
Joey Tafolla - Infra-Blue
Wydawca: Shrapnel Records / Roadrunner
Rok wydania: 1991
- Infra-Blue
- Six-String Souffle
- Wrecking Ball
- Mississipi Mud
- Kraken-Z-Vip
- B.M.W.
- V Jam #5
- Violation
- A Place In The Sun
- Crankenstien
- Romans 10:9 And 10
Skład: Joey Tafolla - gitary, gitara basowa; Deen Castronovo - perkusja; Mark Robertson - instrumenty klawiszowe; Mike Mani - gitara basowa; Jesse Bradman - gitara basowa; John Onder - gitara basowa
Produkcja: Steve Fontano i Mike Varney
Mając za sobą kilka lat doświadczeń więcej Joey Tafolla przystąpił do nagrywania swojego drugiego krążka solowego. Te kilka lat dobrze wpłynęło na twórczość gitarzysty, bo udało mu się uniknąć wszystkich wad i niedostatków, jakie tyczyły się jego debiutu. Przede wszystkim Infra-Blue wydaje się być płytą bardziej przemyślaną pod względem kompozycyjnym, Joey wyznaczył sobie pewien cel i chyba go osiągnął.
O ile na jedynce aż roiło się od wpływów neoklasycznych i typowo shredderowskich zagrywek wzdłuż i wszerz gryfu gitary, tutaj do głosu dochodzą bardziej wpływy bluesowe, a nawet nieco grania w stylu fusion. Co ciekawe, Tafolla wypada w takim repertuarze bardzo dobrze. Słychać to już w otwierającym album tytułowym Infra-Blue. Synkopowane rytmy suną do przodu przedstawiając zbluesowanego rock'n'rolla, zagranego nawet nieco w stylu boogie. Od pewnego momentu pewne analogie do zagranych kilka lat wcześniej przez Satrianiego dźwięków nasuwają się same. Niewątpliwie twórczość wielkiego Joe wywarła wielki wpływ na kształtowanie się stylistyki gry innych wioślarzy i Tafolla mógłby być pierwszym na to przykładem. Six-String Souffle z założenia miało chyba w dużej mierze opierać się na improwizacji, do bigbeatowych podkładów dograno solówki oparte na bluesach, styl gry jak najbardziej wolny (od wolności, a nie od powolności). Jeśli już szukać porównań do repertuaru innych gitarzystów, najbliższy byłby tutaj Greg Howe, z niewielka domieszką Jeffa Watsona i Jasona Beckera. Pokaz wymiatania jakby na modłę vanhalenowego Eruption mamy w króciutkim, bo zaledwie mniej niż minutowym Wrecking Ball. Tafolla udowadnia, że technikiem jest niesamowitym i pod tym względem nie odstaje od ścisłej czołówki gitarowych wymiataczy. Takie miniaturki pirotechniczne doskonale sprawdzają się podczas występów na żywo jako rozpoczęcie koncertu, lub też przerwa podczas niego, kiedy to połowa składu zespołu może udać się na kawę, piwo lub do toalety (niepotrzebne skreślić). Kawałek o tytule Mississipi Mud po prostu musi być bluesowy i taki jest. Odnajdziemy tu techniki artykulacyjne podobne do Darrena Householdera, Jeffa Watsona, może nawet Erica Johnsona, czy Jeffa Becka, ten ostatni najprawdopodobniej grał tak jako pierwszy. Kraken-Z-Vip to chyba najbardziej znany numer z solowej twórczości Tafolli, może dlatego, że kliku innych gitarzystów grało jego covery (np. Tamas Szekeres). Ciekawa mieszanka wymiatania na początku z szybszym basowym podkładem, potem już znów bluesowo, ale mimo to nie brakuje szybszych momentów. Ot, taki blues zagrany z rockowym zacięciem, może nawet okraszone odrobiną fusion. Wymiatanie na czystym brzmieniu i najprawdopodobniej na prawie skręconym potencjometrze głośności to krótki numer o tytule B.M.W. Dzięki takiemu zabiegowi całość brzmi trochę jak granie pod wodą, albo wewnątrz jakiegoś większego pojemnika na tę ciecz przeznaczonego, bardzo ciekawy efekt. V Jam #5 to moim zdaniem najlepsza kompozycja na krążku. Bardzo melodyjna, utrzymana w tempie nieco szybszym od średniego, oparta mimo wszystko na bluesie. Zgrabny podkład i solówki utrzymane w stylu Satrianiego czynią ten kawałek bardzo dla mnie atrakcyjnym. Interesująco wypada również Violation, będące mieszanką stylową gdzieś pomiędzy Satrianim, Vaiem, a Beckerem. Tradycyjnie już jak na tę płytę struktura kawałka podszyta jest bluesem. Muszę przyznać, że podobnie jak na debiucie, w mój gust bardziej trafia druga połowa albumu. Dobrym tego przykładem będzie kolejny A Place In The Sun. Jest on bardzo ciepło brzmiącym utworem utrzymanym w wolnym tempie, typowo ilustracyjnym. Tafolla wypada tu równie dobrze jak Satriani, od razu słychać, jak wielki skok jakościowy pod względem kompozycyjnym zrobił ten gitarzysta w ciągu tych kilku lat dzielących opisywany krążek od debiutu. Crankenstien jeszcze raz pokazuje, jak wielki potencjał niesie ze sobą granie bluesowe. Joey gra tu wiele ciekawych melodii, ale jakoś najbardziej uwagę przykuwa partia gitary basowej. Basista gra bardzo szybko w podkładzie, bas bardzo ciekawie pulsuje i jest dodatkowo podbijany akcentami perkusji. Całościowo jest to wszystko bardzo spójne, teraz słychać, jak ważne jest dobranie sobie odpowiednich ludzi w zespole. Album zamyka eksperymentalny Romans 10:9 And 10, oparty na brzmieniach syntezatorowych i improwizowanej perkusji. Tworzy on nastrój pełny napięcia i nadałby się idealnie do jakiegoś filmu akcji, już oczami wyobraźni widzę ciemną scenerię i gdzieś za rogiem skradającego się Chucka Norrisa ;).
Podsumowując, jest to wydawnictwo o wiele lepsze od debiutanckiego krążka i to pod każdym względem. Na uwagę zasługuje dużo lepsza produkcja, panowie Varney i Fontano spisali się lepiej niż MacAlpine, który powinien zajmować się jednak bardziej graniem niż konsoletą. Co do zawartości muzycznej, to wziąłbym kilka ostatnich nagrań z jedynki, zmieszał z drugą połową utworów z Infra-Blue i otrzymał w ten sposób płytę rewelacyjną. Polecam dzieło wszystkim gitarzystom i innym spragnionym dobrego gitarowego grania.
Oficjalna strona artysty: www.joeytafolla.com