Dirty Dave Osti - Voodoo Guitar

Dirty Dave Osti - Voodoo Guitar

Wydawca: Grooveyard Records
Rok wydania: 2010

  1. Play What The Man Can't Say
  2. Lit Again
  3. Lips Of A Liar
  4. Wild Side
  5. Delusion As Usual
  6. Flatline
  7. Water To Wine
  8. Light On Right On
  9. Rusty Rose
  10. Voodoo Guitar

Skład: Dirty Dave Osti - śpiew, gitary; Dave Batti - gitara basowa; Moyes Lucas - perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: Dave Osti

Blues rockowy gitarzysta Dave Osti znany jest publiczności bardziej jako członek grupy Gentlemen’s Blues Club, z którą od 2005 r. zarejestrował trzy płyty. Nadszedł czas na jego wydawnictwo solowe i oto na początku stycznia 2010 r. Dirty Dave wydaje krążek o bardzo wymownym tytule Voodoo Guitar.

Dlaczego tytuł albumu tego pochodzącego z Los Angeles wioślarza jest wymowny? Mnie od razu skojarzył się z Jimim Hendriksem i jego słynnym nagraniem Voodoo Chile, a do tego jeszcze chyba każdy pamięta, jak Hendrix podczas występu palił swą gitarę. Szybki rzut oka na okładkę wydawnictwa i też widzimy gitarę w płomieniach. Co jeszcze? Ano wizerunek Dave'a też przypomina jakoś dziwnie Jimiego... Jeśli chodzi o muzykę prezentowaną przez Ostiego na tym krążku, to nie kończy się ona na naśladownictwie Hendriksa, sporo muzyk zapożyczył sobie od Stevie'go Raya Vaughana (zwłaszcza odnośnie gitarowej artykulacji), a tak poza tym to mamy tu mieszankę blues rocka, hard rocka, funky i groove'u. Zasadniczo nie ma tu niczego odkrywczego, wszystko słyszało się gdzieś przedtem, a jednak tchnie z tego jakaś świeżość i miło się tej muzyki słucha. Przyjrzyjmy się chociażby pierwszemu w zestawie Play What The Man Can't Say. Brzmi to jak bardziej technicznie zagrany Hendrix, nawet linie wokalne nagrane są w sposób klarowniejszy. Gitarowe solo gdzieś spomiędzy Hendriksa i Vaughana. Możliwe, że tak brzmiałby sam Jimi, gdyby techniki nagrywania stały te 30-40 lat temu na obecnym poziomie. Lit Again sięga swymi korzeniami również do twórczości dwóch wspomnianych legend wiosła, różnica tym razem taka, że więcej tu funku i groove'u. Fajna muzyczka, by nie ruszając się z krzesła pokołysać połową ciała, kiedy siedzi się w pubie i popija browara. Zresztą sam numer brzmi bardzo klubowo. Lips Of A Liar charakteryzuje się ostrzejszym, jakby brudniejszym brzmieniem gitar i kompozycji bliżej jest do hard rocka. Wciąż kawałek napiętnowany wpływami z szufladki Hendrix/Vaughan, ale tu i ówdzie próbuje się do nich przebić taki niezdecydowany, zawieszony między hard rockiem a bluesem Gary Moore. Niby ścieżka dość prosta w schematach, a jakoś potrafi cieszyć ucho. Z nienaganną jak zwykle techniką gry objawia się Osti w bujającym Wild Side, a przy tym udowadnia, że i rola wokalisty nie jest dla niego męcząca. Szczerze mówiąc, to nie wyobrażam sobie, by w tym numerze można było zaśpiewać inaczej, niż to już zostało zrobione. Efekt ten sprawia, że nagranie zdaje się być bardzo spójne. Solówka bardzo prosta, ale w tej prostocie tkwi zarazem jakaś magiczna siła. Wstęp do Delusion As Usual to zmyślny, rasowy bluesior. Kiedy utwór wchodzi w zwrotkę, można pomyśleć, że reszta mu nie dorówna, jednak szybko muzyk wyprowadza nas z błędu. Kawałek utrzymany w średnim tempie, ale powykrzywiane zagrywki dodają mu dynamiki. Cały czas bluesowo, ale jest w tym i coś z muzyki country. Za Flatline jakoś nie przepadam, może dlatego, że sporo tu oklepanych patentów, a może dlatego, że po prostu numer mnie nie porywa. Mimo to i tutaj gitarzysta przemycił kilka artykulacyjnych smaczków. Takich bluesowych solóweczek nigdy dość, a technicznie zagrany bending i vibrato zawsze robią wrażenie. Water To Wine wpisuje się gdzieś pomiędzy heavy bluesa a hard rock i dobrze. Warto przysłuchać się tym razem i liniom wokalnym. Nie powstydziłby się ich chyba sam Joe Lynn Turner. Jak słychać, nagranie nie musi byc wcale szaleńczo szybkie i grane na mocnym przesterze, by było znakomite. Hendriksowski blues rock mamy w Light On Right On, z tym że znów trzeba poczynić uwagę, że tutaj wszystko jest zagrane bardziej technicznie i klarownie. Takich rzeczy dobrze słucha się podczas długiej, niezbyt szybkiej jazdy samochodem (bo w autobusie czy pociągu pewnie nikt tego nie puści). Rusty Rose wędruje sprytnie gdzieś pomiędzy country blues, ale jest i w tym coś z boogie. Podobne rzeczy grywało ZZ Top (charakterystyczne akcentowanie w riffach), z tym że "brodacze" wygrywali to przy ostrzejszym brzmieniu gitar. No i na deser otrzymujemy tytułowe Voodoo Guitar, które od samego początku nosi znamiona luizjańskiego bluesa. Dalej wprawdzie numer zaczyna bujać się w dość specyficzny sposób, osłuchany zresztą setki razy, jednak nigdy nie kłujący w ucho i zawsze ciepło przyjmowany. Czyli Dave sprawił nam niespodziankę, bo z legendarnym, hednriksowskim Voodoo Chile wbrew naturalnym oczekiwaniom ten kawałek wiele wspólnego nie ma.

Spragnieni blues rocka, podszytego nieco hard rockiem i zagranego w wyśmienitym stylu, zwłaszcza na nutę Hendrix/Vaughan, niech śmiało sięgają po Voodoo Guitar Ostiego. Dave zebrał tu do kupy kilka standardów i zaprezentował je na naprawdę wysokim poziomie. Bluesiory dobre i do klubu i do radiowej emisji. Polecam.

Oficjalna strona artysty: www.daveosti.com
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/daveosti