
Lillian Axe - Waters Rising
Wydawca: Metro City Records / Locomotive Music
Rok wydania: 2007
- Waters Rising
- Antarctica
- Become A Monster
- Quarantine
- I Have To Die, Goodbye
- Fear Of Time
- Until The End Of The World
- Fields Of Yesterday
- Thirst
- The 2nd Of May
- Deep In The Black
- 5
Skład: Steve Blaze - gitary, chórki; Derrick LeFevre - śpiew; Eric Morris - gitara basowa; Ken Koudelka - perkusja; Sam Poitevent - gitary, chórki
Produkcja: Steve Blaze i Rob Hovey
Ktokolwiek śledzi na bieżąco "niusy" ze świata hard rocka, wie, że od pewnego czasu w szeregach Lillian Axe gości nowy wokalista - Derrick LeFevre. Zastępuje on godnie Rona Taylora, który kilka lat temu postanowił rozstać się z grupą. Jak wpływa obecność Derricka na twórczość zespołu? Ano dobrze wpływa, barwa jego głosu nie różni się aż tak bardzo od barwy głosu Rona, natomiast same utwory powinny zadowolić wszystkich tych, którym podobał się album Psychoschizophrenia. Płyta Waters Risng stanowi jakby jej naturalny sequel.
Zachęcony dobrymi samplami sięgnąłem po ten krążek. Znajduje się na nim 12 kawałków, z czego 3 były już wcześniej dostępne (2 na Fields Of Yesterday i jeden instrumentalny na solowej płycie Blaze'a), niemniej jednak zostały one ponownie nagrane z LeFevrem na wokalu. Wita nas tytułowe Waters Rising i niemal od razu możemy podziwiać, co potrafi Lefevre. Rzeczywiście podobny głos do Taylora, ale też i zarazem nieco do MacManamona z TNA. Sama kompozycja niby nawiązuje do czasów ostatniego studyjnego krążka, ale też jej klimat zdaje się być mniej przybity, co oczywiście idzie na plus. Mamy XXI wiek i cud, że ktoś jeszcze chce tworzyć taką muzykę. Mnie najbardziej cieszy doskonała forma Blaze'a, zwłaszcza jeśli chodzi o gitarowe solówki, chociaż nie ma tu może nie wiadomo jak wielkiego wymiatania, ale są wspaniale melodie i to jest najważniejsze. Pewnym zaskoczeniem jest dla mnie Antarctica. Pobrzmiewają tu z jednej strony echa grunge'u, jest nieco nawiązań do Alice In Chains, lecz również kawałek zadowoli fanów Black Label Society czy Dokken ( z czasów Dysfunctional). Siła tego numeru to doskonałe połączenie linii wokalnych z podkładami oraz specyficzny klimat kompozycji. Become A Monster jakoś nie za bardzo do mnie trafia, niestety. Nawet pomimo pewnych podobieństw do kawałków, które mi odpowiadają, jak choćby do Dr. Feelgood Motleyów. Riffy sprawiają wrażenie komponowanych na siłę, również wokale tym razem zawodzą. Za to rewelacyjna jest ta zagrywka z klawiszami w środku utworu i to coś po niej, niby to solówka, choć dość to nietypowe rozwiązanie. Dalej pojawia się Quarantine, które cieszy ucho. Niby nic oryginalnego, bo podobne zagrywki słyszałem już setki razy, ale jest w tym pewna świeżość. Może to dlatego, że piosenka brzmi bardzo przekonująco i jest profesjonalnie odegrana... Steve pozwolił sobie też na nieco dłuższe solo niż w poprzednich kompozycjach. Ciekawy efekt osiągnął grając takie solo jako drugi głos równocześnie ze śpiewającym wokalistą. No i mamy na płycie również udaną balladę - I Have To Die, Goodbye. Zaskakuje doskonałe brzmienie i te grunge'ujące riffy w środku, ale o dziwo brzmi to znakomicie, okazuje