Cornerstone - Human Stain

Cornerstone - Human Stain

Wydawca: Massacre Records / Marquee
Rok wydania: 2002

  1. Unchosen One
  2. Wounded Land
  3. Some People Fly
  4. Singing Alone
  5. House Of Nevermore
  6. Midnight In Tokyo
  7. Forever Young
  8. Future Rising
  9. Resurrection Sympathy
  10. Sail On Stormy Waters
  11. Candy Man [japoński bonus track, edycja z Marquee]

Skład: Dougie White - śpiew; Kasper Damgaard - gitary elektryczne i akustyczne; Steen Mogensen- gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Allan Sørensen - perkusja
Gościnnie: Rune Brink - dodatkowe partie instrumentów klawiszowych; Kenny Lubkce - chórki; Anne Murillo - chórki [5]; Peter Brander - gitara slide [9]; Jacob Kjaer - pierwsze gitarowe solo [5]; Tony Rahm - trzecie gitarowe solo [5]

Produkcja: Steen Mogensen

Po niezbyt oryginalnym aczkolwiek udanym debiucie dowodzona przez Dougiego White'a i Steena Mogensena formacja Cornerstone powraca ze swym drugim albumem w 2002 r. O ile pierwszy krążek mógłby w zasadzie być jedną z płyt w dyskografii Royal Hunt, czy tez solowym wydawnictwem Steena, o tyle Human Stain to bardzo odważny krok w kierunku ukształtowania własnego stylu gry. Coraz więcej do powiedzenia w sprawie kształtu utworów ma wokalista Dougie, co ogólnie wychodzi zespołowi na dobre.

