
Lionsheart - Lionsheart
Wydawca: Music For Nations
Rok wydania: 1992
- Had Enough
- World Of Pain
- Ready Or Not
- So Cold
- Can't Believe
- Portrait
- Living In A Fantasy
- Stealer
- All I Need
- Have Mercy
- Going Down
- Good Enough
- In The Night [tylko w japońskiej edycji]
Skład: Steve Grimmett - śpiew; Mark Owers - gitary; Anthony Christmas - perkusja; Steve Owers - gitara basowa; Graham Collett - instrumenty klawiszowe, harmonijka
Produkcja: Mark Owers i Robin Black
Kiedy na początku lat '90 wiele zespołów zdezorientowanych zmieniającą się modą przestawiało się na granie grunge, a inne po prostu się rozpadały, Lionsheart bezkompromisowo pozostał wierny hard rockowi. Fani tej muzyki znajdą w twórczości grupy coś dla siebie, bowiem mamy tu skrzyżowanie tego co brytyjskie z tym co amerykańskie. Debiutancki krążek "lwiątek" wyróżnia się spośród całej dyskografii przede wszystkim rewelacyjnym brzmieniem. Tyczy się to zarówno ogólnej harmonii, jak również i poszczególnych instrumentów.
W zasadzie na płycie nie ma słabych kompozycji, chociaż mogłoby się wydawać inaczej. Po prostu kilka utworów jest tak odjechanych w kosmos, że swoją potęgą przyćmiewają resztę. Znając życie, zapewne każdemu spodobają się inne kawałki, ale mnie akurat najbardziej przypadły do gustu Had Enough, Can't Believe i Portrait (ten ostatni nieco cięższy od reszty repertuaru). Wręcz muszę napisać, że krążek pełen jest znakomitych solówek, właściwie nie ma tu ani jednego gitarowego solo, które można by nazwać słabym. Jest to też chyba jeden z kilku decydujących powodów, dla których Lionsheart był przez długi czas moim ulubionym zespołem. Za solówki odpowiada Mark Owers, jeden z dwójki bliźniaków. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zdobiące booklet zdjęcie grupy, pomyślałem sobie, że to pewnie jakiś żart - ot jeden z muzyków sfotografował się dwa razy i został wmontowany w kadr. Okazało się jednak, że ten drugi to właśnie jego brat bliźniak, basista Steve Owers. Wracając do Marka, jego styl gry bardzo przypomina grę Yngwie Malmsteena, ale na szczęście ma też wiele cech indywidualnych (niektórzy twierdzili nawet, że gra lepiej od Yngwiego). Najważniejsze jest to, że w głowie gitarzysty i w jego palcach siedzi niesamowity potencjał melodyczny, a przy tym i techniczny (ach, te flażolety!). Doskonale słychać to chociażby w wymienionych już przeze mnie trzech ulubionych kompozycjach z tego albumu. Mówiąc o stylu gry zespołu nie wypada też nie wspomnieć o głosie samego wokalisty. Steve Grimmett śpiewa bardzo mocnym głosem, a jego barwa oscyluje gdzieś pomiędzy Ronniem Jamesem Dio a Davidem Coverdalem. Niewykluczone, że gdyby Grimmett zaczął swoją karierę dziesięć lat wcześniej, byłby stawiany na piedestale razem ze swoimi poprzednikami. Inna sprawa, że Steve zdobył już niemałe doświadczenie udzielając się chociażby w zespole Grim Reaper (NWOBHM) i w thrash metalowej formacji Onslaught... Ogólnie słychać, że muzycy tworzący grupę nie są pierwszymi lepszymi grajkami, nie są to chłopcy z castingu i nie byli wybierani wedle kryterium "komu bardziej do twarzy w kraciastej koszuli". Według mnie bez dwóch zdań był to jeden z najlepszych zespołów hard rockowych epoki lat '90, który nagrywał w owym czasie dużo lepsze płyty od najbardziej znanych tuzów. I to już jest powód, by sięgnąć po ten krążek...
Na zakończenie może dodam jeszcze, że Lionsheart poznałem zupełnie przypadkiem. Kiedy wyszła ich druga płyta, na MTV po północy w programie Headbanger's Ball był jakiś konkurs związany z grupą. Wyemitowano wtedy teledysk do piosenki Deja Vu i zamieniono kilka ciekawych słów z członkami formacji. Już wtedy wiedziałem, że będzie to jedna z moich ulubionych kapel.
Oficjalna strona zespołu: www.lionsheart.com