
Lynch Mob - Smoke And Mirrors
Wydawca: Frontiers Records
Rok wydania: 2009
- 21st Century Man
- Smoke And Mirrors
- Lucky Man
- My Kind Of Healer
- Time Keepers
- Revolution Hero
- Let The Music Be Your Master
- The Fascist
- Where Do You Sleep At Night?
- Madly Backwards
- We Will Remain
- Before I Close My Eyes
- Mansions In The Sky [bonus track]
Skład: Oni Logan - śpiew; George Lynch - gitary; Marco Mendoza - gitara basowa; Scott Coogan - perkusja, chórki
Produkcja: Lynch Mob, Bob Kulick i Brett Chassen
Podczas trasy koncertowej promującej album Wicked Sensation z zespołu Lynch Mob odszedł wokalista Oni Logan by rozpocząć współpracę z Rowanem Robertsonem, gitarzystą znanym z występów w Dio. Po tym rozstaniu dziwnym trafem ekipa Lyncha nagrywała krążki, które jakoś do mnie pod względem muzycznym nie trafiały. Teraz Logan znów gości w szeregach Lynch Mob, efektem czego jest płyta Smoke And Mirrors. Obecność Logana na wydawnictwie to, trzeba przyznać, niezły wabik.
Zaczęło sie od "nieśmiałej" współpracy Lyncha z Loganem w lecie 2007 r., kiedy to obaj panowie postanowili wspólnie ponagrywać w studiu. Powstało w ten sposób kilka piosenek w klimatach southern rocka, klasycznego hard rocka lat '70 i bluesa. Później nadeszła kolej na drugą rundę kolaboracji - przearanżowano trochę tego materiału, dokomponowano nowy i tak powstało Smoke And Mirrors, wydawnictwo nawiązujące silnie do pamiętnego Wicked Sensation, co mnie bardzo cieszy. Owszem, album nie jest może genialny, ale i debiut kapeli daleki był od ideału. Nie wiem, czy na powrót do źródeł miał niedawny sukces ostatniej płyty kolegów z Dokken, czy była to inicjatywa samego Lyncha, można na ten temat gdybać, tak czy inaczej nowego dzieła dobrze się słucha. Gdyby kogoś interesowało, mała dygresja, co dzieje się obecnie z Robertem Masonem, wokalistą który zastąpił wcześniej Logana w zespole, to przypomnę, że jest on obecnie gardłowym w Warrant i z nim w składzie grupa Turnera i Allena przygotowuje kolejny krążek. Wracając do Smoke And Mirrors - poza Lynchem i Loganem dźwięki generują również wszędobylski basista Marco Mendoza (Ted Nugent, Thin Lizzy) i bębniarz Scott Coogan (Brides Of Destruction, Ace Frehley), obaj doskonale wpasowują się w styl dwóch przodowników w stadzie. 21st Century Man rozpoczyna krążek w sposób bardzo obiecujący, już pierwsze dźwięki kawałka nasuwają na myśl "jedynkę" z dyskografii kapeli. Stylistyka gry jest niemal identyczna, zmiany nie objęły jakoś szczególnie brzmienia, choć słychać, że tym razem w ruch poszła komputerowa obróbka materiału. No cóż, to pozwala na organiczenie kosztów w porównaniu z tradycyjnym nagrywaniem analogowo. Dziwić może początkowy, przetworzony głos Oniego, co trochę zaczyna straszyć industrialem, ale to trwa tylko chwilę, dalej jest już jak za starych, dobrych czasów. Numer tytułowy z kolei plasuje się bliżej klasyków southern rocka, co mnie bardzo odpowiada. Większość kompozycji zdominowana jest przez partie gitar akustycznych, a elektryki wchodzą tylko od czasu do czasu, by wprowadzić do całej potrawy nieco pikanterii. No i najważniejsze - głos Oniego świetnie pasuje do takiej stylistyki grania. Zdecydowanie mój faworyt z zestawu. Przy dwóch poprzednikach Lucky Man jest nagraniem zaledwie poprawnym, chociaż mocno dopracowane brzmienie utworu jest tu sporym atutem. Mimo iż ścieżka wybitna nie jest, dobrze się jej słucha. Ma w sobie coś z ballady, więc może trafi w gusta płci pięknej. Liczne elementy starego Lynch Mob są łatwo wychwytywalne w My Kind Of Healer. Nie tylko riffy