Liesegang  / White - Visual Surveillance Of Extremities

Liesegang / White - Visual Surveillance Of Extremities

Wydawca: Escape Music
Rok wydania: 2005

  1. A Prayer For The Dying
  2. Snake Eyes
  3. Last Temptation
  4. Worlds Collide
  5. New Addiction
  6. Vivaldi (instrumental)
  7. Gathering
  8. Lost Horizons
  9. Ballad Of Bible John
  10. Black Winter
  11. Old Father Time (instrumental)

Skład: Doogie White - śpiew; Bill Liesegang - gitara, gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Barry Fitzgerald - perkusja; Thomas Lang - perkusja; P.J. Phillips - gitara basowa; Si Mulvey - gitara basowa; Roger Scott Craig - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Bill Liesegang

Liesegang / White to wynik aliansu dwóch znanych muzyków, Billy'ego Lieseganga i Dougiego White'a, chociaż można ten projekt rozpatrywać także jako solową płytę Lieseganga. Dougie to osoba już dość dobrze znana czytelnikom naszego serwisu, wszak udzielał się wokalnie w Rainbow, Cornerstone czy w zespole Yngwie Malmsteena. Pokrótce spróbuję zatem przedstawić sylwetkę angielskiego gitarzysty Billy'ego Lieseganga. Billy zaczynał swoją karierę muzyczną w grupie Xero, która była typową grupą grającą NWOBHM. Później Liesegang poświęcił się karierze muzyka sesyjnego, a w jego portfolio można odnaleźć liczne sławy muzyki wszelkiej, z którymi współpracował, w tym m. in. Ninę Hagen, Roda Stewarta i 101 South, w międzyczasie odrzucił propozycję dołączenia do Motörhead. W 1996 r. nagrał pierwszą solową płytę o tytule No Strings Attached pod szyldem Liesegang, gdzie wokalistą został dobrze znany rockowej publiczności Glenn Hughes. Kolejny, nawet bardziej udany eksperyment to płyta Visual Surveillance Of Extremities z 2005 r. wydana pod nazwą Liesegang / White, będąca przedmiotem niniejszej recenzji.

