
Joey Tafolla - Out Of The Sun
Wydawca: Shrapnel Records / Roadrunner
Rok wydania: 1987
- Eternity's End
- Out Of The Sun
- Zero Hour
- The Summon
- Stalingrad
- Truce With Kings
- Fire In The Lake
- Samurai
- Nine Tomorrows
Skład: Joey Tafolla - gitary; Paul Gilbert - gitary; Tony MacAlpine - instrumenty klawiszowe; Wally Voss - gitara basowa; Reynold Carlson - perkusja
Produkcja: Tony MacAlpine
Pierwsza solowa płyta Tafolli, gitarzysty znanego z gry w takich formacjach jak Tamplin czy Jag Panzer, nie wyróżnia się niczym szczególnym z licznego grona podobnych instrumentalnych wydawnictw owego okresu. Czasami myślę sobie, że nadmierna ilość bliźniaczo do siebie podobnych płyt bardziej szkodzi temu gatunkowi, niż pomaga. Z drugiej strony mam świadomość, że takie krążki kierowane są do specyficznego kręgu odbiorców i zazwyczaj są to płyty nagrywane przez gitarzystów dla innych gitarzystów.
Tak więc już od pierwszych dźwięków Out Of The Sun wychodzą na jaw wszystkie wady, jakie spotkać możemy też na innych albumach chronologicznie wydanych w tym samym czasie. Przede wszystkim razi zaniedbanie partii w podkładach, które tworzą jakby masę mulastego dźwięku. Ten sam błąd popełniali przecież i MacAlpine i Vinnie Moore, także wielu innych poza nimi. W tym gatunku ustrzegli się wprawdzie od tego tacy wielcy jak Satriani, Vai, Becker i Friedman, ale ilu poza nimi? Inna sprawa, że brzmienie tych podkładów w chociażby Eternity's End wypada tak, jakby było słyszalne gdzieś zza ściany, przez co można odnieść wrażenie, że każdy gra tutaj sam dla siebie. Nie spisał się za bardzo Tony w roli producenta, a i jako klawiszowiec nie wypadł rewelacyjnie, jak to wypadać miał zwyczaj. Pomimo faktu, że kompozycja utrzymana jest nieco w stylistyce power metalowych galopad., a strukturalnie jest tu coś w rodzaju zwrotek i refrenów, da się jednak wychwycić kwintesencję stylu gry Tafolli. Plasuje się on gdzieś między MacAlpinem a Gregiem Howe. Za połową numeru wpleciono ciekawą miniaturkę zagrana tappingiem na czystym brzmieniu gitar. Coś takiego w tym samym roku zagrał i Satriani, kilka lat później grał i Reb Beach, obaj moim zdaniem wypadli lepiej od Joeya, choć chyba w dużej mierze jest to kwestia lepszego brzmienia. Dodam jeszcze, że w tym, jak i w innych utworach leją się całe kaskady dźwięków granych wszerz gryfu, niestety mało to oryginalne w zalewie bliźniaczych nagrań innych shredderów. Czy nie lepiej byłoby pociąć takie kawałki na mniejsze części i zaimplementować je do piosenek zagranych z wokalistą? Tytułowe Out Of The Sun wypada już lepiej, bardziej w stylu MacAlpine'a, może dlatego, że jest zagrane spokojniej. Sprawia też wrażenie lepiej przemyślanego konceptu jako całości. Ten numer wstawiłbym na początek płyty i może wtedy z bardziej pozytywnym nastawieniem słuchałoby się tego wszystkiego. Zero Hour jest jakby bardziej rozwlekłe, gitarowe solówki stały się bardziej słyszalne, wyodrębniły się jakoś z tej ściany dźwięków w podkładach. Wreszcie coś bardziej nadającego się do słuchania, płyta naprawdę się rozkręca. Myślałem sobie nad tym, czego tu może brakować i doszedłem do wniosku, że przede wszystkim dobrych napędowych riffów. Riffy nadałyby temu odpowiedniej dynamiki i kształtu, bo bez nich cała płyta wydaje się trochę bezpłciowa. Trochę eksperymentów w The Summon, ciekawe aranżacje perkusji, z kolei gitary diametralnie zwolniły tempo. Po tych wszystkich galopadach jest to prawdziwa uczta dla słuchu. Dzięki temu krążek nabiera kontrastów, no i przede wszystkim słyszymy, że jednak Tafolla potrafi grać inaczej. Do tego za połową kompozycji mamy nieco elementów jazzowych, też jakaś odmiana, nawet to pasuje. Stalingrad wyróżnia się ciągotami w stronę zagrywek neoklasycznych, coś jakby ukłon w stronę Vinniego, może nawet Malmsteena, chociaż nie da się ukryć, że jednak jest to granie o klasę niżej. Dalej już macalpine'owo, tyle tylko że pomysły znaczne lepsze niż na początku krążka, w końcówce znów nawrót do inspiracji muzyką poważną. Przedłużeniem tych inspiracji będzie jeszcze Truce With Kings , znów Moore się kłania, momentami nawet Becker. Nie muszę pisać, który Becker, bo niezainteresowani tematem zapewne nie dotarli w tej recenzji aż tak daleko ;). Ilustracyjnie, jak na jedynce Vinniego i gdzieniegdzie jak u MacAlpine'a jest w Fire In The Lake . Nawet podkłady zaaranżowano podobnie i najprawdopodobniej nie jest to przypadkowe, tak samo jak kilka stylistycznych cytatów z wczesnego Malmsteena (pierwszy solowy krążek). Całości dopełnia sam MacAlpine użyczając swych klawiszy w sposób identyczny jak na własnych wydawnictwach. Tafolla się rozkręcił, to słychać w jednej z najlepszych kompozycji na płycie - Samurai . Wszystko jest bardziej wysmakowane, dobrze rozłożone zostały proporcje miedzy solówkami, a "zwrotkami i refrenami", nawet podkłady nie rażą. Na samym końcu krążka jeszcze całkiem przyzwoite Nine Tomorrows. Tytuł kojarzy się z legendarnymi dziewięcioma żywotami kotów, muzycznie już o takie skojarzenia ciężko, z drugiej strony instrumentalne utwory każdy może sobie kojarzyć z czymkolwiek, czego zresztą pozostałe tytuły są najlepszym przykładem
Płyta nie jest zła, rzekłbym nawet że jakoś ogólnie się broni i lubię ją, choć słucham rzadko. Niezbyt ciekawy początek idąc wgłąb albumu przeradza się w całkiem udane kompozycje. Pierwszy numer zamieniłbym z ostatnim i pewnie ogólna ocena jako całości byłaby wyższa. Joey Tafolla udowodnił tym wydawnictwem, że grać potrafi, że potrafi kopiować innych, problem w tym, że nie udowodnił niczego ponadto. Czy warto kupować ten album mając już w swojej płytotece dzieła MacAlpine'a i innych wymiataczy, pozostawię indywidualnej ocenie gitarzystów, bo to przede wszystkim do nich ten krążek jest kierowany.
Oficjalna strona artysty: www.joeytafolla.com