
Hardreams - The Road Goes On...
Wydawca: Perris Records
Rok wydania: 2008
- Apologies
- Bad Times Are Gone
- Rebel Heart
- My Last Desire
- Little Sinner Queen
- We're One
- Too Late
- Someday Somewhere
- I'll Say Bye Tonight
- Two Shots
- The Road Goes On
Skład: Manu Esteve - śpiew; David Agüera - gitary; Sergi Segarra - instrumenty klawiszowe; Victor Muiño - gitara basowa; Sergi Hormigó - perkusja
Produkcja: Hardreams i Tomi Perez
Kiedy upadła wytwórnia Vinny Records, z którą hiszpański zespół Hardreams miał podpisany kontrakt na wydanie dwóch krążków, grupa w zasadzie została pozbawiona wszelkiej promocji, zwłaszcza że zamknięcie wytwórni nastąpiło tuż po wydaniu debiutu. Nieco później doszło też do drobnej zmiany w składzie, mianowicie w szeregach formacji pojawił się nowy klawiszowiec Sergi Segarra (de facto to już trzeci muzyk obsługujący instrumenty klawiszowe w historii zespołu). Chłopaki zdołali jednak znaleźć nowego wydawcę za oceanem wiążąc się z amerykańskim Perris Records. Efektem umowy kontraktowej jest wydana w 2008 r. druga płyta o tytule The Road Goes On..., gdzie materiał wydaje się być bardziej jednolity niż na "jedynce".
Już otwierający płytę utwór Apologies pokazuje, że zespół poszedł w klimat mainstreamowego AORu w jego europejskim wydaniu. Średnie tempo, gitary wprawdzie przesterowane, ale wyważone i nie wybijające się ponad resztę instrumentów, podobnie klawisze niezbyt natarczywe, co jest godne pochwały, bo ich nadmiar wcale kompozycji rockowej nie upiększa. Taki typ grania najbardziej przypomina mi portugalską ekipę Faithfull, mniej ale i również hiszpańskie 91 Suite. Warto zwrócić uwagę na solówkę, jest jakby bardziej wyrazista od tych, jakie mogliśmy słyszeć na debiucie. Podobnie, ale i zarazem nieco inaczej rzecz ma się w kolejnym Bad Times Are Gone, zgodnie z tytułem kawałku bardziej optymistycznym i radosnym. Utwór ciut szybszy, instrumenty klawiszowe grają teraz bliżej klasycznego AORu z lat osiemdziesiątych, także techniczna solówka plasuje numer blisko dokonań takich klasyków gatunku jak choćby Bad English. Po dwóch znakomitych piosenkach czas na inną, również utrzymaną na wysokim poziomie. Rebel Heart to też kompozycja nieco szybsza, z ostrymi gitarami na początku i dobrze zaznaczającymi rytm w dalszej części, głos wokalisty momentami przypomina mi Carstena z Evidence One. Słucha się tego bardzo dobrze i kompletnie nie ma się do czego przyczepić. Gdyby kiedyś zaistniała potrzeba, by zademonstrować komuś, jak brzmi utwór AORowy grany z hard rockowym zacięciem, to ten kawałek doskonale by się do tego nadał. Nadszedł czas na coś o zabarwieniu balladowym i oto mamy My Last Desire, który wspaniale wypada na zasadzie kontrastu z poprzednikiem. Łagodny, melodyjny, ciepły, nie odstający od najlepszych ballad w swym gatunku (ma w sobie coś z ballad Whitesnake), a tym bardziej nie odstający poziomem od reszty materiału. Wprawdzie solówka dość sztampowa, ale w tym wypadku wcale nie potrzeba lepszej, po prostu to co jest, idealnie pasuje do potrzeb ścieżki. Niezłe jest następujące dalej Little Sinner Queen, choć podobne do tysiąca innych piosenek. Zagrane poprawnie, czysto, z przekonaniem i werwą, powinno trafić w gusta miłośników