock / 3D Japan
Rok wydania: 1991
- Sign Of Victory
- Lovers
- Time After Time
- 90-60-90
- Live It Or Leave It
- Winds Of Change
- Tomorrow
- Desperate Love
- Hold Me Touch Me
- The Poseur
- Take It To The Limit
- I Wanna Know
- 90-60-90 [japoński bonus track]
- Sign Of Victory [video bonus track w reedycji]
Skład: Markus Ydkvist - instrumenty klawiszowe; B.J. Laneby - gitara basowa; CT Rohdell - gitary; Roland Christoffersson - perkusja; Hasse Johansson - śpiew; Stefan Wetterlind - gitara prowadząca
Produkcja: Charlie J, B.J. Laneby i CT Rohdell
Szwedzka grupa M.ill.ion została założona w jakże znaczącym dla melodyjnego rocka roku 1989 przez basistę B.J. Laneby'ego i zadebiutowała w 1991 r. albumem No. 1. Znając późniejsze dokonania zespołu trzeba przyznać, że materiał na debiutanckiej płycie jest dość łagodny jak na tę kapelę, ścieżka kariery zmierzała raczej do grania ostrzejszych rzeczy i bliższych klasycznemu hard rockowi. Tutaj mamy taki scandi rock, typowy dla wielu wykonawców pochodzących ze Skandynawii (jak nietrudno się domyślić), a muzycy prezentują się na zdjęciach w tapirowanych fryzurach. Pierwsza płyta grupy załapała się jeszcze na dobry okres i odniosła umiarkowany sukces - zagościła w Top 30 na japońskich listach sprzedaży i sprawiła, że zespół stał się rozpoznawalny na scenie światowej jako jeden z najlepszych jakościowo towarów ze Szwecji...
Skoro to pierwszy krążek formacji, to wypadałoby wspomnieć nieco o jej nazwie. Jeśli ktoś zastanawia się, skąd wzięły się te egzotyczne kropki w szyldzie M.ill.ion, to odpowiedź przynosi nam jeden z wywiadów z B.J. Laneby: "Tylko po to, by zaprzątać ludziom głowy". Skuteczna, jak się okazuje, praktyka. Warto także dodać, że grupa wystąpiła w 1992 r. na pierwszej edycji legendarnej już cyklicznej imprezy Sweden Rock Festival grając obok Nazareth i Wishbone Ash. Co do stylistyki gry, to No. 1 prezentuje sobą podobne podejście do muzyki jak Fate, Treat, Glory, 220 Volt czy Europe, ogólnie jest bardzo melodyjnie i z solidnym podbarwieniem klawiszami. Album otwiera intro w postaci odgłosu otwieranych drzwi, z których na jakąś scenę wychodzi prezenter i wita słuchaczy słowami "Ladies and Gentlemen, welcome to Rock'n'Roll" i zaraz po tym lecą już pierwsze dźwięki Sign Of Victory. Jest to jedna z najbardziej znanych kompozycji pochodzących z wczesnego okresu działalności zespołu, brzmieniowo i rytmicznie plasująca się blisko You Give A Love Bad Name, przeboju Bon Jovi, a nawet całej płyty Amerykanów. Za to klawisze brzmią już w typowym stylu lat '80, tu już bliżej do Europe, słowem bardzo majestatycznie i z pompą. Utwór słuchany z odpowiednią głośnością naprawdę potrafi zrobić wrażenie, z czystym sumieniem polecić go można fanom melodyjnego hard rocka i AORu. Lovers posiada rytmikę niemal malmsteenowską, choć nie ma tu nic z neoklasycznego grania, jest za to pewien klimat, który przypomina mi płyty Rainbow z Turnerem na wokalu i nawet odnoszę wrażenie, że Johansson próbuje go naśladować. Również całkiem udana kompozycja i miło się jej słucha, zwłaszcza kiedy lubi się pierwowzory. Dalej do wspólnego kotła muzycy próbują wrzucać Dokken, KISS i Journey, niby nic nadzwyczajnego, kuleje trochę perkusja, mamy za to bardzo przebojowy refren z silnym akcentem kładzionym na początek wersu. To nic, że słyszeliśmy takie rzeczy tysiące razy na wydawnictwach innych wykonawców, takie refreny zawsze wpadają w ucho. Bardzo nastrojowy klawiszowy wstęp rozpoczyna 90-60-90 razem z nie mniej nastrojowymi, tym razem nieco bluesującymi gitarami, co przywodzi mi na myśl dokonania Honeymoon Suite. Kolejne nuty już w nieco innej stylistyce, coś bliższego FM i Gianta, czyli nadal poziom wysoki. Grupa wydaje się pozostawać tez pod