
Keel - Keel
Wydawca: MCA Records
Rok wydania: 1987
- United Nations
- Somebody's Waiting
- Cherry Lane
- Calm Before The Storm
- King Of The Rock
- It's A Jungle Out There
- I Said The Wrong Thing To The Right Girl
- Don't Say You Love Me
- If Love Is A Crime(I Wanna Be Convicted)
- 4th Of July
Skład: Ron Keel - śpiew, gitary, instrumenty klawiszowe; Bryan Jay - gitara prowadząca, chórki; Marc Ferrari - gitara prowadząca, chórki; Kenny Chaisson - gitara basowa, chórki; Dwain Miller - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: Jaime St. James - chórki w [6, 9]
Produkcja: Michael Wagener
Keel był dla mnie zawsze zespołem drugoligowym. Nie to, bym mógł coś szczególnie zarzucić chłopakom, ale jakoś ich nagrania zawsze pozostawały w tyle za innymi grupami, które powstawały w podobnym okresie. Jeśli tak przyjrzeć się pierwszej połowie lat '80, to Ratt czy Dokken miały ciekawszy materiał do zaprezentowania. W drugiej połowie ery hair metalu te same formacje nagrały swoje najlepsze krążki, Keel zresztą też, ale nadal kompozycje Rona i spółki pozostawały w tyle za tymi kapelami, a bliżej początku lat '90 panowie nie mieli z kolei szans z ówczesnymi gwiazdami jak Winger czy Firehouse. Trochę to dziwne, bo członkowie Keel, a przynajmniej jego główny trzon, nie byli przecież nowicjuszami w muzycznym biznesie...
Ron, który użyczył swego nazwiska nazwie zespołu, miał za sobą występy z Yngwie Malmsteenem w grupie Steeler (tej amerykańskiej, nie mylić z niemiecką formacją Pella). Bostoński gitarzysta Marc Ferrari udzielał się w mniej znanej grupie Steel Assassin, a basista Kenny Chaisson miał za sobą przygodę z Metal Beast. Obiektywnie słuchając muzyki proponowanej przez zespół nie sposób odmówić chłopakom umiejętności technicznych, natomiast charakterystyczny wydaje się brak pomysłów. Zdarzyło się na poprzednich płytach kilka naprawdę niezłych kawałków, ale zawsze połowa każdego krążka to były po prostu takie wypełniacze. Na czwartym albumie, zatytułowanym Keel, sytuacja ulega nieco poprawie, kompozycji godnych uwagi jest nieco więcej. Płyta uchodzi zresztą za najlepszą w dyskografii zespołu, twierdzą tak fani, recenzenci i... ja. Wydawnictwo otwiera udany numer United Nations, typowy rocker utrzymany w średnim tempie. Początek to jakby ukłon w stronę klimatów orientalnych, jakby specjalnie zmajstrowany dla Japończyków. Dalej wchodzą nieco ospałe wokale Rona i w sumie to właśnie linie wokalne są tu najsłabszym ogniwem. Granie dość mało oryginalne, zwłaszcza jak na rok wydania dzieła, ale przyzwoite, a zyskuje sporo, gdy słucha się tego odpowiednio głośno. Więcej siły ma kolejny Somebody's Waiting, jedna z lepszych kompozycji w zestawie. Typowy dla lat '80 numer ze względnie spokojnymi zwrotkami i zapadającym w pamięć refrenem wzmocnionym chórkami. Stylistyka gry przypomina mi niektóre kawałki Alice Coopera z podobnego okresu i nieco solowego Kane'a Robertsa, ale gdybym miał wybierać z dwóch ostatnich, kto gra lepiej, to postawiłbym jednak na Keela. Robi się jeszcze lepiej, gdy następuje Cherry Lane, hard rockowy numer z wysoko brzmiącymi akordami, a przy tym bardzo melodyjny. Znów wspaniałe chórki, ponadto świetne melodie i ogólnie kompozycja nadzwyczaj składna. Pewnie dlatego jest to jedno z moich ulubionych nagrań tego zespołu. Ilekroć słucham tego krążka, to na jednorazowym przesłuchaniu tej piosenki się nie kończy. Calm Before The Storm to dość typowa dla tego okresu