Ken Hensley & Live Fire - Faster

Ken Hensley & Live Fire - Faster

Wydawca: earMusic / Edel Records
Rok wydania: 2011

  1. Set Me Free (From Yesterday)
  2. The Curse
  3. I Cry Alone
  4. Katrine
  5. Faster
  6. Slippin' Away (The Lover's Curse)
  7. The End Of Never
  8. Beyond The Starz
  9. (At) The Last Minute
  10. Somewhere (In Paradise)
  11. Fill Your Head (With Rock)
  12. Circle Of Hands (with The Norwegian Radio Orchestra) [bonus]

Skład: Ken Hensley - śpiew, instrumenty klawiszowe, organy Hammonda, mini-moog, gitary, chórki; Eirikur Hauksson - śpiew, gitara, chórki; Ken Ingwersen - gitara prowadząca, chórki; Sid Ringsby - gitara basowa, chórki; Tom Arne Fossheim - perkusja; The Norwegian Radio Orchestra w [12]

Produkcja: Ken Hensley

Ken Hensley zasłynął jako członek klasycznego składu Uriah Heep i znany jest jako kompozytor lub współkompozytor wielu przebojów z pierwszego okresu kariery tej hard rockowej formacji. To on maczał palce w takich hitach jak m. in. Lady In Black czy Easy Livin', a brzmienie jego Hammondów było jednym ze znaków rozpoznawczych stylu gry Uriah Heep.