się bowiem, że i grunge technicznie zagrany może być dobry. O dziwo, jest to jeden z moich ulubionych numerów z tego krążka. Fear Of Time to chyba najbardziej nawiązujący tutaj do hair metalu numer, przynajmniej w podkładach, bo linie wokalne wzięte są jakby z innej bajki. W środku pojawia się ciekawa miniatureczka łudząco przypominająca kilka nut z "Toccaty i Fugi" Bacha, ot taki smaczek, a w połowie kawałka będzie jeszcze trochę wymiatania na gitarze i basie. Kolejna ballada przychodzi wraz z Until The End Of The World i jest to również ballada bardzo udana. Naturalne skojarzenia nasuwają się z World Stopped Turning z "dwójki", ale oba numery nie są do siebie aż tak podobne. Tutaj pan Blaze zagrał bardzo słodziutką solóweczkę, z jednej strony pasującą tu "średnio na jeża", ale też i nie szpecąca zbytnio ogólnego konceptu. Komu jeszcze mało ballad, ten dostanie Fields Of Yesterday. Zaraz wyruszę na poszukiwania informacji o gitarach akustycznych, jakich używa Steve, bo bardzo podoba mi się ich brzmienie. Odpowiednie brzmienie i odpowiednie melodie dają wybuchową mieszankę. Jeszcze jedna dobra pozycja na krążku, chociaż jak na mój gust utwór jest nieco za długi. Thirst niestety jakościowo odbiega już od reszty materiału, ale z drugiej strony nie jest to też piosenka nowa. Była ona dołączona jako bonus track do japońskiego wydania Fields Of Yesterday i o dziwo, tym razem Japończycy nie dostali nic szczególnie wartego uwagi, jeśli mam być szczery. Kawałek taki sobie, solówka poprawnie zagrana, ale nie powalająca, jedyny przysmak to te neoklasyczne melodyjki gdzieś w tle pośrodku numeru. Ileż można naładować ballad na album? Jak się okazuje, dużo. The 2nd Of May nie jest kompozycją złą, niemniej jednak w porównaniu z poprzedniczkami jakoś wydaje się być nużąca. Środek wydaje się być grany bez jakiegoś szczególnego przemyślenia, lepiej jest już z solówką, choć i ona całości jakoś nie wybroni. Do słuchania czegoś takiego naprawdę trzeba mieć odpowiedni nastrój. Na szczęście Deep In The Black to już pozycja znacznie ciekawsza. Symfoniczne elementy tworzą bardzo ciekawy tajemniczy klimat, uwielbiam takie wstawki. Kiedy się tego słucha, na myśl przychodzą opowieści typu Kuba Rozpruwacz lub Dr. Jackyll i Mr. Hyde. Mimo wszystko można by skrócić ten kawałek o co najmniej 2-3 minuty, na pewno nie straciłby on nic ze swego uroku. Na końcu krążka kompozycja instrumentalna o tytule 5, czyi coś dla fanów gitarowego wymiatania. Jest to kawałek zaczerpnięty z solowego wydawnictwa Steve'a Blaze'a, dość ciężki w podkładach, bardzo nowoczesny (o ile można tak powiedzieć o dźwiękach z połowy lat '90). Różne jego momenty wypadają różnie... Niektóre są bardzo przemyślane, inne wydaja sie być improwizowane bez przekonania, ale ogólnie wypada to znakomicie.
Minęła dopiero połowa bieżącego roku, a ja już jestem pewien, że ten krążek będzie znajdował się w moim tegorocznym Top 10. Czekałem na niego z niecierpliwością i się doczekałem. Nie jest to album idealny, znalazło się na nim kilka niezbyt udanych numerów, ale w zalewie dziwnych wydawnictw z pewnością to jest akurat godne uwagi.
Oficjalna strona zespołu: www.lillianaxe.com