
Deep Purple - Perfect Strangers
Wydawca: Polydor / Island / Mercury Records / PolyGram / Universal Japan / Blackmore Music
Rok wydania: 1984
- Knocking At Your Back Door
- Under The Gun
- Nobody's Home
- Mean Streak
- Perfect Strangers
- Gypsy's Kiss
- Wasted Sunsets
- Hungry Daze
- Not Responsible [bonus track na CD]
- Son Of Alerik [bonus na remasterze]
Skład: Ritchie Blackmore - gitary; Jon Lord - organy, instrumenty klawiszowe; Ian Gillan - śpiew; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja
Produkcja: Roger Glover i Deep Purple
Tę płytę Purpli usłyszałem po raz pierwszy dopiero ponad dziesięć lat po jej wydaniu, teraz z kolei dla przypomnienia jej sobie również sięgam po ponad dekadzie przerwy. I co ciekawe, teraz podoba mi się ona bardziej niż kiedyś, a do tego jestem jeszcze gotów bluźnierczo twierdzić, że to niemal komercyjne wcielenie Deep Purple odpowiada mi bardziej, niż klasyczne dokonania zespołu.
W kwietniu 1984 r., osiem lat po zawieszeniu działalności, doszło do reaktywacji grupy w jej najbardziej znanym składzie z wczesnych lat '70. Panowie Blackmore, Gillan, Lord, Glover i Paice zawitali razem nie tylko do studia nagrań, ale i wyruszyli wspólnie w światową trasę koncertową, która okazała się być niebywałym sukcesem. To były dobre czasy dla hard rocka. Wróćmy jednak do tego studia nagrań. Album Perfect Strangers, jedenasty studyjny krążek w dyskografii Purpli, ukazał się w październiku 1984 r. i mógł zadziwić zagorzałych fanów formacji swoją komercyjnością. Podobnie rzecz się miała chociażby z Black Sabbath pod koniec lat '80, tyle tylko, że Sabbathom nieźle się od krytyki za ten ruch oberwało (moim zdaniem niesłusznie, ale to inna bajka), a Purpli powszechnie chwalono (i nie żałowano przy tym grosza na zakup wydawnictwa - dzieło dotarło na brytyjskich listach sprzedaży do miejsca 5, uplasowało się też na 6 pozycji amerykańskiego Billboardu). Ta płyta musiała być melodyjna, bowiem spójrzmy, skąd przywędrowali muzycy: Blackmore i Glover powrócili tu z Rainbow, Gillan z Sabbathów, Lord z Whitesnake, a Paice z ekipy towarzyszącej Gary'emu Moore'owi. Knocking At Your Back Door podoba mi się już choćby z tego względu, że przypomina nagrania Rainbow. Ritchie musiał mieć znów wiele do powiedzenia. Brzmienie gitar jest z jednej strony ostre, jednak nie przesadnie, a do tego jest jeszcze łagodzone przez organy Lorda i śpiew Gillana. Ogólnie klimat kawałka przypomina mi takie numery jak Devil And Daughter i Kill In The Spirit World Black Sabbath, chociaż należy pamiętać, że te pozycje są późniejsze względem utworu Purpli. Nielichą ścieżką jest też kolejne Under The Gun. Można się tu delektować dyskretnymi podobieństwami do takich niegdysiejszych killerów jak Pictures Of Home czy rainbowowego Gates Of Babylon (tak sobie czasem myślę, jak by to wypadło, gdyby za mikrofonem stał tu Dio) oraz do niektórych AOR-owych załóg z podobnych czasów. Piosenka ma swój urok, który wzmaga jeszcze na wpoły improwizowana solówka Blackmore'a. Nobody's Home rozpoczyna się od "kosmicznych" brzmień organów Lorda, potem kłaniają się gitarowe riffy układane na wzór purplowskich klasyków, ale mnie tutaj najbardziej podobają się dokonania sekcji rytmicznej. Fajne rzeczy