takiej stylistyki grania. Dobra solówka i bardzo miły dla ucha podkład pod nią, z charakterystycznie prowadzoną linią gitary basowej (jak zresztą w całym numerze), co mi osobiście odpowiada. We're One mogło być albo balladą, albo power metalową galopadą, w związku z tym, że płyta nalezy do gatunku delikatniejszych, drugą możliwość z góry odrzuciłem i faktycznie, dostajemy kolejną pościelówkę. Swymi strukturami przypomina mi ona ballady Bryana Adamsa, choć oczywiście dzięki wokaliście "bez chrypki" uzyskuje ona nieco inny charakter. Jest spokojnie, nastrojowo, z łagodnymi klawiszami, piosenka powinna poruszyć nie tylko kobiety. Dalej ostry kontrast w postaci Too Late, odgłos syren wręcz musi zwiastować mocny numer. To hard rockowa pozycja podchodząca nawet pod heavy metal, z szybkim rytmem niby to power metalowym, ale obyło się bez galopad na centralkach. Za tę powściągliwość perkusista ma u mnie plus, a klawiszowiec za zagranie naprzemiennych solówek razem z gitarzystą. Brzmieniowo przypomina mi to XYZ, ale kompozycyjnie niekoniecznie. Jeden z moich ulubionych kawałków w zestawie. I znów zmiana klimatu, Someday Somewhere jest już mainstreamowym AORem, wprawdzie niewyszukanym, ale szalenie miłym dla ucha, taki "łamacz niewieścich serc". Wspaniały wstęp, świetne zwrotki, mniej ambitny refren, ale całościowo rzecz cudowna. Zespół nie spuszcza z tonu i serwuje jeszcze jeden hard rockowy numer w postaci I'll Say Bye Tonight, zaryzykowałbym twierdzenie, że jest to coś w klimatach starego Whitesnake pomieszanego z solowym Davidem Lee Rothem i dodatkiem wokalisty a'la Firehouse, z tym że odśpiewane z ciągotami ku bluesowi (gitary też momentami grają na bluesową nutę). Bardzo dobry utwór, sprawiający wrażenie nieco za krótkiego - niby prawie trzy i pół minuty, a wydaje się trwać kilka mrugnięć okiem... Two Shots powraca w rejony pomiędzy melodyjnym hard rockiem a AORem przypominając mi niektóre pozycje z repertuaru Aviatora. Dość wesoła piosenka, dynamiczna, z przebojowym refrenem, utrzymana w tempie nieco szybszym niż średnie, z pewnością nada się na prywatki i popołudniową przejażdżkę samochodem. Utwór tytułowy, The Road Goes On zamyka krążek i jest to nastrojowa ballada, więc szybka jazda samochodem odpada. Zespół postawił tu na czyste brzmienia gitar, które tworzą większość klimatu, na tym tle możemy usłyszeć aksamitny głos wokalisty, bardzo dyskretnie pobrzmiewające klawisze i niezwykle delikatną perkusję wchodzącą dopiero około połowy kompozycji.
Album jest tak dobry, że w zasadzie trudno znaleźć na nim jakiś słaby utwór, nie wspominając już o wypełniaczach. Trzyma klasę debiutu uzupełniając go o jeszcze lepsze brzmienie, które stało się jeszcze bardziej wyraziste. Biorąc pod uwagę, że do jego uzyskania grupa wcale nie musiała udawać się do USA, tylko wszystko zarejestrowała w rodzinnej Hiszpanii, tym większe robi wrażenie. Płytę polecam wszystkim tym, którzy uwielbiają europejski AOR z hard rockowymi akcentami, utrzymany w stylistyce podobnej do Faithfull czy 91 Suite. Półwysep Iberyjski może być dumny za swój wkład w rozwój gatunku, a słuchacze szczęśliwi z powodu jeszcze jednej godnej uwagi pozycji.
Oficialny profil na MySpace: www.myspace.com/hardreams