
Europe - Last Look At Eden
Wydawca: Universal / earMUSIC / Edel / JVC Victor / 101 Distribution
Rok wydania: 2009
- Prelude
- Last Look At Eden
- Gonna Get Ready
- Catch That Plane
- New Love In Town
- The Beast
- Mojito Girl
- No Stone Unturned
- Only Young Twice
- U Devil U
- Run With The Angels
- In My Time
- Yesterday's News" (live) [bonus w limitowanym digipaku]
- Wake Up Call" (live) [bonus w limitowanym digipaku]
- Sign Of The Times" (live) [bonus w edycji kolekcjonerskiej]
- Start From The Dark" (live) [bonus w edycji kolekcjonerskiej]
Skład: Joey Tempest - śpiew, chórki; John Norum - gitary; John Levén - gitara basowa; Mic Michaeli - instrumenty klawiszowe, chórki; Ian Haugland - perkusja
Gościnnie: Titiyo - chórki w [4, 7, 12]; Kleerup - chórki w [4, 7, 8, 12] i pianino w outro do [4]; Andreas Carlsson - chórki w [2, 3, 5]; Magnus Sjölander - instrumenty perkusyjne; Czech National Symphony Orchestra
Produkcja: Tobias Lindell i Europe
We wrześniu 2008 r., czyli niemal równo rok temu, Szwedzcy muzycy z Europe uraczyli swoich fanów akustycznym albumem koncertowym, teraz przyszła kolej na nowy studyjny materiał. Last Look At Eden to już ósmy album studyjny w karierze tego zespołu i jest on w znacznym stopniu kontynuacją tego, co ekipa Tempesta pokazała na poprzedniej płycie, Secret Society, tyle że mamy do czynienia z pozycją jeszcze lepszą. Od kilku lat grupa gra ostrzej niż kiedyś, jej dokonania bliższe są klasycznemu hard rockowi, ale i nowoczesne trendy nie pozostają bez wpływu na styl gry muzyków.
Krążek rozpoczyna się bardzo apetycznie od operowego preludium, zatytułowanego wprost Prelude. Jest groźnie, ponuro, trzeba przyznać, że w tworzeniu odpowiedniego klimatu grupa wspięła się na wysoki poziom i chętnie usłyszałbym całą płytę utrzymaną w takim klimacie (w zasadzie zrobił coś takiego w ubiegłym roku Uli Jon Roth). To zmyślne intro przechodzi w utwór tytułowy, czyli Last Look At Eden. Numer naprawdę przedni, ale nie było to dla mnie niespodzianką, bo widziałem promujący go teledysk, jeszcze zanim wydawnictwo ujrzało światło dzienne. Mamy tu sporo podobieństw do pamiętnego Anytime Anywhere Gottharda, jest też coś ze stylistyki tegorocznego Sanction X. Ciężko, ostro, ale i zarazem melodyjnie. Trochę więcej oczekiwałbym po solówce Noruma, bo wiem, że potrafi ogrywać dużo lepsze patenty, jeśli wspomnę chociażby jego szaleństwa z czasów Rock The Night. W kolejnym Gonna Get Ready po nieco industrialnym wstępie zespół próbuje łączyć klasycznego hard rocka z dźwiękami nieco bardziej nowoczesnymi i wychwytuję tutaj pewne podobieństwa do Muse. Jest też trochę nawiązań do pamiętnego albumu "Prisoners...", chociaż odnoszę wrażenie, że w głosie Tempesta nie ma już tej namiętności co kiedyś. Mimo tego nie jest źle, kawałek jest strawny, choć nie tak powalający jak bym tego sobie życzył. Catch That Plane bardziej do mnie przemawia, tym razem podoba mi się łączenie stylistyki Led Zeppelin z Deep Purple. Tak, mamy tu okaz klasycznego hard rocka zagranego na odpowiednim poziomie. Gdyby ktoś mi powiedział, że Europe tak zagra, to zapewne bym nie uwierzył, ale teraz słyszę to "na własne uszy" i z radością przyznaję, że kapela z takiego grania zdała egzamin. Oczywiście zrobiła to z właściwym sobie wdziękiem, a główna w tym zasługa charakterystycznej barwy głosu Joeya. Na kolana powala kolejna pozycja na krążku - ballada New Love In Town, do której zdecydowano się nakręcić teledysk. Tempest śpiewa tu nieco inaczej niż zazwyczaj, wspaniale zaaranżowano wiodące w