Z grupą tą jednak Ken rozstał się w 1980 r. niezadowolony z kierunku, w jakim zespół zmierzał. Przez kolejne lata aż po dziś dzień muzyk pozostał aktywny angażując się w różne projekty i działalność solową. Może nie był osobą pierwszoplanową w mediach, ale wciąż coś nagrywał. Jedną z pierwszych aktywności był jego zespół Shogun, potem po przeprowadzce do USA uformował Ken Hensley Band, szybko też dołączył do Blackfoot, z którą to ekipą nagrał dwa krążki. Miał za sobą krótkie gościnne epizody w nagraniach W.A.S.P., Cinderelli i wielu innych załóg. Czasami spotykał się z innymi byłymi członkami Uriah Heep i koncertował lub nagrywał z nimi materiał (choćby pod szyldem Hensley/Lawton Band), ale przede wszystkim zarejestrował całą masę płyt solowych. Ostatnia z nich to pochodzące z 2011 r. Faster, wydane wraz ze złożonym ze skandynawskich muzyków zespołem Live Fire, który dotąd od jakichś pięciu lat towarzyszył Hensleyowi na trasach koncertowych. Na start idzie Set Me Free (From Yesterday) ze swym bardzo tajemniczym początkiem. Piosenka rozkręca się w stylu dobrze znanym z Uriah Heep, później nawet pojawia się to jakże charakterystyczne brzmienie Hammondów. Wokalista też swym głosem w udany sposób naśladuje takich gardłowych jak Byron czy Shaw. Gitarowa solówka także na odpowiednim poziomie (podkład pod nią notabene jakoś kojarzy mi się ze starym Black Sabbath) i numer apetycznie zapowiada płytę. Klimat zmienia się na weselszy w nagraniu zatytułowanym The Curse. Kompozycja jest strukturalnie prostsza, a przy tym bardziej skoczna i melodyjna, co czyni z niej łatwo wpadający w ucho utwór. Zmiana nastroju następuje w połowie ścieżki i szczerze mówiąc mnie ten zabieg kręci - tempo mocno zwalnia, brzmienie robi się jakby rozmarzone, sentymentalne, z pewnością bardziej klimatyczne. I Cry Alone epatuje bluesem i ja tu nawet doszukiwałbym się podobieństw do stylu gry Gary'ego Moore'a, z tym że wokalnie bliżej jest z kolei do Davida Byrona z czasów mniej więcej Demons And Wizards. Nie wiem, w jakiej kolejności powstawały poszczególne ścieżki, ale muszę stwierdzić, że ich układ na krążku bardzo mi pasuje. Hard rockowy riff napędowy utworu Katrine jest zadziwiająco podobny do Man On The Silver Mountain autorstwa Rainbow. Dalej już nieco inne melodie, ale wciąż w podobnych klimatach - to chyba nie może być przypadek. Całkiem miłe dla ucha deja vu. Tytułowe Faster wzięło się podobno z zamiłowania Kena do wyścigów Formuły 1, co oczywiście wymusza szybsze tempo kawałka, ale znowuż nie tak szaleńczo szybkie. W zasadzie numer jest utrzymany w tempie średnim, nieco tylko podbitym. Rytmiką i sposobem wydobywania dźwięków kojarzy mi się z tysiącami nagrań amerykańskich zespołów hair metalowych i pop rockowych z lat '80. Bardzo lekko strawna ścieżka z wesoło brzmiącym refrenem. Zapewne szerokiemu gronu słuchaczy niekoniecznie rockowych przypadnie do gustu zgrabne i przyjazne radiu Slippin' Away (The Lover's Curse). Taka mieszanka rocka, popu i country, bez zapierającego dech w piersiach kombinowania, ale co tu dużo mówić, miła dla ucha. The End Of Never brzmi tak, jak byśmy zmieszali wpływy Bryana Adamsa z Nazareth, dodali trochę amerykańskiego modern rocka, ale wciąż dbali o rock'n'rollowe melodie. Niby wszystko jest tu OK, ale jakoś ten kawałek nieszczególnie do mnie trafia. W nadzwyczaj przyzwoitym Beyond The Starz powracają echa Uriah Heep i Rainbow, co raz jeszcze zapisuję na plus. Moim zdaniem lepiej byłoby bez tych damskich chórków, ale z tego co widzę i słyszę, to raczej mało kto moje zdanie chce podzielać. Cóż, kwestia gustu. Tak czy inaczej, bardzo fajna piosenka, która powinna spodobać się fanom wokalnego talentu Dougiego White'a (głos wokalisty w pewnych rejestrach między obydwoma panami brzmi bliźniaczo). Wyróżnię dodatkowo zgrabną solówkę z przyciągającymi ucho podciągnięciami strun. Od pierwszych nut (At) The Last Minute słychać, że tą pozycją Hensley celuje w rynek amerykański. Znów coś z muzyki country, tyle że wszystko zagrane na rockową modłę, jak u "późnego" Bryana Adamsa. Fajnie się takich rzeczy słucha podczas długiej jazdy samochodem czy pociągiem, ale na jakieś artykulacyjne smaczki nie ma co liczyć. Somewhere (In Paradise) startuje z takim samym tempem jak poprzednik, co trochę mnie razi. Również tutaj mamy jakieś wpływy muzyki country i szczerze mówiąc, zaczyna mnie to nużyć. Linie wokalne też jakby trochę za słodko brzmiące. Formalnie wszystko w porządku, choć nie bardzo w moim guście. Lepiej, znacznie lepiej jest z Fill Your Head (With Rock) - tu już bardziej rockowo, no i wokalista też przypomniał sobie o mocnej, rockowej artykulacji. Trochę śmiesznie wypada moment, kiedy gardłowy zapytuje zawadiacko "are you ready?", a jakiś chórek odpowiada "yeaaah" i wokalista dodaje "me too". Pochody akordowe w partiach gitar trochę proste, lecz to bez znaczenia, bo ścieżka całościowo jest bardzo chwytliwa. Za jej połową mamy jeszcze organowo-kościelne smaczki, co tylko podnosi jej walory. Amatorów hammondowych brzmień i starego dobrego Uriah Heep z pewnością ucieszy nagranie bonusowe Circle Of Hands. Zarejestrowane na żywo z udziałem norweskiej orkiestry wypada nadzwyczaj dobrze. Brzmienie utworu jest klarowne, dopracowane i w sumie daleko od studyjnego nie odbiega. Daje się tu wyczuć klimat końca lat '60 i początku '70, co zapewne było efektem zamierzonym.

Podstawową zaletą płyty, oprócz oczywiście udanych kompozycji, są dobrze wyważone partie poszczególnych instrumentów. Mimo iż Hensley to klawiszowiec, klawisze nie wybijają się do przodu i album jest bardzo gitarowy. Nie zabrakło oczywiście klimatów a'la Uriah Heep, więc fani tego zespołu i solowej twórczości Hensleya, czy też miłośnicy dobrego klasycznego hard rocka mogą krążek kupić w ciemno.

Oficjalna strona artysty: www.ken-hensley.com