ballada, kojarząca mi się nieco z Warrantem (to użycie klawiszy), choć oni akurat grali trochę później.Pomijając oczywiście samą barwę głosu Rona, to sposób śpiewania i akcentowania również przypomina mi manierę wokalną Janiego. Piosenka z ukierunkowaniem na płeć piękną i kto wie, czy aby nie jedna z najbardziej kluczowych ballad połowy lat osiemdziesiątych. Była cisza przed burzą, to i mamy samą burzę. Rock'n'rollowe King Of The Rock powraca do bardziej dynamicznej stylistyki. Najlepiej wypadają tu gitary, wokale trochę zawodzą. Nie są złe, ale do kompozycji pasują "średnio na jeża". Jest dobrze, ale od najlepszych numerów z płyty kawałek trochę odstaje. Znacznie lepsze jest kolejne It's A Jungle Out There , a przy okazji i bardziej oryginalne. Tytuł może się kojarzyć z Welcome To The Jungle z wydanego w tym samym roku debiutu Guns N' Roses, ale samo nagranie nie ma z tym nic wspólnego. Więcej podobieństw można by znaleźć do innych rewolwerowców - L.A. Guns, zwłaszcza jak Ron zaczyna śpiewać falsetem w refrenie. Pewnie znalazło by się jeszcze kilka innych przykładów, bo tak grały też inne zespoły z Sunset Strip. Jeszcze jeden ciekawy ze względu na tytuł kawałek, I Said The Wrong Thing To The Right Girl. To musiała być jakaś moda, bo Autograph Planketta (nie mylić tej amerykańskiej kapeli z inną, rosyjską) zatytułowało jedną ze swoich kompozycji My Girlfriend's Boyfriend Isn't Me. Sama piosenka bardzo przyjemna, trochę kojarząca się z AORem w klimatach Journey, może nawet Y&T. Don't Say You Love Me to taka mieszanka tego, co często można było słyszeć w drugiej połowie lat '80 (charakterystyczne pogłosy w brzmieniu gitar i monumentalne, chóralne refreny) z tym, co prezentowało kilka lat wcześniej Rainbow, kiedy za mikrofonem stali Bonnett i Turner (takie patenty ekipa Rona zapodała z kolei w zwrotkach). Ogólnie kawałek ma predyspozycje, by pojawić się w radiu. Ostrzej będzie w If Love Is A Crime(I Wanna Be Convicted). Znowu pewne podobieństwa w tytulaturze utworów, bo czyż nie przypomina to warrantowego So Damn Pretty (Should Be Against The Law)?. Owszem, ktoś powie, że album Warranta ukazał się później od tego krążka, ale sam zespół istniał już wtedy od kilku lat. Tak czy inaczej, ten kawałek powinien spodobać się wszystkim tym, którzy gustują również w pierwszym wydawnictwie formacji Lane'a. Na koniec dawka rock'n'rolla w postaci 4th Of July, jak można się spodziewać, jest to numer szybszy. Ciekawie wypada tu głos Rona, bowiem próbuje on wchodzić w wyższe rejestry, a chórki aranżowane są bardziej na manierę heavy metalową. Jeśli się uprzeć, to dosłyszymy się wpływów takich kapel jak Accept, wczesne niemieckie Bonfire, czy Malice. Czy to źle? Nie, wręcz przeciwnie, dzięki takim ruchom płyta jest bardziej urozmaicona i nie razi monotonnością.
Album z serii "warto mieć", ale niekoniecznie z typu "musisz mieć". Taka trochę druga liga hair metalu z nieco archaicznym jak na lata wydania podejściem do sprawy. Dla mnie Keel był zawsze zespołem epoki pośredniej, reprezentował granie z pogranicza pierwszej i drugiej połowy lat osiemdziesiątych, takim trochę niezdecydowanym projektem. Z jednej strony pozostawał nieco w tyle za takimi tuzami jak Dokken, z drugiej strony wypadał lepiej niż np. takie Nitro. Stąd ogólnie uważam ich za drugą ligę, ale dość blisko pierwszej. Tak czy inaczej, polecam, zwłaszcza ten krążek.
Oficjalna strona Rona Keela: http://ronniekeel.tripod.com