HARD - Time Is Waiting For No One

HARD - Time Is Waiting For No One

Wydawca: Escape Music / BLP Music
Rok wydania: 2010

  1. Time Is Waiting For No One
  2. Black Clouds
  3. Lonesome Loneliness
  4. Love Goes With Anything
  5. Magical Pretence
  6. Into The Fire
  7. The Pace And The Flow
  8. My Kind Of Woman
  9. Nona
  10. Shine On Me Now
  11. Four-Leaf Clover

Skład: Björn Lodin - śpiew, gitary; Balázs Hornyák - perkusja; Gábor Mirkovics - gitara basowa; Zsolt Csillik - gitary; Zsolt Vamos - gitary
Gościnnie: Thomas Larsson - gitara prowadząca; Örjan Fernkvist - organy Hammonda

Produkcja: Björn Lodin

Dwa lata temu nieco zamieszania na hard rockowej scenie spowodował węgierski zespół H.A.R.D., teraz po drobnych acz istotnych zmianach muzycy powracają ze swym drugim, międzynarodowym krążkiem Time Is Waiting For No One (wcześniej nagrywali w ojczystym języku). Teraz grupa gra ostrzej, co jest bardziej adekwatne do jej nazwy, przy tym prezentuje materiał różnorodny i zarazem składny.