Tak się akurat składa, że nie zapoznawałem się z nagraniami Cornerstone w takiej kolejności, w jakiej zostały wydane. Debiutancki krążek poznałem dopiero po albumie drugim i trzecim, po prostu, wstyd się przyznać, jakoś przegapiłem fakt powstania takiego zespołu jak Cornerstone. Kiedy więc dostała się w moje ręce recenzowana płyta, wręcz chirurgicznie trzeba mi było zdejmować wyraz zadowolenia z twarzy. Okazało się bowiem, że grupa gra w bardzo zbliżonym stylu do Rainbow z epoki, kiedy śpiewał w niej również Dougie White (Stranger In Us All, 1995 r.). Otwierające krążek Unchosen One mogłoby się z powodzeniem znaleźć na wspomnianej płycie Tęczy, bo to ten sam wysoki poziom wykonawczy i ten sam flirt z wielkim przebojem. Ilekroć słyszę takie kompozycje, zastanawiam się nad rolą wokalisty w zespole. Chociaż w muzyce rockowej przewodnią rolę odgrywa gitara, jednak, jak niejednokrotnie można usłyszeć, taką samą role odgrywa głos wokalisty. Mając w zespole takiego muzyka jak White można nagrywać same dobre płyty i aż dziwię się, czemu mój niegdysiejszy idol Malmsteen posiadając w składzie Dougiego takichże nie nagrywa. Wróćmy jednak do samego utworu. Wyobraźmy sobie dynamiczne partie gitar rodem z Rainbow, podobne linie wokalne, a do tego mała domieszka sekcji rytmicznej zapożyczonej jakby z Royal Hunt (macierzysta niegdyś formacja Steena i Alana, jak by nie było), pulsująca żwawo niekoniecznie z tyłu, no i wszystko doprawione gustownymi klawiszami. Taki kawałek musi robić spore wrażenie i na mnie zrobił takie, że już przy pierwszym odsłuchiwaniu płyty zapodałem go sobie kilka razy z rzędu. Tak, to zdecydowanie album, na który czekałem kilka lat. Kolejny numer na kilkukrotne przesłuchanie to Wounded Land. Przepis na przebój ten sam co u poprzednika, chociaż tutaj należałoby dodać, że poza wspaniałymi melodiami i solówką, wiele osiągnięto również znakomitemu brzmieniu instrumentów brzmiących niesamowicie selektywnie (zapewne zasługa to Steena, który jest znakomitym producentem). Żaden instrument nie wysuwa się na przód, wszystkie graja równie głośno i o dziwo brzmi to rewelacyjnie. Jest to jedna z moich ulubionych kompozycji Cornerstone i chyba w ogóle jedna z najlepszych w ich dyskografii. Po takiej dawce typowo studyjnych kawałków nadszedł czas na coś bardziej klubowego. Some People Fly idealnie nadawałby się do wykonania na żywo, typowo koncertowy utwór, choć oczywiście i słuchany z płyty wypada przednio. Jest to jeden z utworów z repertuaru zespołu, który łączy w sobie stylistykę gry a'la lata '80 i ''70 z pewną przewagą na korzyść tych ostatnich. Przyznam się, że dokonania muzyczne wykonawców z lat '70 w większości mnie nie porywają, ale dzięki Cornerstone zaczynam patrzeć na bardziej życzliwym okiem i uchem. Wychodzi na to, że było wtedy sporo dobrej muzy, tyle że brzmienie było niestety niedopracowane. Dodam jeszcze, że ten kawałek stanie się poniekąd wzorem dla kilku innych, nagranych na późniejszych płytach grupy. Hard rockowa płyta bez ballady? Niby to możliwe, ale i zarazem mało prawdopodobne, zatem i tutaj mamy balladę. Singing Alone w zasadzie nie ustępuje wszelkim klasykom z tej konwencji, bardzo udany numer z wpadającym w ucho refrenem i charakterystycznym kołyszącym się rytmem. Popuszczając wodze fantazji, wspaniale musi on brzmieć w jakimś niewielkim klubie podczas koncertu, a i do ogniska nadałby się niewątpliwie. Zaraz po nim następuje typowo "cornerowy" kawałek Future Rising. na jego przykładzie można zademonstrować komuś talent Dougiego White'a. Bardzo charakterystyczne dla tego wokalisty linie głosu i na szczęście także charakterystyczne dla samego zespołu. Za takie (między innymi) utwory uwielbiam tę formację. Siła grupy tkwi moim zdaniem chyba przede wszystkim w tych smaczkach przemycanych tu i ówdzie. na pewno znajdziemy więcej kapel grających bardziej skomplikowaną muzykę, bardziej rozbudowaną, może i bardziej wyszukaną. Cornerstone gra dość prosto jak na ten gatunek, ale właśnie wspomniane smaczki znacznie podnoszą wartość tego zespołu ponad inne. Wszystko jest dopracowane, dopięte na ostatni guzik, poczynając od brzmienia, poprzez wyważone proporcje między instrumentami, aż po ostateczne aranżacje. Tutaj takimi smaczkami są jakby przytłumione talerze perkusji, głos Dougiego w refrenie oraz solówka, którą raz po raz gitara wymienia się z klawiszami, po prostu bajka. House Of Nevermore to jakby mieszanka stylistyki grania z lat ''70 (te Hammondy), stylu gry Royal Hunt z malutką domieszką "akustycznego" Malmsteena oraz pewnych elementów z debiutu Cornera. Bardzo ciekawie osiągnięto tu efekty brzmienia przestrzennego, ale nic w tym dziwnego, w końcu w jakimś tam stopniu grupa czerpie ze spuścizny mistrzów takich aranżacji, z samego Royal Hunt (swoją droga zespół jakoś niezbyt doceniany w Polsce, chyba pokusze się o zrecenzowanie kilku jego płyt). Było spokojniej, to teraz znów ostrzej. Midnight In Tokyo to jeden z moich faworytów, zarówno z tego krążka, jak i z całej dyskografii w ogóle. Podoba mi się tu i refren i zwrotki, ponadto i teksty robią na mnie wrażenie. Kawałek ma w sobie siłę błyskawicy, trafiającej piorunem w mój gust. Wnioski te same, co przy poprzednikach, plus jeden ponadto - zespół posiadł niezwykle rzadką ostatnio umiejętność dopasowywania gitarowych solówek do podkładów, lub też podkładów do solówek, mało to wazne, grunt że wypada przednio. Może i Kasper Damgaard nie należy do wirtuozów gitary, ale co z tego, skoro swoją kreatywnością i smakiem muzycznym bije niejednego z nich. Robi swoje dobrze i pasuje to do stylu Cornerstone, szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie już nikogo innego na jego miejsce. Na moim wydaniu płyty dalej następuje Sail On Stormy Waters, utwór dość silnie nawiązujący do Deep Purple czy Rainbow (tego z lat '70),l może to za sprawą tych Hammondów, aczkolwiek ogólne aranżacje również penetrują owe klasyczne klimaty. Znów potęga brzmienia decyduje o tym, że kompozycja jest... potężna :) Kobieca publiczność powinna pokochać ten numer, choć mogę się mylić, niemniej jednak każdemu polecam zapoznanie się z nim. Skoro wcześniej poświęciłem nieco miejsca na muzyczne smaczki, w Resurrection Sympathy muszę wspomnieć o gitarze slide, która ubarwia tę kompozycję. Niestety głos Dougiego przepuszczono tu przez jakiś sampler, co akurat mi się nie podoba. Po prostu uważam, że wokaliści tej klasy nie potrzebują takich "dopalaczy", gdyż sami potrafią zaśpiewać dużo lepiej własnym naturalnym głosem. Szkoda, bo przez taki zabieg trafił się jedyny nienajlepszy kawałek na krążku. Poprawka, kawałek jest w zasadzie całkiem niezły, tylko te linie wokalne...No nic, na końcu zaserwowany został Forever Young poziomem dorównujący najlepszym utworom z krążka. Klimatycznie najbliżej mu do dokonań Royal Hunt, ale bardzo dużo daje tu ekspresyjny głos Dougiego, znów jakby zaczerpnięty ze Stranger In Us All. Silne wrażenie robią na mnie partie klawiszy tuż przed solówką (później jeszcze powtórzone) i to przyspieszenie tempa w samej solówce. Bezsprzecznie Cornerstone potrafi budować napięcie jak mało kto.

Zdaję sobie sprawę, że moja opinia będzie bardzo subiektywna (a która zresztą nie jest?), ale uważam Human Stain za jedną z najlepszych płyt hard rockowych XXI wieku. Dla mnie jest to jedna z czołowych kapel grających współcześnie i cieszy mnie, że na kolejnych albumach grupa nie odeszła zbytnio od stylistyki obranej na tym krążku, podobnie jak cieszy mnie, że nie podążała dalej muzyczną ścieżką zaprezentowaną na debiucie. Dzięki temu nie jest klonem Royal Hunt, a przy okazji zaspokaja nostalgiczne zapotrzebowanie na kompozycje w stylu tych ze Stranger In Us All Rainbow. Na sklepowych półkach raczej tego krążka nie ujrzymy, ale warto go sprowadzić (niemal) za każdą cenę.

Oficjalna strona zespołu: www.cornerstonemusic.dk