silnym wpływem AORu w Live It Or Leave It, bo już po kilku taktach naliczymy się podobieństw do Foreigner, Survivor, Journey... Wydaje mi się, że chłopaki po prostu chcieli wykorzystać swój wysoki poziom techniczny i pokazać, że potrafią komponować z wyczuciem i czerpać najlepsze wzorce z klasyków gatunku. Winds Of Change wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie jest balladą, a melodyjnym rockowym numerem utrzymanym w średnim tempie. Główną bazą jest dla niego dość prosty, ale wpadający w ucho gitarowy riff powtarzany cyklicznie, przeplatany refrenami, gdzie z kolei największą uwagę przyciągają instrumenty klawiszowe aranżowane w typowy dla lat '80 sposób. Najlepszą porą na słuchanie tak lekkostrawnych utworów wydaje się późne popołudnie, a sam kawałek poleciłbym tym, którzy lubią twórczość China. Bardzo spokojnym AORem okazuje się być Tomorrow. Kiedy słucham takich nagrań, od razu na myśl przychodzi mi jakiś wieczorny koncert na stadionie, gdzie fani wznoszą w górę zapalniczki, a fanki tulą się do kogo popadnie ;). Jakby się tak dobre wsłuchać, to można i w tym dosłyszeć się wpływów ballad Scorpions. Rzecz dla wrażliwych ludzi, po prostu. Desperate Love wyznacza pewien kierunek na przyszłość zespołu. Więcej tu nawiązań do klasycznego hard rocka, pojawiają się nawet Hammmondy, chociaż sama muzyka nadal delikatna, coś pomiędzy łagodniejszymi kawałkami Gianta i China. Średnie tempo zdominowało też Hold Me Touch Me i jest to kompozycja bardzo zbliżona do poprzedniczki, chociaż tutaj pojawiło się kilka mocniejszych akcentów, ale nie tyle gitarowych, a w liniach wokalnych, zupełnie jakby zespół chciał obudzić tych, którzy mogli zacząć przysypiać wcześniej. Właśnie w ścieżkach wokali znów najwięcej zapożyczeń od Huffa z Gianta (warto zauważyć, że płyty te wychodziły w bardzo zbliżonym okresie). Słowa są najmocniejszym punktem The Poseur, sam utwór dość przeciętny, niestety, a to z racji zbyt dużych podobieństw do twórczości innych kapel (od razu przychodzi mi do głowy np. FM). Rytmika prosta jak budowa cepa, wokalnie bez rewelacji, z jaśniejszych momentów wypada jednak jeszcze wspomnieć całkiem przyzwoitą solówkę. Take It To The Limit to niemal cover swoich kilku poprzedników i pomimo licznych prób znalezienia czegoś szczególnego w tym numerze poległem. Nie oznacza to, że piosenka jest słaba, po prostu w takim natłoku podobnych kompozycji, chociażby tylko na tym jednym krążku, jest ona zbyt mało zapamiętywalna, brak jej własnego charakteru. Z drugiej strony można ją potraktować jako dobry moment na udanie się do kuchni w celu "wrzucenia czegoś na ruszt"... Po powrocie z kuchni załapiemy się na jedyną w pełni tego słowa znaczeniu balladę na płycie - I Wanna Know - same akustyki, czyste linie wokalne i tylko niemal niesłyszalne klawisze. Ballada jak ballada, nie byłoby w niej może nic szczególnego, gdyby nie fakt, że silnie kontrastuje z resztą materiału, co czyni ją jedną z najbardziej zapamiętywalnych ścieżek na krążku.
Wydawnictwo bardzo stylistycznie wyrównane, naprawdę dobre, zwłaszcza jak na debiut, spokojnie mogące konkurować z większością płyt z gatunku AOR / melodyjny hard rock. Nie da się jednak ukryć, że takich albumów ukazało się chyba tysiące i myślę, że zespół doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Na kolejnych krążkach grupa zrezygnuje niemal zupełnie z AORowych wpływów i skłoni się ku bardziej typowemu hard rockowi, pozostając przy tym nadal formacją grającą melodyjnie. Muszę przyznać, że jakoś wolę to nowsze wcielenie zespołu, nawet pomimo dużej ilości takich sobie kawałków na płytach. Debiut polecam tym, którzy preferują łagodniejsze melodie ponad rockową zadziorność.
Oficjalna strona zespołu: www.million.o.se