
Lionsheart - Pride In Tact
Wydawca: Music For Nations
Rok wydania: 1994
- Deja Vu
- I'll Stand Up
- I Believe In Love
- Love Remains
- Something For Nothing
- Pain In My Heart
- Gods Of War
- Stronger Than Steel
- (Take A Little) Piece Of My Heart
- Who's The Wise Man (Jacie's Song)
- I'll Be There
- Relentless
- Love Won't Bring Me Down [tylko w japońskiej edycji]
- Lost In Tokyo [japoński bonus track]
Skład: Steve Grimmett - śpiew; Nick Burr - gitary; Anthony Christmas - perkusja; Zak Bajjon - gitara basowa; Graham Collett - instrumenty klawiszowe, harmonijka
Produkcja: Steve Harris
Po bardzo udanym debiucie brytyjska grupa Lionsheart powróciła na muzyczny rynek z równie udanym albumem drugim. Nastąpiły też pewne przetasowania personalne, bowiem braci Owers na gitarze i basie zastąpili odpowiednio Nick Burr i Zak Bajjon. Zmiany te nie wpłynęły zasadniczo na styl gry zespołu, nadal trzon tegoż stylu stanowiły brzmienia wyspiarskiego hard rocka, skłaniającego się tu i ówdzie ku amerykańskiemu hair metalowi. Pomimo tej ciekawej mieszanki tradycji i mijającej już wówczas mody mody płyta nie zdobyła takiej popularności, na jaką zdecydowanie zasługiwała. Europa i Ameryka w zasadzie wydawnictwa nie dostrzegły, natomiast wielkim zainteresowaniem krążek cieszył się w Japonii. Podobno już w ciągu jednego dnia sprzedano tam 32 000 egzemplarzy, a końcowa sprzedaż albumu sięgnęła stu tysięcy.
Jak już napisałem, Pride In Tact nie odbiega stylistycznie od materiału zaprezentowanego na debiucie. Jest ostro i melodyjnie, całość ozdabia dobrze dobrany do muzyki głos Steve'a Grimmetta. Sposób śpiewania Steve'a może się kojarzyć z takimi tuzami jak David Coverdale czy Ronnie James Dio, aczkolwiek Grimmett śpiewa zdecydowanie "mocniej". Nowy gitarzysta doskonale wpasował się w styl grupy - na płycie aż roi się od ciekawych riffów i genialnych solówek. Te ostatnie są wyjątkowo pomysłowe, technicznie i kompozycyjnie bez zarzutu. Dodam jeszcze, że Lionsheart, choć gra gatunek muzyczny taki jak wielu przed nimi, to jednak zdecydowanie wyróżnia się od tysięcy podobnie grających zespołów. Właściwie nie sposób jest pomylić tej formacji z żadną inną. Płytę promował dynamiczny utwór Deja Vu, do którego zresztą nakręcono teledysk. Nic dziwnego, bowiem jest to jedna z najlepszych kompozycji na krążku i powinna zaspokoić dość szerokie gusta. Jest zarazem ostro, melodyjnie, potężnie, ciężko, można by rzec, że kawałek spełnia wszystkie kanony dobrego hard rockowego utworu, prawdziwy przebój. Moim zdaniem pogorszyło się jednak brzmienie w stosunku do tego, które zespół zaprezentował na debiutanckiej płycie. Innym hitem z pewnością będzie romantyczne I Believe In Love. Sam tytuł zdradza tematykę numeru, oczywiście mowa będzie o miłości. Wiara w miłość jest silna, można by rzec, że jest równie mocna jak głos wokalisty. Niesamowicie zaaranżowana zwrotka, chwytliwy refren i rewelacyjna solówka - uwielbiam tak dopracowane kawałki. Kolejnym moim faworytem jest piosenka Gods Of War. Tutaj napięcie jest stopniowane od intrygującego klawiszowego intro po ostre partie gitar i przejmujący głos Grimmetta. Niewątpliwie jedna z najlepszych kompozycji w karierze grupy. Ciekawostką jest utwór (Take A Little) Piece Of My Heart będący coverem znanej piosenki z repertuaru Janis Joplin. Muszę przyznać, że świetnie spisuje się tu wokalista, a podrasowane względem oryginału gitary dodają temu szlagierowi specyficznego uroku. O ile po oryginał raczej sięgał nie będę, o tyle w wykonaniu Lionsheart kawałek ten jest w stanie mnie zainteresować. Co do reszty piosenek, to nie są one zbyt powalające, co nie oznacza, że są słabe. I'll Stand Up mogłoby w zasadzie ukazać się na poprzednim krążku. Bliższe jest klasyce hard rocka, tej dużo zapożyczającej z bluesa. W Love Remains połączono kilka podgatunków hard rocka, wykorzystano organy Hammonda, a wszystko i tak mieści się w tym charakterystycznym dla "lwiątek" stylu. Uwagę zwróci wspaniała solówka, ale to w sumie nic nowego, bo gitarzystów formacja ta zawsze miała niesamowitych i każde solo na płycie to swoiste arcydzieło. Something Or Nothing wydaje się nieco nudnawe, choć zapewne wykonane na koncercie byłoby dla odmiany jednym z najbardziej porywających kawałków. Wyróżni się jeszcze ballada Pain In My Heart. Gdzieś tam w tle pobrzmiewa blues, można podziwiać grę gitarzysty, który stylistycznie potrafi być kameleonem i wytrawnie miotać się raz to w kierunku bluesa, raz to zapuszczając się w drapieżne rockowe dźwięki. Stronger Than Steel zostało skomponowane chyba tylko po to, by Steve mógł po raz kolejny ujawnić swój nieprzeciętny talent wokalny. Reszta aranżacji jest raczej przeciętna, nawet jak na Lionsheart. Bardziej ciekawie będzie w Who's The Wise Man (Jacie's Song). Interesująco brzmią tu gitary akustyczne, trochę jakby z westernu. Gdzieś już słyszałem coś podobnego, choć akurat w chwili obecnej jakoś żadne konkretne skojarzenie mi do głowy nie przychodzi. I'll Be There jest cięższe od reszty materiału i stylistycznie zapowiada chyba album Under Fire. Płytę zamyka nieco zabawny kawałek o tytule Relentless. Mamy tu rozbrykaną perkusję i galopującą w jej rytmie gitarę, a wokal stara się jakby je dogonić. Szczerze mówiąc tempo utworu jest trochę za szybkie jak na możliwości głosowe Grimmetta, przynajmniej mnie się tak wydaje. Po serii utworów, w których trzeba było dźwięki długo wyciągać, Steve jakby nie może się przyzwyczaić do wokalnej galopady. Niektóre pomysły aranżacyjne przypominają mi tu z kolei pewne patenty z piosenek Davida Lee Rotha z czasów, gdy grali u niego na gitarze Steve Vai i Jason Becker...
Próbuję policzyć dobre płyty, które wyszły pod koniec pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych i dochodzę do wniosku, że niewiele dobrych wydawnictw się wtedy pojawiło. Lionsheart było zespołem grającym wbrew modzie i zarazem wiernym starej stylistyce. Konsekwencją tego był brak wielkiego sukcesu komercyjnego, ale chyba nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że dzięki swojej muzyce i postawie "lwiątka" pozostaną w hard rockowych sercach po wieki.
Oficjalna strona zespołu: www.lionsheart.com