Trouble Tribe - Trouble Tribe

Trouble Tribe - Trouble Tribe

Wydawca: Chrysalis Records / Capitol / EMI
Rok wydania: 1990

  1. Tattoo
  2. Here Comes Trouble
  3. Gimme Something Sweet
  4. In The End
  5. Back To The Well
  6. Boys Nite Out
  7. Tribal Beast
  8. Red Light Zone
  9. Devil's Kiss
  10. Dear Prudence
  11. One By One
  12. Cold Heart
  13. F's Nightmare

Skład: Jimmy Driscoll - śpiew; Adam Wacht - gitary; Eric Klaastad - gitara basowa; Steve Durrell - perkusja

Produkcja: Harvey Sorgen i Michael T.Young

Na wstępie należałoby wyjaśnić, że istniały dwa zespoły o nazwie Trouble Tribe. Jeden z nich pochodził z Japonii i grał klasycznego hard rocka nawiązującego do twórczości Led Zeppelin, drugi to amerykański kwartet z Nowego Jorku. My zajmiemy się tym drugim, grającym również hard rocka, ale w wersji hair metalowej, jaka modna była pod koniec lat '80 ubiegłego wieku. Grupę dotknęło chyba to samo nieszczęście, co wiele innych kapel, mianowicie w owym czasie były setki czy tysiące zespołów grających podobnie, a w dodatku moda na ten gatunek muzyki chyliła się pomału ku upadkowi. Nic więc dziwnego, że nazwę grupy kojarzą jedynie fani, którzy siedzą głębiej w takiej stylistyce muzycznej, a w Polsce w ogóle mało kto zna Trouble Tribe...

Debiutancką i jedyną zarazem, o ile mi wiadomo, płytę otwierają dwie piosenki, które w formie teledysków miały ją promować - Tattoo i Here Comes Trouble. Już pierwsza z nich powinna uradować fanów melodyjnego rocka, jaki dominował w stacjach radiowych i w MTV w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Można się tu doszukać podobieństw do stylu gry Slaughtera, a nawet AC/DC, przy czym tempo jest szybsze niż u australijskich korzeni. Druga to jedna z najlepszych kompozycji na płycie, chociaż chyba na jej przykładzie najlepiej słychać, że w instrumentarium zespołu zabrakło klawiszy, które mogłyby całość nieco podrasować. Sam teledysk do tego kawałka był dość sztampowy, ot kręciło się kilku facetów wokół pani, która elegancko przechadzała się to tu to tam ukazując piękno swojej figury i kończyn dolnych ;) . Gimme Something Sweet to jakby mieszanka z pogranicza Slaughtera, Ratt i Extreme. W sumie dobrze się tego słucha, choć z drugiej strony szkoda, że chłopaki nie wysilili się na nic własnego i ograniczyli tylko do zapożyczeń. Dużo lepiej jest w delikatnym utworze In The End, aczkolwiek tu również doskwiera brak instrumentów klawiszowych. Piosenka idealnie nadawałaby się do radia, przykuwa uwagę czystymi partiami gitar i interesującymi aranżacjami gitar przesterowanych w środku kawałka. Ucho cieszy też Back To The Well, kompozycja ostrzejsza od poprzedniej. Mamy tu całkiem przyzwoicie użyty efekt Wah-Wah, rasowe hard rockowe riffy, nawiązania do klasycznego rocka, a nawet do boogie rocka spod znaku ZZ Top i blues rocka a'la Gary Moore. W Boys Nite Out doszukać się można podobieństw do The Cult (w zwrotkach) i KISS (w refrenach). Kawałek w sam raz do szybkiej jazdy samochodem oraz niegłupia wesoła solówka, niby nic szczególnego, a cieszy. No i chyba coś w rodzaju żartu - intro, które powinno było znaleźć się raczej na początku płyty, mianowicie Tribal Beast. Odgłosy jakiejś puszczy, czy też dżungli, egzotyczne ptaki, hipopotamy, dźwięki plemiennych tam-tamów i na koniec chyba najazd współczesnej cywilizacji... Dalej ostro, Red Light Zone zaczyna się od gitarowych sprzężeń, wzrasta tempo utworu. I znów, niestety, nie słyszymy nic oryginalnego. Gdyby ktoś puścił tę piosenkę w radiu, ciężko byłoby zgadnąć, jaki zespół to gra (a mógłby to grać chociażby Trixter). Potraktujmy ten kawałek jako wypełniacz. Na szczęście Devil's Kiss brzmi już bardziej rasowo i przebojowo. Przyczepić można się tylko do warstwy tekstowej, nieco naiwnej, takiej typowo amerykańskiej, ale przecież ta muzyka była kierowana głównie do amerykańskich nastolatków... Bardzo zgrabna solówka dopełnia dobrą kompozycję. Dear Prudence to cover piosenki The Beatles, zresztą swego rodzaju perełka na tym krążku. Zespół zaskakuje nas krystalicznie czystymi partiami gitar, doskonałym brzmieniem i przednim gitarowym solo. I niech mi ktoś teraz powie, że brzmienie jest bez znaczenia... Kolejny kawałek również bardzo dobry, może nawet najlepszy z całego zestawu. One By One przypomina mi nieco mieszankę The Cult z kompozycjami Steve'a Stevensa z jego wydanej rok wcześniej solowej płyty. Jest dynamicznie, nie za szybko, raczej w przyspieszonym średnim tempie, refren mógłby być bardziej przebojowy, ale ogólnie nie można narzekać. Przyjemnie słucha się też Cold Heart, ciepłej ballady, również jednej z lepszych piosenek w secie. Wygląda na to, że numery z końca albumu są lepsze od tych z początku, może wypadałoby wydawcy zmienić ich kolejność... Płytę zamyka F's Nightmare, utwór instrumentalny, bardzo gitarowy, dużo ostrzejszy od swoich poprzedników, pełen dziwnych dźwięków generowanych z gitary. Jak na mój gust zabrakło tu jakiejś solówki, ale może się czepiam ;) .

Podsumowując jest to krążek godny uwagi, może nie pierwszej potrzeby, za to doskonale urozmaicający hair metalową kolekcję. Powinien spodobać się słuchaczom, którym nie obce są nazwy takie jak Trixter, Bad 4 Good, Slaughter, The Cult, Ratt i Extreme. Nie widziałem jeszcze CD Trouble Tribe w żadnym polskim sklepie muzycznym, niemniej jednak zdeterminowani fani mogą album nabyć poprzez internet po niewygórowanych cenach.

Brak oficjalnej strony zespołu