Przede wszystkim najważniejsza zmiana nastąpiła na stanowisku gardłowego, w zespole nie ma już Bátky'ego-Valentina, mikrofon obsługuje teraz Björn Lodin - wokalista znany ze swych udziałów w Baltimoore. Tym samym skład robi się szwedzko-węgierski, zresztą szybki rzut oka na listę płac i odnajdziemy jeszcze więcej Szwedów udzielających się na tym krążku. Może mniej istotna zmiana, bo tylko estetyczno-kosmetyczna, jednak rzucająca się w oczy, to pozbycie się z nazwy formacji charakterystycznych kropek. Teraz panowie występują po prostu jako HARD. Rzecz najistotniejsza to kierunek muzyki, w jakim zespół obecnie podąża. Jak już wspomniałem, łagodniejsze pozycje z repertuaru w zasadzie wyparowały i teraz mamy tu faktycznie hard rock, zupełnie jakby grupa chciała uczynić zadość moim życzeniom przy okazji recenzowania Travelera. Na pierwszą linię frontu rzucono tytułowe Time Is Waiting For No One, ostry i szybki numer, a przy tym oczywiście melodyjny, co jest znakiem firmowym kapeli. Brzmi to trochę jak szybciej zagrany kawałek AC/DC, nawet specyficzny głos Lodina przypomina momentami Briana Johnsona, chociaż na myśl nasuwa mi się także Mark Fox z Shakry. Solówka może bez specjalnych fajerwerków, najważniejsze jednak to, że pasuje do utworu jak ulał. Udany otwieracz. Dalej też ostro i także z odwołaniami do sławnych Australijczyków, przy czym tempo kompozycji ochrzczonej jako Black Clouds jest już dużo wolniejsze. Warto zwrócić uwagę na bardzo przebojowy refren, gdzie Lodin śpiewa z chrypką i wyczuwa się tu tę rajcowną zadziorność. Taaak, tych pełnych ognia refrenów można słuchać niemal w nieskończoność i wciąż się nie nudzą. Grupa dba o różnorodność, bo kolejne nagranie w zestawie ani trochę nie przypomina dwóch poprzednich. Lonesome Loneliness jest zdecydowanie wolniejsze, bardziej kołyszące i nasycone bluesem (słychać to nawet w solówce). Cały klimat jest jakby z innej opowieści i gdybym musiał szukać tu porównań i komuś je rekomendować, to chyba najbliższym strzałem byłaby solowa twórczość Davida Lee Rotha. Przy balladzie Love Goes With Anything można podejrzewać zespół o romans z AOR-em, z drugiej strony pościelówki to przecież nie nowość na hard rockowych czy hair metalowych płytach. Trzeba przyznać, że i tym razem muzycy spisali się na medal i skomponowali zgrabną piosenkę, która nie odbiega daleko od klasycznych, przebojowych ballad granych przez lepiej znane marki. Björn też zmienił się tu szybko jak kameleon i zaśpiewał inaczej niż wcześniej. Zresztą jego chrypka znika też gdzieś w Magical Pretence. Wciąż mamy tu hard rock, aczkolwiek należy zaznaczyć, że brzmienie gitar jest tym razem łagodniejsze i przypomina dokonania innego objawienia - szwedzkiej formacji H.e.a.t. Bardzo dobre nagranie, lecz by je w pełni docenić, trzeba śmiało chwycić za potencjometr głośności i przekręcić go zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Seria sprzężeń i ruszają z vanhalenowską galopadą gitary w następnym w kolejce kawałku Into The Fire. Zwrotki i refreny trochę na miarę AC/DC, lub jeszcze trafniej - bliżej ich naśladowców z Krokusa czy Rhino Bucket. Rytmika ścieżki ma w sobie coś kowbojskiego i gdyby podmienić nieco instrumentarium, np. gitary na banjo, a solówkę zagrać na harmonijce ustnej, to wyszedłby z tego całkiem zgrabny, szybki numer ze stylistyki country. Podobnie sporo odwołań do tego gatunku muzycznego odnajduję w balladowym The Pace And The Flow. Tutaj muzycy chyba nawet się specjalnie nie kryją z sympatiami do melodii rodem z westernów. Jeśli planują podbić rynek muzyczny za oceanem, być może jest to dobry ruch. Mnie piosenka się podoba, jednak z pewnymi zastrzeżeniami co do jej wstępu i okolic solówki. Hard rockowo robi się znów w My Kind Of Woman i myślę, że po to nagranie mogą śmiało sięgnąć fani Whitesnake w jego wcieleniu z drugiej połowy lat '80. Kto wie, czy Lodin nie nawiązuje tu celowo artykulacją do Coverdale'a. Tak czy inaczej jeszcze jedna zgrabna kompozycja i trzeba podkreślić, że jak dotąd nie napotkaliśmy wypełniacza. Nie jest nim też Nona, chociaż przy takiej ilości ballad country można poczuć odrobinę znużenia. Jeśli jednak zrobić sobie małą przerwę, wcisnąć pauzę i udać się na kilka minut do kuchni by "wrzucić coś na ruszt", a potem wrócić i słuchać płyty dalej, to w zasadzie niczego piosence zarzucić nie można. Podobnie w przypadku hard rockowego numeru Shine On Me Now nie można przyczepić się do niczego, no może poza faktem, że bliźniacze kawałki słyszało się już wiele razy u innych wykonawców. Powiedzmy, że mamy tu powtórkę z rozrywki. Na kolana ścieżka nie rzuca, wciąż jednak miło się jej słucha (tak na marginesie, mamy tu fajne solówki). Ostatnia pozycja w zestawie to Four-Leaf Clover, niestety raz jeszcze ballada, chociaż ucieszyć się mogą sympatycy zespołu Firehouse, bo właśnie owo nagranie przypomina trochę pościelówki tejże formacji. Innymi beneficjentami utworu mogą być także wszyscy ci, którym podobała się z kolei piosenka I'll Cry For You szwedzkiego Europe. Kawałek różni się mocno od reszty albumu, choć należy dodać, że i tak cały materiał z krążka jest dość różnorodny i jak dla mnie jest to wielki plus.

Wielką zaletą tej płyty jest to, że nie powiela wad swojej poprzedniczki. Mimo różnorodności kompozycji krążek wydaje się bardzo spójny, a do tego nie można odmówić mu przebojowości. Choć do głosu Zoltana żadnych zastrzeżeń nie miałem, to chyba jednak zmiana wokalisty na Björna Lodina też chyba zespołowi wyszła na dobre. Jak dotąd najlepsza pozycja w dyskografii HARD i oby grupie starczyło pomysłów na kolejny album tych samych lotów.

Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/hardhungary