wygrywa na basie Glover, a Paice, choć może gra nieco jak metronom, jednak w jego uderzeniach w bębny tkwi pewna siła, czy może lepiej - energia. Bliżej klasycznych nagrań Purpli, ale i zarazem niedaleko od repertuaru Rainbow plasuje się Mean Streak. Dość rozsądny kompromis, trzeba przyznać. Z drugiej strony, jeśli mam być szczery, to chyba wolę jednak Blackmore'a w "tęczowej" odsłonie. Drugą stronę wydania winylowego otwierało tytułowe Perfect Strangers. Niestety nigdy nie było mi dane posłuchać tej jakże monumentalnej ścieżki w wersji analogowej, ale mogę sobie wyobrazić, jak to mniej więcej mogło na winylu brzmieć. Potęga, moc, majestat. Ciężkie gitary Ritchiego i potężne organy obsługiwane przez Lorda potrafią działać inspirująco i nic dziwnego, że ten numer chętnie coverują inni, by wymienić chociażby Dream Theater. Charakterystyczny riff z połowy utworu też powala na kolana - do zagrania może niezbyt trudny, ale skomponować coś takiego to sztuka. Myślę, że ta płyta sprzedałaby się dobrze, nawet gdyby była to tu jedyna kompozycja na poziomie. Ale dalej mamy Gypsy's Kiss, które udowadnia niezbicie, że na brak hiciorów w zestawie narzekać nie można. Wspaniały początek piosenki w wykonaniu Blackmore'a, jakby sprawdzającego możliwości i strój swojego wiosła, a potem jazda jak w starym, dobrym... Rainbow! Gillan śpiewa tu stylistycznie gdzieś pomiędzy Dio a Turnerem i wychodzi to znakomicie. Tempo ścieżki dość szybkie, ale forma nie dominuje treści, zachowany jest odpowiedni klimat, a nie ma zbędnego, power metalowego patosu. Zresztą do tęczowej odsłony Blackmore'a nawiązuje też śmiało Wasted Sunsets, które pełni rolę ballady. Wszelkie komentarze są tu chyba zbędne, jak ktoś zna specyficzne ballady Rainbow, to od razu będzie wiedział, o co chodzi. Jakby z zupełnie innej opowieści nadchodzi Hungry Daze. Fajny riff przewodni, wyjęty chyba gdzieś z muzyki folkowej, naprawdę robi wrażenie. Chyba właśnie na takich kawałkach wzorowała się ekipa Doogiego i Steena z Cornerstone, kiedy budowała własny styl. Zaiste, przedni numer, lecz dobrze, że nie ma tu takich więcej, bo lepiej zostawić po sobie poczucie niedosytu, niż przesycić słuchacza. Wersję CD i na kasecie zamykał bonusowy numer o tytule Not Responsible, niedostępny na wydaniu winylowym. Nie jest to jakiś klasyk czy szczególny przebój, choć ma swój urok. Niektóre melodie przypominają mi w nim silnie kilka utworów Tęczy. Remasterowaną edycję CD zamyka jeszcze jeden bonus, jest nim instrumentalne Son Of Alerik, pochodzące z drugiej strony singla Perfect Strangers. Bardzo spokojne nagranie, głównie oparte na bluesującej gitarze Blackmore'a, ale oczywiście z towarzyszeniem pozostałych instrumentów. Nagranie wydaje się być próbą pogodzenia publiczności hołdującej i Purplom i Rainbow.
Patrząc na wydawnictwo z perspektywy czasu, zestaw 10 utworów może wydawać się niewielki, zwłaszcza jeśli dwie ścieżki to nagrania bonusowe, ale ma to swój urok. Na płycie nie ma po prostu wypełniaczy, za to otrzymujemy same przemyślane i dopracowane kompozycje. Myślę, że album spokojnie dorównuje purpurowym klasykom, a fakt, że połowa materiału przypomina dokonania Rainbow, to dla mnie akurat zaleta.
Oficjalna strona zespołu: www.deep-purple.com