George'a, ale i aranżacje perkusji przypominają stare czasy. Coogan odwalił tu kawał dobrej roboty; gdybym nie znał nowego składu, mógłbym pomyśleć, że za bębnami zasiada sam Mick Brown. Numer niezły i z pewnością przypasuje fanom dawnego oblicza "mafii linczowników". Bardzo imponujący jest początek Time Keepers, który przywodzi mi na myśl lynchowskie Sacred Groove, bo jest wystylizowany na podobny klimat jak na owej płycie. Szkoda, że cały kawałek nie trzyma się tych patentów, apetyt podtrzymuje jeszcze intrygująca solówka i tyle nam musi wystarczyć. Poprawnym acz nieszczególnie ambitnym nagraniem jest Revolution Hero. Pod względem technicznym niczego mu nie brak, ale na kolana też nie powala, może dlatego, że niewiele się w nim dzieje. Zatem wypełniacz, albo coś bardzo mu bliskiego. Nie przypadł mi do gustu również Let The Music Be Your Master, gdzie wprawdzie sama muzyka jest niczego sobie, ale zawodzą aranżacje linii wokalnych Logana. Jak dla mnie jest to trochę za niemrawe, słuchanie kompozycji wieczorową porą grozi zaśnięciem. Powrotem do bardziej żywiołowego grania jest The Phascist, które pod względem muzycznym nasuwa mi skojarzenia ze starymi płytami Lillian Axe, ale oczywiście głos Oniego sprawia, że ogólne ciążenie tej ścieżki idzie w innym kierunku. Pozycja zdecydowanie lepsza od dwóch wcześniejszych. Wymiatacz George Lynch posiada też wyczucie bluesowe, co udowadnia w kolejnym Where Do You Sleep At Night?. Szczerze mówiąc podoba mi się gra jego kapeli w takim repertuarze, może dlatego, że lubię różnorodność, jeśli na płycie znajduje się więcej niż 10 utworów. No i buduje to pozytywny obraz muzyków, kiedy potrafią wybić się ponad schemat, bo to świadczy o ich wszechstronności. Madly Backwards to typowa "lynchówka", ale zaskakuje tutaj Oni ze swoją zmienioną manierą wokalną. Teraz bliżej temu do starych glamowych kapel jak np T. Rex. Bez rewelacji wprawdzie, ale na tyle rzetelnie, że numeru słucha się od początku do końca bez nerwowego szukania przycisku "skip". Kilka fragmentów w We Will Remain wywołuje u mnie skojarzenia z płytą Dokken o tytule Erase The Slate, gdzie zamiast Lyncha wiosłował Reb Beach. Podobnie chodzą gitary i reszta instrumentów, znaczna różnica jest natomiast w liniach wokalnych, Logan zdaje się podążać ścieżką wytyczoną gdzieś w przeszłości przez wokalistów klasycznego Rainbow. Before I Close My Eyes to całkiem udana pół-ballada. Do starych pościelówek z lat '80 trochę jej brakuje, ale jak na dzisiejsze standardy twórczości balladopodobnej jest to nagranie nadzwyczaj przyzwoite. Szanowne Panie, drżyjcie! Europejska publiczność dostała od wytwórni jeszcze prezent w postaci utworu bonusowego o tytule Mansions In The Sky. Cóż, nie jest to może nic specjalnego, ale jak to ludowa mądrość głosi, darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. To też jedna z wolniejszych pozycji na albumie, choć nie da się ukryć, ze już nie tak imponująca jak poprzedniczki.
W roku 2009 wyszło wprawdzie dużo lepszych płyt od opisywanej, ale ma ona jedną zasadniczą zaletę, która sprawia, że zawsze miło jest po nią sięgnąć - po prostu nie rozczarowuje. Dla słuchacza skuszonego pogłoskami o powrocie do stylistyki z czasów Wicked Sensation jest to nie lada gratka, bo pogłoski okazują się być prawdą. Z każdym kolejnym odsłuchem album podoba się jeszcze bardziej i kto wie, czy w ostatecznym rozrachunku nie wygra w końcu z pamiętnym debiutem. Płytę oczywiście polecam, a fani starego Lynch Mob mogą ją kupić w ciemno.
Oficjalna strona George'a Lyncha: www.georgelynch.com