Okładka albumu może zmylić niejednego poszukiwacza muzyki zgodnej z jego gustem. Kiedy przypomnę sobie, jak wiele lat temu wyszukiwałem nowych płyt wartych zakupu, nie raz kierowałem się okładką. Czasy były inne niż obecnie, nie było Internetu tak powszechnego jak obecnie (druga połowa lat '80), pisma poświęcone melodyjnym odmianom muzyki rockowej w zasadzie w Polsce nie istniały, pierwsze numery Metal Hammera dopiero zaczęły się pojawiać, mało kto miał dostęp do niemieckich wydań Bravo, a podziemne ziny poświęcone były ekstremalnym gatunkom metalu. Nie znając nazw zespołów grających podobnie do naszych ulubionych, ja i wielu moich kumpli kierowaliśmy się po prostu tym, co przedstawiała okładka. A jak okładka przedstawiała kilku kolesi z natapirowanymi fryzurami i jak wylewał się z niej spray do włosów, to album musiał być dobry ;) Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Otóż pewnych przyzwyczajeń ciężko się pozbyć, nawet w dzisiejszych czasach, które oferują wręcz nieograniczone możliwości poznawcze - możemy słuchać sampli w Internecie, istnieją specjalistyczne czasopisma i serwisy informacyjne. Gdybym zobaczył najpierw okładkę do Visual Surveillance Of Extremities, to pewnie nie zainteresowałbym się tą płytą, hair metalowo to ona nie wygląda. Mamy tu jakieś oko na tle kosmosu, a na froncie sylwetkę skaczącego człowieka robiącego w powietrzu przewrót w przód lub w tył, zależy od której strony się na to patrzy. Okładki tego typu mają zazwyczaj zespoły grające rock progresywny, które lubię raczej wybiórczo, do tego dochodzi jeszcze fakt, że sam tytuł albumu brzmi jak rodem z kapel grind core'owych a' la Napalm Death czy Terrorizer. Okazuje się jednak, że krążek ten to kawał solidnego melodyjnego rocka. Start płyty jest ostry, wita nas ostry dynamiczny riff, kojarzący się z ostrzejszymi i szybszymi gatunkami rocka czy metalu. Najpierw mamy efekt przejścia dźwięku między głośnikami, przywodzący na myśl efekty stereo modne gdzieś pod koniec lat '80 (pamiętacie, jak wykorzystała to Metallica na ... And Justice For All, kiedy przelatywał nam między głośnikami helikopter?). Dźwięk pojawia się raz to w jednym głośniku, raz to w drugim, A Prayer For The Dying przechodzi w ostrą galopadę, może nieco w stylu power metalowym, ale o dziwo brzmi to znakomicie. Bardzo sprawnie działają tu centralki perkusji, kawałek niepowstrzymanie biegnie do przodu, a w środku rewelacyjny riff, znacznie wolniejszy od całości kawałka i bardzo zgrabnie w niego wpleciony. Płytę warto byłoby kupić chociażby dla tego jednego numeru, ale na deser dostaniemy jeszcze kilka innych równie dobrych. Po takiej dawce dynamiki dostajemy całkowitą niespodziankę w postaci Snake Eyes. Toż to wspaniałą gratka dla fanów bluesującego hard rocka w stylu Whitesnake, fani Davida Coverdale'a powinni być wniebowzięci (Give Me All Your Love, Fool For Your Loving od razu przychodzą na myśl). Doskonała kompozycja, zaczynająca się od akustycznego bluesa z harmonijką, dalej przechodząca w tempo szybsze od średniego. Last Temptation, trzecia pozycja na krążku, po raz kolejny zaskakuje zmianą klimatu. Wyobraźcie sobie jakiś głos dziecka przepuszczony przez sampler powtarzający wciąż te same dwa słowa, a zaraz potem ciężkiego hard rocka plasującego się gdzieś pomiędzy Black Label Society a Alice In Chains, do tego z wokalami w stylu Ozzy'ego Osbourne'a, w środku jeszcze melorecytacje jak w Midlife Crisis Faith No More. Ogólnie nie przepadam za takim graniem, ale ten utwór bardzo mi się podoba, słychać, że muzycy odwalili kawał naprawdę dobrej roboty. Znów zmiana stylistyki - Worlds Collide to bluesująca ballada, po części przypominająca podobne nagrania Gary Moore'a czy Steviego Ray Vaughana, tyle tylko że specyficzny głos Dougiego tworzy tutaj charakterystyczny klimat. Początek solówki już jakbym gdzieś słyszał, jest wolna, nieco słodkawa, ale przednia. Bezsprzecznie jeden z najlepszych kawałków w secie. Co do New Addiction mam mieszane odczucia, ale ogólnie mi się on podoba. Pewne momenty za bardzo kojarzą mi się z dokonaniami zespołów grających muzykę alternatywną, zwłaszcza linie gitary basowej i perkusji. Na szczęście Billy zapodał nam też nieco gitarowych popisów, w samej piosence mamy ciekawe przestrzenne zwrotki i intrygujący refren. Po nim następuje "cover" muzyki poważnej, Lato Presto Antonio Vivaldiego tutaj zatytułowane po prostu Vivaldi i zagrane z rockowym pazurem. Z wielką uwagą przysłuchuję się temu numerowi z kilku powodów. Raz, że uwielbiam ten kawałek w oryginale, dwa, że sam go gram na gitarze z przesterem i trzy, że znam jeszcze kilka innych przeróbek tej kompozycji, m. in. w wykonaniu At Vance (wersja power metalowa) i Jeana Michaela Jarre'a (również gitarowa z przesterem). Muszę przyznać, iż Liesegangowi dobrze to wyszło, jego wersja podoba mi się bardziej od wersji At Vance, chociaż brznmią dość podobnie. Perełka. The Gathering nie kojarzy mi się z niczym i nie wiem, czy to dobrze, czy źle ;) A poważnie, to na siłę można doszukać się pewnych podobieństw. Jest tu trochę z Jimiego Hendriksa (paskudny ten język polski, ponieważ w przypadkach zależnych wymusza zamianę "x" na "ks" i ten Hendrix coś nieswojo wygląda, heh), charakterystyczne brzmienie gitar Fendera na przetworniku zwanym singlem, może połączonym z humbackerem, jest tu coś ze starego Rainbow i Deep Purple, może trochę coś z nowego Malmsteena (ale tylko brzmieniowo plus solówka). Utwór technicznie bez zarzutu, czy dobry, kwestia gustu i pozostawiam ją indywidualnym ocenom słuchaczy. Powrót do bardziej typowych hard rockowych schematów następuje wraz z Lost Horizons. Tutaj to już Rainbow i wczesny Yngwie Malmsteen (wczesny w znaczeniu najstarszych jego płyt, a nie w znaczeniu Malmsteena, który wstał wczesnym rankiem ;)). Charakterystyczne tempo dla tych nagrań, no i głos Dougiego brzmiący jak coś pomiędzy Joe Lynn Turnerem a Jeffem Scottem Soto z pewnością zadowolą fanów takiego grania. The Ballad Of Bible, cóż za prowokujący tytuł! Zawartość to nowoczesny hard rock, bardzo kojarzący się z dokonaniami Black Label Society i trzecią płytą Lionsheart (ale te płyty wyszły znacznie później, ciekawostka) czy z Dysfunctional Dokken, która ukazała się w tym samym roku, gitarowe solo wraz z podkładem idealne dla Harleyowców wszelkiej maści. O dziwo, podoba mi się to, chociaż ta stylistyka jest raczej rozbieżna z moim gustem. Coś dla fanów Dio przynosi Black Winter. Kompozycja przeznaczona do odsłuchiwania podczas niekoniecznie kulturalnej degustacji piwa, najlepiej w jakimś pubie i to z wieczora, koniecznie w sobotę, ewentualnie następnego dnia z rana (dobra na kaca, polecam) ;). Dla odmiany fanów Star Treka powinna zainteresować ostatnia pozycja na krążku, Old Father Time. Pełno tu jakichś kosmicznych dźwięków rodem z pierwszych wynalezionych syntezatorów, może to i ukłon w kierunku Jarre'a, kto wie. Jest też co nie co z co bardziej lirycznych utworów Satrianiego, odegranych jednak jakby nieco bardziej w stylu Ritchiego Blackmore'a, dużo zagrywek ilustracyjnych.

Wady krążka? Poza okładką, to chyba przyczepić można się tylko do brzmienia gitary i talerzy perkusyjnych, bo są one jakby za bardzo matowe, rozmyte, zlane. Zawartości kompozycyjnej zarzucić nie można zupełnie nic, poszczególne kawałki różnią się od siebie i tak powinno być. Płyta ze wszech miar bardzo dobra, może nie odkrywcza, ale na pewno w dużej mierze eksperymentalna. Prasa muzyczna doceniła jej piękno i szkoda tylko, że album został niemal całkowicie olany przez słuchaczy. Czytałem niedawno na jednym z muzycznych forów wypowiedzi ludzi dobrze znających się z członkami grupy, z których wynikało, że sprzedaż krążka była niesamowicie niska. Może by tak było warto podnieść nieco te statystyki i zakupić owo wydawnictwo. Z czystym sumieniem płytę polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.bill-liesegang.piczo.com