piosence partie instrumentów klawiszowych, a reszta muzyków doskonale wpasowała się w klimat kompozycji. Śmiem twierdzić, że jest to najlepsza ballada Szwedów od czasu genialnego Dreamera, no i jest to zdecydowanie jedna z najlepszych pościelówek Anno Domini 2009. Kawałka The Beast chyba nie powstydziłby się Zakk Wylde, bo numer ten dobrze wpisuje się w stylistykę Black Label Society. Z tym że nie obyło się bez niespodzianek, na przykład nieco za połową utworu a tuż przed solówką pokuszono się o typową dla stylu Europe wstawkę. Mnie to odpowiada, bo wprowadza do kompozycji nieco różnorodności. W Mojito Girl obok klasycznego hard rocka pojawiają się elementy funky i groove, co czyni nagranie podobnym nieco do dokonań takich kapel jak Rage Against The Machine czy Red Hot Chilli Peppers, ale ekipa Tempesta wciąż nie traci swojej tożsamości. Przy pierwszym przesłuchaniu kawałek jakoś mnie nie poruszył, ale po kilku kolejnych zaczął mi się podobać. Moim ulubionym fragmentem jest pierwsza część solówki, którą Norum zaaranżował na nutę bluesową, w drugiej części natomiast pobawił się "kaczuchą", co jest wprawdzie efektowne, ale już nie tak imponujące jak wcześniejszy bluesior. Ze swoimi orkiestracjami i nieco tajemniczym nastrojem łatwo trafia do mnie No Stone Unturned, chociaż dziwnie w utwór wpasował się wokalista. Niby partie głosu nie są złe, ale mogłyby być lepsze. Sam numer jest i tak mimo wszystko cudowny. Silne wrażenie robi wstęp do gitarowej solówki, który powinien przypaść do gustu fanom starego, dobrego Rainbow. Pomijając ostry wstęp kojarzący się z jednym z wcześniejszych numerów, całkiem niezłym nagraniem jest Only Young Twice. Środek kompozycji przynosi różne smaczki, w tym interesujące aranżacje orkiestry i niemal aksamitne brzmienia reszty instrumentów i głosu Tempesta. Nie jest to może klasyczne hair metalowe granie, ale jestem niemal pewien, że ze względu na swą melodyjność piosenka trafi w gusta fanów tego gatunku. Dla odmiany kompletnie nie podoba mi się kawałek zatytułowany U Devil U. Za bardzo przypomina mi granie czwartoligowych kapelek, które nie mają niczego ciekawego do przekazania słuchaczom. Irytują mnie tu szczególnie partie perkusji i odstraszają gitary grające w kółko wciąż te same, mało zmyślne riffy. Zatem zapychacz, niepotrzebnie psujący ogólnie dobry obraz płyty. Na szczęście dużo lepsze jest Run With The Angels, swoim klimatem jakoś dziwnie podsuwające mojej wyobraźni chicagowskie knajpy. Niby jest to utwór rockowy, lecz sporo w nim klimatów niby to bluesowych czy jazzowych (nie dosłownie wprawdzie, ale jest to wyczuwalne). Nieźle się tego słucha, choć nie jest to jakieś arcydzieło. Album zamyka bardzo udana ballada o tytule In My Time. Jest w niej coś z nastroju jednego z dawnych nagrań Europe - Sweet Love Child, są i pewne elementy upodabniające ją do znanego przeboju Gary'ego Moore'a - Parisienne Walkways. Czy taki numer może być zły? Nie może, więc i nie jest.
Mając za sobą kilkanaście przesłuchań krążka mogę stwierdzić, że Last Look At Eden jest najlepszą płytą Europe od czasów Prisoners In Paradise. Sam zespół zresztą twierdzi, że jest to jego prawdziwe oblicze i by do niego niemal po okręgu powrócić, formacja musiała wydać wcześniej dwa albumy w ramach rozgrzewki. Coś w tym stwierdzeniu jest. Płyta dostarcza rozrywki od początku do końca, jest niemal pozbawiona potknięć, chociaż i tutaj trafił się jeden wypełniacz. Z czystym sumieniem wydawnictwo polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.europetheband.com